Z FOTELA ŁUKASZA MACIEJEWSKIEGO: KLASA ZMARTWYCHWSTAŁA

PIĘĆ SPOTKAŃ Z KANTOREM

1.

Czerń ścian i biel klepsydr. Ławki są małe i drewniane, uczniowie starzy i trupio-bladzi. Wszędzie szpargały, schulzowska „rupieciarnia marzeń”. Kantor w „Umarłej klasie” żegnał życie. Nie tylko swoje życie: wizjonera i demiurga, od którego fantazji odkleiły się czasy tak liche, jak znoszone podeszwy z bucików na poły umarłych starców z przedstawienia. Bo oniryczna klasa Kantora była złożona z samych repetentów z życia. Także: z życia w sztuce. Zrytmizowane, ekspresjonistyczne ruchy „uczniów” sygnalizują, że patrzą na nas zza niewidzianej przesłony. Trupiej. Klasa ubrana jest w szkolne mundurki, zarazem mundurki pogrzebowe, a w takt upiornego „Walca François” przywołuje upiory Witkacego i Gombrowicza, krakowskie kawiarnie i rozszalałą awangardę, Krzysztofory i wojny światowe. Pierwszą, a zaraz potem drugą, która dobiła dawny świat. „Nowy” okazał się lichą imitacją. Dzięki Andrzejowi Wajdzie, który w 1976 roku sfilmował teatralny cud Kantora, możemy przeczuć ślad tamtych teatralnych emocji.

2.

To było wiele lat temu, a ja wciąż nie mogę zapomnieć skromnej przecież wystawy zdjęć Wojtka Sperla z prób do „Umarłej klasy” w krakowskim Muzeum Narodowym. Fotografie z 1975 i 1976 roku: na zdjęciach Maria Stangret-Kantor, Zofia Kalińska, Andrzej Wełmiński, Mira Rychlicka, Wacław i Lesław Janiccy, tylu innych. Wyliczam z pamięci: kto odszedł, kto został, kto za chwilę. Ale natychmiast unieważniam tę funeralną buchalterię, bo na fotografiach Sperla śmierć ma twarz młodości, dzieciństwa, starości.

Trwają próby do „Umarłej klasy”, być może najwybitniejszego przedstawienia w historii polskiego teatru. Fotografia nie odtwarza kłótni, szyderstw, polemik, twórczej gorączki, czyli fragmentów, które za chwilę ułożą się w arcydzielną całość. Sztuka fotografii staje wobec całości, czyli już dopełnionego dzieła. I dopiero zestawienie prywatnej pamięci z porażającego spektaklu Kantora z fotografiami Sperla konsoliduje pierwsze wspomnienie.

Ławki są stare, drewniane, nikomu niepotrzebne. Uczniowie mają zepsute zęby i zdefraudowane marzenia. Kto ukradł im młodość, kto przyspieszył starość? Przecież jednak zostali. Znowu siedzą, znowu krzyczą. Wywoływani na ostatni w życiu egzamin, są przerażeni: niczego nie pamiętają. W ich głowach pozostał szum. Uwiecznione na zdjęciach brudne ławki z „Umarłej klasy” są konsekwencją nieczystego życia, sumienia zanieczyszczonego jakimiś „sklepami cynamonowymi”, w których dawno temu wybito szybę i skradziono poezję, zakneblowano wolność drutami kolczastymi z wielkim niemieckim napisem, zdeprawowano ją czerwoną flagą i jaskrawo czerwoną szminką. Cała reszta to już tylko pomyje w szkolnym wiadrze: wybebeszone żałosne genitalia, zasznurowany uśmiech.

Ale w centrum brudnego świata stoi przecież demiurg. To Tadeusz Kantor: szalony dyrygent w dystyngowanym szalu przeczuć. Wielki artysta, któremu tym spektaklem udało się ogłosić przerwę w trwającym wiele lat szkolnym stuporze, ocalić niewinne resztki z perwersyjnego i grzesznego stołu, a przerażenie przeszłością zastąpić jednym możliwym ekwiwalentem. Porażeniem sztuką. Katharsis.

3.

„Umarła klasa” wciąż zmartwychwstaje. „Sztuka jest przestępstwem” – wydany parę lat temu, opasły, liczący niemal pięćset stron tom dokumentujący recepcję twórczości Kantora w Niemczech i Szwajcarii, udowadnia jak wiele tajemnic artysty pozostaje ciągle do odkrycia.

Próba wpisywania się dzisiaj w spór o spuściznę po Kantorze jest, zdaniem redaktorki tomu, Uty Schorlemmer, wyzwaniem ryzykownym. Wszak obok nazywania i określania dzieła mistrza stają zawsze prywatne ambicje autora redefiniującego tę twórczość z pozycji „adepta, epigona, egzegety”, lub, o czym Schorlemmer niestety nie wspomina, z punktu widzenia kompletnego ignoranta. Jednak niemiecka (i szwajcarska) perspektywa pozwoliła badaczom dostrzec Kantora w mimo wszystko szerszej, bo w uniwersalnej perspektywie: bez rodzimych kompleksów i resentymentów. To dla nas nowe i ciekawe spojrzenie. W końcu najbardziej znany obraz Kantora wynika z wąskiego, ograniczonego przede wszystkim do Krakowa, teatralnego spektrum. Tymczasem w niemieckim tomie o Kantorze piszą na przykład studenci z Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Hamburgu, w której – w 1961 roku – Kantor prowadził zajęcia w klasie malarskiej. Warto także uważnie prześledzić losy Kantorowskiego spektaklu „Szafa”, opartego na „W małym dworku” Witkacego, który w 1966 roku reżyser wystawił w Baden-Baden. Największe sukcesy Kantor miał wówczas jeszcze przed sobą, ale już tamten, rzadko w Polsce wspominany niemiecki epizod reżysera, doczekał się w niemieckojęzycznej prasie licznych, szczegółowych omówień. Recenzje były przede wszystkim kąśliwe – „kilka gwizdów i okrzyków niezadowolenia wydawało się tak wesołych, jak cały ten groteskowy wieczór” – pisał na przykład krytyk „Die Welt”, ale już w kilka lat później Kantorowska eksploracja pojęć czasu i śmierci, kazała niemieckim krytykom dostrzec w jej autorze jednego z najdonioślejszych postaci dwudziestowiecznego teatru europejskiego.

Starannie wydana przez Cricotecę książka jest pokłosiem poświęconej związkom Kantora z Niemcami i Szwajcarią konferencji naukowej, ale mniej lub bardziej ciekawe referaty, czy zapisy spotkań i dyskusji, zostały szczęśliwie poszerzone o bardzo ciekawy zapis fotograficzny, trzy płyty DVD z filmami „Kantor tu jest” Dietera Maglowa (1968), „Rodzina z Wielopola” Michaela Klutha (1980) i „Natchniony tyran” Andrzeja Białko (1997), oraz o osobiste, przejmujące wspomnienia między innymi Luca Bondy’ego, Christopha Marthalera, Luka Percevala, Krystiana Lupy i Andrzeja Wajdy. Wartość tomu „Sztuka jest przestępstwem” polega również na tym, że twórczość Kantora okazuje się dzisiaj równie żywa i frapująca, co dwadzieścia, trzydzieści lat temu. „Kantor jest w moim życiu rodzajem zjawy, która swoją obecnością i nieobecnością zawsze jest przy mnie” – pisze Luk Perceval.

4.

W listopadzie 1975 roku, kiedy odbyła się premiera „Umarłej klasy”, nie było mnie na świecie. Coś jednak udało się nadrobić. Dlatego, gdy oglądam filmy o Kantorze autorstwa Andrzeja Sapiji, czuję się trochę tak, jakbym był kolejnym z setek, a może tysięcy, ogniw w łańcuchu. Ogniw pamięci, ciągłości w zachwycie. Pięć krążków dokumentujących twórczość Kantora ma nie tylko wspólną oprawę graficzną, ale niemal w stu procentach wykorzystuje możliwości, które daje medium. Umieszczone na płytach dodatki są niemal równie ciekawe, jak filmy. Przy okazji zapisu Sapiji z „Wielopola, Wielopola” podczas specjalnego pokazu w rodzinnej parafii Kantora w Wielopolu Skrzyńskim w 1983 roku (premiera spektaklu odbyła się w 1980) możemy zobaczyć rysunki Kantora do spektaklu i wspaniałe fotografie Romano Martinisa, przeczytać wstęp Kantora do programu teatralnego, albo podejrzeć tournée zespołu Cricot 2. Film „Próby tylko próby” jest ponadgodzinnym (z 50-godzinnego materiału) zapisem prób ostatniego spektaklu Kantora i Cricot 2 – „Dziś są moje urodziny”, którego premiera odbyła się już po śmierci artysty, 10 stycznia 1991 roku w Tuluzie. I znowu w dodatkach prawdziwe embarasse de richesse: rysunki, fotografie Martinisa, reżyserska eksplikacja, wreszcie precyzyjna bibliografia spektaklu.

Spośród filmów Sapiji poświęconych swojej twórczości Kantor cenił najwyżej „Powrót Odysa Tadeusza Kantora. Notatki z prób”, zrealizowany na przełomie 1987 i 1988 roku, w trakcie prób Teatru Cricot 2 do spektaklu „Nigdy tu już nie powrócę” (premiera odbyła się w 1988, w Mediolanie). Duże, zwłaszcza faktograficzne, znaczenie ma także autorski dokument Sapiji „Kantor”, zrealizowany w 1985 roku, reżyser opowiada w nim o dzieciństwie, latach okupacji, doświadczeniach plastycznych i teatralnych. Kolejne twarze Kantora-artysty, Kantora-człowieka i wizjonera, wyłaniają się z krótkich dokumentów Sapiji: „Manekinów Tadeusza Kantora”, filmu „Istnieje tylko to, co się widzi”, w którym z setek rysunków, a także fragmentów dziennika rodzi się impresyjna opowieść o wędrówce artysty, wreszcie zapis legendarnego kantorowskiego cricotage’u: „Gdzie są niegdysiejsze śniegi”, którego premiera odbyła się 1979 roku w Rzymie.

5.

„Szkice z pamięci” zmarłej w 2011 roku Ewy Krakowskiej są tylko (i aż) szkicami. Wspomnienia o kolegach z Kunstgeverbeschule płynnie przechodzą w relacje świadka z Teatru Podziemnego Kantora. Krakowska, pierwsza żona Tadeusza Kantora, pisze o przyjaciołach, trudnej, wojennej rzeczywistości w okupowanym Krakowie. Pisząc o wspólnych latach powojennych, autorka „Szkiców” szczegółowo relacjonuje pierwsze wyjazdy zagraniczne Tadeusza Kantora, ale wspomina także ważne wydarzenia artystyczne i towarzyskie tego okresu.

„Szkice z pamięci” nie są literaturą sensu stricto. To w większym stopniu rodzaj collage’u, łże-pamiętnika, w którym autentyczne zapiski z dziennika dojrzewającej panienki, mieszają się ze wspomnieniami opisanymi z perspektywy czasu. Krakowska nie sili się na literacką finezję. Pisze prosto, jest powściągliwa. Nadrzędnym celem jej pracy jest tytułowy prywatny szkic z pamięci: ów szkic zbudował jednak Dzieło. Pomimo chronologicznego układu, oraz starannie oddzielonych od siebie części albumu, prozą Ewy Krakowskiej rządzi logika z natury rzeczy wybiórczej pamięci. Wspomnienia autorki o Kantorze bywają nieostre, rozmazane, wzajemnie się kontrujące. Są osobistymi fotografiami z przeszłości które zbyt długo przeleżały się w szufladzie niepamięci. Wyciągnięte z niej po latach, mają swoją mitologię. Są legendą. Uprawomocnioną młodością, dezynwolturą, prywatnymi doświadczeniami bohaterów. Na uwiecznionych przez Krakowską fotografiach pamięci o Kantorze nie znajdziemy wielkich syntez, doktoratów naukowego samozadowolenia, tylko przesądzające o całości drobiny. Liryczne listy do „Ewuni”, za ciasne buty w których Tadeusz Kantor przyszedł na ślub, jakiś paradoksalny, nikomu niepotrzebny, refleks ze wspólnych wakacji w Sopocie w 1947 roku („czas spędzaliśmy kapiąc się i opalając na plaży, bywając na aperitifach i zakąskach w Grand Hotelu”); wycinki z gazet, wycinki ze wspomnień. Te drobiny nie demitologizują wielkości twórcy „Umarłej klasy”, a jednak pomagają odkryć w Kantorze zwykłego człowieka. Zobaczyć w Tadeuszu Kantorze artystę w za ciasnych bucikach.

***

Krakowska, Wajda, Sperl, Sapija, książka pod redakcją Uty Schorlemmer. Wielki teatr złapany przez ułomne oko kamery, opisany i zanalizowany. Fertyczny wizjoner, którego twarz ukradł niemy obiektyw aparatu fotograficznego. A przecież wizja została nienaruszona. Bo aparat był w rękach prawdziwego artysty, a za filmy o Kantorze odpowiadają reżyserzy, którzy nie tylko doskonale rozumieli twórczość mistrza, ale także potrafili dyskretnie zaznaczyć w nich własną obecność, czyli nadać Kantorowskim dokumentom piętno uważnego obserwatora, a nie tylko rejestratora cudzej charyzmy. A Kantor w tym wszystkim? Poszukuje, wątpi, cierpi – w końcu patrzy w nasze oczy głęboko i okrutnie. Pogarda czy litość?

Łukasz Maciejewski

1) DVD: „Umarła klasa”, reż. Tadeusz Kantor, realizacja telewizyjna: Andrzej Wajda, wyd. Cricoteca

2) Galeria żywa. Wojtek Sperl: Fotografie z seansu dramatycznego. Muzeum Narodowe, Galeria Sztuki Polskiej XX wieku

3) „Sztuka jest przestępstwem. Tadeusz Kantor a Niemcy i Szwajcaria” pod redakcją Uty Schorlemmer, Cricoteka, Verlag für moderne Kunst Nürnberg, Kraków-Norymberga, wyd. Cricoteca

4) Dokumentacja filmowa twórczości Tadeusza Kantora w reż. Andrzeja Sapiji, 5 DVD, wyd: Cricoteka, WFO, TVP.

5) Ewa Krakowska; SZKICE Z PAMIĘCI; Ośrodek Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora Cricoteka

Dodaj komentarz