Aktorka na swoim

Z Anną Gornostaj rozmawia Tomasz Miłkowski

Opadł już jubileuszowy kurz po 35-leciu twojej pracy artystycznej i 10-leciu Teatru Capitol? Jak to przeżyłaś?

Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać? Czy się bać, czy po prostu cieszyć? Podchodzę do jubileuszy i rocznic jako szansy tworzenia zainteresowania wokół teatru – to jest jakaś forma reklamy, dlatego teatry powinny obchodzić jubileusze, bo to zawsze przyciąga widzów. Wszyscy lubimy fety, wołamy nie tylko o chleb, ale też igrzyska.

Jubileusze sprawiają, że nadchodzą sympatyczne listy, gratulacje, publikacje – zwróciłem uwagę w szczególności na pełen ciepła tekst okolicznościowy, który ci poświęcił Witold Sadowy.

Witold to nasza cudowna legenda aktorska. Wspaniały człowiek, już takich nie ma – jak to się mówi, ktoś z tamtej epoki, o ogromnej kulturze osobistej, o szczodrej życzliwości wobec ludzi. To jest człowiek o czystym sercu, z tym większym wzruszeniem przyjmuje się od takich ludzi dobre słowa.

Życzenia bywają, jak wiadomo, różne.

Niektóre bywają bardzo interesowne, inne bezinteresowne.

Trzeba na to zwracać uwagę, jak się kieruje taką firmą.

To prawda, ale życzenia od Witolda Sadowego to absolutna szczerość.

W twoim jubileuszu łatwo o matematyczny podział: 35 lat dzieli się na dwie nierówne części – 25 lat w teatrach publicznych, w Ateneum przede wszystkim, i 10 lat na swoim, czyli w Teatrze Capitol. Część druga (na razie) jest krótsza, ale jeśli zważyć na wydatek energii, kto wie, czy nie większa.

Masz rację, bo te 10 lat muszę podwójnie traktować, a nawet potrójnie. Zawsze się chciałam zestarzeć z teatrem, z tym zawodem i to jest dla mnie najważniejsze, że ciągle nie wypadam z zawodu. Stworzyłam ten teatr, razem z mężem, Stanisławem Mączyńskim, ale nie zapominam, że jestem aktorką. To dla mnie swego rodzaju stempel.

Wróćmy więc do twojego stempla, do debiutu, czyli pierwszego sezonu w Teatrze Narodowym, u Adama Hanuszkiewicza. Nie było zbyt wielu wielkich ról, ale było ich w sezonie aż pięć.

Były i wielkie. Grałam Sylwię w „Komedii pasterskiej”, to była główna rola. Graliśmy z Jankiem Fryczem główną parę i ciągnęliśmy ten spektakl. To był naprawdę mój duży, duży debiut, Ale były też piękne sceny w „Leśmianie”, Zosia w „Panu Tadeuszu, miałam też zastępstwo w „Weselu” grałam „Haneczkę”.

A ja zapamiętałem jeszcze „Zwolona”, prapremierę monologii Cypriana Norwida.

W „Zwolonie” zagrałam Pacholę.

Dość niesforne, bo niszczyło dzbany.

Tak? Tego nie pamiętam. Największym wyzwaniem była jednak dla mnie „Komedia pasterska”, grana w Teatrze Małym

Którego już, niestety, nie ma.

W Małym grało się łatwiej ze względu na emisję głosu. Na wielkiej scenie Narodowego to było piekielnie trudne. Wprost ze szkoły teatralnej weszłam na Scenę Narodową, która miała ogromną przestrzeń. Hanuszkiewicz zawsze do nas krzyczał: „Bóg na drugim balkonie!”, bo wszyscy mówili za cicho. Tam wtedy nie było wzmacniaczy – przeszłam solidną szkołę aktorskiego fachu, Hanuszkiewicz pilnował, aby wszystko było słyszalne w ostatnim rzędzie. Dla takiej małej Zosi, dziewczynki z warkoczykami, to wcale nie było łatwe. Potem kiedy przyszłam do Ateneum, wszyscy się pytali: Dlaczego ty tak krzyczysz?

Po Narodowym Ateneum musiał ci się wydawać miniaturą?

Jeszcze bardziej Teatr Mały, który po scenie głównej był prawdziwym oddechem. Zresztą to było cudowne przedstawienie. Graliśmy na prawdziwej trawie, na scenie Grażyna Szapołowska, Janek Frycz, Henryk Machalica, chodziły prawdziwe owieczki malowane na złoto-biało, przygrywał gitarzysta.

To był przedostatni spektakl Adama Hanuszkiewicza w Narodowym, zrobiony, jak pisano, ze współczesną wrażliwością i współczesnym humorem.

Działo się tam mnóstwo: Grażyna Trybała z Grażyną Szapołowską siedziały nago w wielkich beczkach, zresztą cudowna scenografia Xymeny Zaniewskiej i Mariusza Chwedczuka to było dość, żeby zakochać się w tym przedstawieniu.

Wkrótce wciągnął cię też film.

Robiłam w tym samym roku (1985) dwa filmy, „Jestem przeciw” Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego, ważny film o narkomanach, a z drugiej strony kostiumowy film „C.K. Dezerterzy” Janusza Majewskiego. Wrażeń mi nie brakowało. I to nie były tylko emocje, ale doznania estetyczne; wchodzisz w nowe światy, odmienne czasy jak schyłek monarchii austrowęgierskiej w filmie Majewskiego czy czasy bujnego baroku jak w komedii Morsztyna. A do tego malownicze obrazy z „Pana Tadeusza” czy żywioł poezji Leśmiana – to wszystko rozbudzało wyobraźnię.

Ten kolorowy świat bardzo szybko zniknął.

Hanuszkiewicza wyrzucili z w Narodowego i się skończyło. Ale mnie się udało przejść do Ateneum. Zawsze o tym marzyłam – to był zupełnie inny rodzaj teatru, inna poetyka. Warmiński narzucał formułę teatru wielopokoleniowego, ale poszukującego nowych form inaczej niż Hanuszkiewicz. Ateneum wyrastał z tradycji teatralnej, a przy tym był bardzo otwarty na świat – Warmiński korzystał z tego, że stał na czele Międzynarodowego Instytutu Teatralnego (ITI), ściągał więc dla nas dobrą literaturę. A to w tamtych czasach było dla nas, młodych twórców, bardzo ważne.

Ateneum był wówczas wyjątkowym teatrem w Warszawie.

Nie tylko w Warszawie – w Polsce. Wokół teatru skupiła się grupa twórców, Tadeusz Konwicki, Wojtek Młynarski, teatr dawał nie tylko premiery dramatyczne, ale też spektakle muzyczne, które ściągały tłumy. Warmiński narzucał pewien styl, nawet garderobiany – myśmy się czuli w obowiązku sprostania wymogom dyrektora, żeby być nie tylko aktorami wykonującymi swoje zadania, ale również ludźmi kultury. Kiedyś na zebraniu powiedział, że wie, że czasy są ciężkie, ale bardzo prosi koleżanki aktorki, żeby wychodząc na ulice ubierały się elegancko, modnie, koledzy też, bo jesteśmy wizytówką tego teatru.

O Ateneum aktorzy mawiali, że to nie był teatr, ale dom. Kiedy myślę o Teatrze Capitol, któremu się od 10 lat poświęciłaś wraz z mężem i rodziną, to widzę, że prawdziwy dom-teatr dopiero teraz masz.

Ateneum też był dla nas domem, pracowaliśmy tam razem z mężem, byliśmy wychowankami Śląskiej i Warmińskiego. Traktowali nas jak swoje artystyczne dzieci, tworzyli atmosferę wzajemnej pomocy, myśmy nasiąkali tymi dobrymi fluidami. Chciałam to wszystko powtórzyć tutaj – tu, w moim teatrze. Zauważ, że ludzie, którzy otworzyli w Warszawie duże prywatne teatry, wszyscy są wychowankami Warmińskiego. Krysia Janda, Emilian Kamińsk,i Michał Żebrowski, ja, nawet Józef Józefowicz – jesteśmy z jednej stajni. To nie może być przypadek. Staramy się troszkę tego, czego się nauczyliśmy od Śląskiej i Warmińskiego wykorzystać. Ciężko mi powtórzyć to, co było w tamtych czasach, choćby dlatego, jak bardzo zmieniła się obyczajowość. Ale jednej rzeczy zostałam nauczona: szacunku do aktora i widza. Teatr Warmińskiego taki był: zrodził się z szacunku dla widza i aktora. Myśmy się nawzajem darzyli szacunkiem. Publiczność nas kochała. Tłumy stały pod kasą, ludzie nocami wystawali po bilety do teatru. Nie wyobrażam sobie, żeby aktor Ateneum proszony o autograf, odmówił, nie wyszedł do swojej publiczności. Dziś nie śmiem o to prosić koleżanki aktorki, bo mnie zbeszta i powie, że to jej prywatny czas. Nie mogę też prosić, żeby nie pokazywała się ze mną w dresie, bo powie, że naruszam jej prywatność.

O szacunku, o którym mówisz, w twoim teatr nie sposób zapomnieć – widz doskonale wie, jak się o ten szacunek upomnieć, ma od tego nogi i może sprawić, że nogi nie przyjdą albo wyjdą.

Nie tylko nogi. Ma do dyspozycji Internet. Nasz marketing odbiera dziennie 300 maili i odpisuje na te wszystkie maile. Małgosia, która się zajmuje korespondencją z publicznością, czasami wychodzi z pracy dopiero o siódmej czy ósmej, bo tyle ma maili, na które musi odpowiedzieć. Co więcej, jesteśmy jedynym teatrem, który wpuszcza publiczność nawet po dużym spóźnieniu.

To akurat nie zgadza się z zasadami Warmińskiego.

Czasy jednak się zmieniły. Kiedyś przeżyłam taką sytuację: pewna pani spóźniła się do nas ponad pół godziny. Powiedziałam jej, że to nieelegancko tak się spóźniać, bo to dla nas bardzo kłopotliwe. A ona odpowiedziała: Proszę pani, trzy miesiące czekałam na ten spektakl (chodziło o „Klimakterium”), mieszkam w Otwocku i pociąg się spóźnił – to nie ode mnie zależy, a tak marzyłam, żeby to zobaczyć. Mało tego, ta pani zapłaciła za bilet sto kilkadziesiąt złotych, a była skromną emerytką. Wtedy pomyślałam – trudno, to będzie uciążliwe dla aktorów, dla obsługi, ale powinniśmy wpuszczać spóźnionych, różne przecież zdarzają się sytuacje, tak również wyrazimy nasz szacunek dla widza.

Czy w mailach, o których mówisz, rysują się jakieś oczekiwania repertuarowe?

O tak, ludzie mają teraz bardzo wiele cennych uwag, choć częściej piszą, czego sobie nie życzą. Nierzadko publiczność reaguje na brzydkie wyrazy, zdarzają się kobiety, które liczą, ile razy pojawiło się jakieś nieprzyzwoite słowo. Czasem –tłumaczę – użycie tzw. brzydkiego słowa jest konieczne w spektaklu. Potem dostaje maila: Pani Aniu, pani mnie oszukała, bo wczoraj byłam na spektaklu i użyto dwa razy tego słowa, a dzisiaj znowu dziesięć razy.

Publiczności nie wolno oszukiwać, trzeba uważać, jak się z nią rozmawia. Miałam nawet takie uwagi, że aktor chodził w brudnych butach na scenie. I rzeczywiście, tak było: aktora bolała stopa i wyszedł na scenę w prywatnych butach, trochę mniej zadbanych niż te sceniczne. Publiczność widzi wszystko. To jest zawód, w którym trzeba dać z siebie wszystko, a nawet więcej.

Czego ci w Capitolu brakuje?

Stałego zespołu aktorskiego. Nas na to nie stać, teatr impresaryjny jest tańszy. Ale z drugiej strony cieszę się, że prowadzimy teatr impresaryjny, bo zawsze mogę kolegom powtarzać: W tym teatrze nie gra się za karę. Tu nie ma przymusu – nie chcecie grać, nie gracie. Ale jak gracie, musicie pamiętać o szacunku dla publiczności.

Wspomniałaś jednak o tęsknocie za stałym zespołem, bo to jednak jest ta „większa” połowa twojego scenicznego życia.

No cóż, dla mnie teatr polega na zespole. Mądry dyrektor teatru, kiedy przyjmował aktora do pracy, to zatrudniał go zaraz po szkole teatralnej i trzymał w zespole aż do śmierci. Aktor rozwijał się razem z teatrem, pracował na ten teatr swoim nazwiskiem…

…potem bywał na pogrzebie dyrektora. Ale o zespole w Capitolu jednak w jakimś sensie można mówić. Pewna grupa aktorów pojawia się na afiszu wielokrotnie.

Pracujemy ze stupięćdziesięcioma aktorami, którzy wciąż grają, bo w stałym obiegu jest minimum 15 spektakli. Oni się rotują, zmieniają. Gramy bardzo intensywnie, także na wyjazdach, a to byłoby niemożliwe w systemie jednoobsadowym – mamy więc podwójne obsady, a nawet potrójne. Mało tego, gramy „krosowo”, a to znaczy, że opracowujemy grafik i kto ma czas, wchodzi na scenę. W ten sposób rodzi się nowa jakość; koledzy przychodzą do teatru i jest często nie wiedzą, kogo spotkają na scenie. To przynosi świeży oddech.

Staram się dbać o aktorów, a dbać – to znaczy zapewniać pracę. Żeby jednak zapewnić ciągłość grania, następne role mogę im proponować po trzech, czterech kolejnych premierach, żeby sobie samej nie strzelać w kolano. Tak więc stworzył się taki nieformalny zespół aktorski, bo ktoś, kto do nas wchodzi, potem ciągle gra.

Teatr ma powodzenie, nie bójmy się tego powiedzieć.

Nie bójmy się. Rocznie mamy 200 tysięcy widzów, w sezonie nawet 80 spektakli w miesiącu na miejscu i drugie tyle na wyjeździe, to nie jest w kij dmuchał. Musimy tyle grać, bo płacimy tutaj ogromny czynsz.

A skryte marzenia?

Gramy w przestrzeni, którą wynajmujemy. Nie wiemy, jaki będzie los tego budynku i jak długo jeszcze Teatr Capitol w tym miejscu przetrwa. Dlatego podpisaliśmy umowę z deweloperem i budujemy nową przestrzeń. Jeśli się tak zdarzy, że powstanie już ta nowa przestrzeń, a obecna nadal będzie istnieć, to spokojnie możemy zagospodarować obie. Ja się już dzisiaj duszę na dwóch scenach, spokojnie mogę zapełnić publicznością trzecią i czwartą scenę.

To znaczy, że ten typ repertuaru, który wypracowaliście, jest oczekiwany.

Sprawdza się. I nie tylko repertuar, ale oferta, którą stworzyliśmy. Do Capitolu przychodzi się nie tylko na spektakl, na dobrą komedię, ale także po to, aby miło spędzić wieczór, a tu widzowie mają to zapewnione: ładny anturaż, świetny bufet, drinki, ciasta domowe robione przez mamy naszych pracowników, grają bardzo dobrzy pianiści. W piątki, soboty widz może zostać nawet do piątej rano. Działa klub muzyczny, organizujemy dancingi. Zazwyczaj jest tak, że idziemy do teatru, a po spektaklu szybko do szatni, zakładamy kapotkę i do domu. Teatr jest kino, tylko pop-cornu jeszcze się nie je. A my proponujemy inną formułę – teatr-przedsiębiorstwo rozrywkowe.

A czy zdarzały się w waszym teatrze gwizdy?

Nie, ale zetknęłam się zjawiskiem, które na początku mnie szokowało – ludzie głośno komentują to, co się dzieje na scenie. Zrozumiałam, że patrzą na spektakl jak na telewizor i rozmawiają jak z telewizorem.

Albo korzystają z komórek.

To rzeczywiście plaga i nie bardzo wiadomo, jak sobie z tym poradzić.

Teatr nie jest zakładem wychowawczym, ale już w czasach Stanisława Augusta obowiązywał regulamin dla widzów. Może by się przydał?

My tu gościmy od czasu do czasu kabarety, a publiczność kabaretowa, która do nas po raz pierwszy przyszła, to była ta sama publiczność, która przychodzi do nich na stadiony i hale widowiskowe: w krótkich majkach, sportowych koszulkach, adidasach. Czuli się trochę niepewnie, ale zaczęli do nas częściej przychodzić i do tego coraz lepiej ubrani. Zaakceptowali, że teatr to jest jednak odświętna sprawa, nawet jeśli to tylko komedia.

Dajecie też spektakle dla dzieci.

Spektakle dla dzieci są na pozór nieopłacalne. Taka sama produkcja za małe pieniądze. Ale spektakle dla dzieci to był też nasz wytrych na sprowadzenie nowej publiczności, czyli rodziców. A przy tym okazało się, że to są cudowne spektakle, bo dzieci tak żywiołowo chłoną teatr, że ja się zakochałam w dzieciach oglądających spektakle dla dzieci – mamy za sobą już siedem premier dziecięcych.

Kiedy się rodził pomysł tego teatru, byłem niesłychanie ciekaw, co z tego wyniknie. A z tyłu głowy dobijała się wciąż taka myśl: Co oni robią? Za dużo ryzykują. Zwariowali.

Dobrze, że nie mieliśmy wyobraźni. Mieliśmy pasję, determinację, bo gdybyśmy mieli wyobraźnię, to nie wiem, czy to wszystko by się zdarzyło. Mieliśmy tak szalone długi w pierwszych latach, że pierwsze pieniądze na koncie, które mogliśmy przeznaczyć na własne produkcje pojawiły się po czterech-pięciu latach. To był najcudowniejszy moment w moim życiu, kiedy mogliśmy wreszcie sami produkować.

Trzeba było mieć dużo samozaparcia.

Ogromnie dużo. Zapraszałam zewnętrznych producentów, żeby przetrwać. Oni wykładali pieniądze, a ja dawałam machinę teatralną. Pracowaliśmy na kogoś innego. Ale ten ktoś pomógł mi dotrwać do chwili, kiedy mogliśmy pod własną marką doprowadzić do premiery „Kiedy kota nie ma”, „Klubu mężusiów”, „Gwiazda i ja” – od tego się właściwie zaczął „prawdziwy Capitol. Od tego czasu jestem na swoim.

Rozmawiał: Tomasz Miłkowski

Fo. Teatr Capitol

[Wywiad publikowany w tygodniku „Przegląd” 2019 nr 16]

Dodaj komentarz