Bez bohatera nie ma teatru

Tomasz Miłkowski o plusach i minusach polskiego teatru w minionym roku 2018 na łamach tygodnika „Przegląd”:

Minął rok, co jak zwykle prowokuje do przeglądu, zwłaszcza w „Przeglądzie”. Jak zawsze, pojawiają się jakieś sygnały, nowe mody, może trendy. Co przeminie, a co wzrośnie, czas pokaże. Tymczasem zebrałem po siedem plusów i minusów minionego teatralnego roku.

Plusy

Marcowe granie

Polski teatr z odwagą mierzył się z dramatem Marca 1968 roku. W warszawskich teatrach pojawiło się kilka ważnych premier, którym towarzyszyły równie znamienne spotkania i akcje. Prologiem do marcowego grania był wieczór (5 marca) zorganizowany w 50. rocznicę zdjęcia z afisza inscenizacji „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka z Gustawem Holoubkiem w roli Gustawa-Konrada. Teatr Narodowy przygotował z tej okazji specjalnie wydanie odnalezionej ścieżki dźwiękowej tego spektaklu. Ukazała się też książka Janusza Majcherka i Tomasza Mościckiego „Kryptonim DZIADY”, poświęcona tej pamiętnej inscenizacji. Mocnym akcentem marcowego grania był spektakl plenerowy Teatru Żydowskiego „Spakowani, czyli skrócona historia o tym, kto czego nie zabrał” z gościnnym udziałem aktorów niezwiązanych na co dzień z Żydowskim, a także studentów warszawskiej Akademii Teatralnej w reżyserii Agaty Dudy-Gracz.

Potem ruszyły premiery: „Zapiski z wygnania” wg Sabiny Baral w wykonaniu Krystyny Jandy w Teatrze Polonia (reż. Magdy Umer), „Sprawiedliwość” Michała Zadary w Teatrze Powszechnym, „Kilka obcych słów po polsku” Teatru Żydowskiego gościnnie i we współpracy z Teatrem Polskim (reż. Anna Smolar), monodram Joanny Szczepkowskiej „Ida Kamińska” w reżyserii Gołdy Tencer, spektakl TR Warszawa „Dawid wraca do Izraela”. Wszystkie te spektakle miały swoją wagę. Szczególne jednak znaczenie miały monodramy Krystyny Jandy i Joanny Szczepkowskiej. Wstrząsające „Zapiski z wygnania” przekroczyły swoją skalą zwykłą miarę przyjętą dla przedstawienia teatralnego, łącząc zamysł misyjny z najwyższej klasy aktorstwem i dopracowaną w szczegółach oprawą sceniczną. Monodram Szczepkowskiej zaś przywrócił do scenicznego istnienia legendę żydowskiego teatru w Polsce, wielką Idę Kamińską.

Feministki atakują

Świat stworzony przez mężczyzn dla mężczyzn dobiega kresu. To nie żadne proroctwo, ale wniosek narzucający się po fali premier teatralnych, w których feministyczny obraz rzeczywistości silnie dochodzi do głosu. Dowodzą tego choćby ostatnie premiery teatrów warszawskich: „Miłość od ostatniego wejrzenia” Vedrany Rudan w reżyserii Iwony Kempy w Teatrze Dramatycznym, „Bachantki” według Eurypidesa w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym i „Kilka dziewczyn” Neila Labutte’a w reżyserii Bożeny Suchockiej w Teatrze Narodowym, a także w jakiejś mierze „Cząstki kobiety” Kornéla Mundruczó w TR Warszawa, rzecz o prawie do wyboru własnej drogi cierpienia, a nawet „Wędrówka na Zachód. Dwa miliardy sekund” (reż. Jakub Kasprzak) na Scenie Przodownik Teatru Dramatycznego. We wszystkich tych spektaklach najsilniej wybrzmiewa głos kobiet, choć nie zawsze czysto. Najmocniej – mimo że to nie jest manifest (a może właśnie dlatego) słychać ten głos w spektaklu wg powieści Vedrany Rudan. Chorwacka pisarka wcześniej wstrząsnęła swymi opowieściami o wojnie bałkańskiej. Taki był głośny monodram Krystyny Jandy „Ucho, gardło, nóż”. Z gorącym przyjęciem spotkał się też oparty na jej powieści spektakl „Murzyni we Florencji” krakowskiego Teatru Nowego Proxima (2017) w reżyserii Iwony Kempy.

Podobnie rzecz się ma z „Miłością od ostatniego wejrzenia”, także w adaptacji Iwony Kempy. Mowa tym razem o przemocy w rodzinie. O agresji uprawianej przez mężczyzn. Zaczyna się to już w latach dzieciństwa, kiedy dziewczynka spotyka się z brutalnością ojca. Biernie tej tresurze przygląda się zastraszona matka (przejmująca rola Małgorzaty Niemirskiej). Potem przychodzi kolej na wyśnionego księcia z bajki, który okazuje się despotą. Wreszcie kobieta się buntuje. Poniżana i bita, traktowana jak przedmiot, wciąż kocha swego męża, ale i coraz bardziej nienawidzi. Towarzyszy mu w myśliwskich eskapadach. Kiedy podczas polowania zabije sarnę, jest już gotowa, żeby zabić swego prześladowcę. Przedtem miota przekleństwa pod jego adresem, w nadziei, że on się jeszcze zmieni. Ale nie zmienia się.

Mistrzowie wracają

Zmarły w tym roku nestor polskiej krytyki Henryk Bieniewski, kiedy chciał okazać rezerwę do jakiegoś przedstawienia, zwykł mawiać: „No, dobrze, ale tu brak postaci”. Bieniewski uważał, że bez bohatera nie ma teatru. Nie tylko on. Nie zanika bowiem tęsknota za mistrzami, mimo wydawałoby się ostatecznego zerwania mostów z tzw. teatrem tradycyjnym. To znaczy takim, który lubi portretować postaci i opowiadać jakieś historie, zawsze jednak jako metafory czy parabole. Rzecz ciekawa, ale to właśnie czołowy reprezentant wielkiej zmiany w polskim teatrze, Krzysztof Warlikowski, wystawił w tym roku „Wyjeżdżamy” wg komedii Hanocha Levina „Pakujemy manatki”, w której aż rojno od soczystych postaci. Robert Gliński dwukrotnie pokusił się o telewizyjną realizację tekstów zaliczanych do klasyki XX wieku, czyli „Biesiady u hrabiny Kotłubaj” Witolda Gombrowicza i „Chłopców” Stanisława Grochowiaka. Oba spektakle zaludnił żywymi postaciami, o bogatej osobowości. Maciej Wojtyszko w swoich nowych sztukach zadbał o intrygę i rysunek postaci („Deprawator” o spotkaniu Gombrowicza z Miłoszem z Herbertem w tle) i „Fantazja polska” w Teatrze Ateneum o Ignacym Paderewskim i jego udziale w restytucji polskiej państwowości. Czy to oznacza powolny, ale wyraźny zwrot w stronę literatury? Kto wie, nie byłoby najgorzej.

Adopcja” Wyrypajewa

To był rok Iwana Wyrypajewa, rosyjskiego reżysera, który został „adoptowany” przez polski teatr. Wyrypajew wyreżyserował w tym roku z sukcesem dwie swoje sztuki: „Irańską konferencję” (premiera na Scenie na Woli) i „Osy” (premiera w Polonii), obie produkowane przez firmę Weda, założoną wespół z Karoliną Gruszką. Pierwsza to sztuka modelowana na debatę popularnonaukową. Europejscy intelektualiści poszukują podczas debaty porozumienia z ludźmi wywodzącymi się z innych kultur. Czy to w ogóle możliwe? A jeśli możliwe – to jak, pyta Wyrypajew. W Osach wraca do swej – jak powtarza – najlepszej sztuki, aby szukać sposobu na życie bez Boga, z Bogiem albo z zachwianym poczuciem obecności Boga. Poważną debatę o potrzebie transcendencji osłania formą przekazu. Jej esencją jest muzyczność, refreniczność, operowanie rodzajem słownego tańca, czasem przypominającego natarczywość katarynki.

Teatr Dramatyczny w Warszawie dał premierę jeszcze innej sztuki Wyrypajewa – to „Pijani”, idealnie zorkiestrowani w spektaklu Wojciecha Urbańskiego. Tę samą sztukę w szczecińskim Teatrze Współczesnym przedstawił Norbert Rakowski. Jeśli do tego dodać Tlen w gdyńskim Teatrze Muzycznym (reż. Rudolf Zioło) i „Iluzje” w Akademii Teatralnej (reż. Wojciech Urbański) doliczymy się w minionym roku sześciu premier sztuk Wyrypajawa, a wciąż obecne są na afiszu „Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie” (Scena na Woli, też w reżyserii Urbańskiego) i „Słoneczna linia” w Teatrze Polonia (w reżyserii autora). Tak więc Wyrypajew należy w Polsce do najbardziej wziętych autorów dramatycznych i reżyserów – wystawiony przez niego „Wujaszek WaniaCzechowa w stołecznym Teatrze Polskim (za który został nominowany do Nagrody im. Norwida) cieszy się niesłabnącym powodzeniem.

Gombrowicz wciąż żywy

Gombrowicza się wciąż nosi. Po niedawnym „Ślubie” Anny Augustynowicz w Szczecinie/Opolu powstała w Teatrze Narodowym świetna – choć utrzymana w zupełnie innej stylistyce – inscenizacja Eimuntasa Nekrošiusa. Reżyser klasyczny już dramat Gombrowicza odczytał przez Becketta. Rzecz otwiera scena oczekiwania jak w Czekając na Godota: Matka i Ojciec siedzą na krzesełkach połączonych sznurem i czekają na gości. Ten błyskotliwy spektakl miał być kolejnym krokiem (po „Dziadach”) zacieśniającej się współpracy Nekrošiusa z Narodowym – niestety przedwczesna śmierć wielkiego reżysera przekreśliła te plany. Gombrowicza zaistniał też na innych scenach stołecznych – w Ateneum Artur Tyszkiewicz przygotował drapieżny Trans-Atlantyk”, obfitujący w liczne osiągnięcia aktorskie, a na scenie kameralnej Teatru Polskiego Maciej Wojtyszko wystawił swojegoDeprawatora”, którego głównym bohaterem okazał się Gombrowicz (Andrzej Seweryn). Dorzuciwszy do tego trzy adaptacje powieści „Ferdydurke” (Dramatyczny w Warszawie, Gnieźnie i Radomiu) i Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski w Radomiu okaże się, że moda na króla ironistów trwa. Oby tylko nie upupiła mistrza.

Rechnitz oskarża

Ta zbrodnia miała miejsce na pograniczu austriacko-węgierskim. Na zamku Rechnitz pod sam koniec wojny hitlerowcy, goście baronowej Margit Batthyány wymordowali niemal 200 jeńców-robotników przymusowych. Ten wstrząsający epizod z czasów pogardy wzięła na twórczy warsztat Elfriede Jelinek, pisarka wyczulona na krzywdę, a zwłaszcza na niepamięć o wyrządzonych niegodziwościach. Jej dramat „Rechnitz. Anioł zagłady”, utrzymany w formie monologu bez didaskaliów, z którym musi sobie poradzić reżyser, jest opowieścią posłańców, którzy nie tyle opowiadają o tym straszliwym wydarzeniu, ile w rozmaity sposób zacierają ślady tej zbrodni.

Na tej podstawie powstało dzieło „Rechnitz. Opera” Wojtka Blecharza w reżyserii Katarzyny Kalwat. Może to wydawać się na pierwszy rzut oka zaskakujące, że temat tak na wskroś dotkliwy i współczesny przyoblekł formę opery, której istotą jest konwencja, sztuczność, ucieczka od naturalności dzisiaj tak w teatrze modnej. A jednak pierwsze pokazy performatywne tego dzieła, przygotowane dla widzów festiwalu Warszawska Jesień, prezentowane na scenie TR Warszawa, wywołały silne wrażenie. Jelinek nie od dzisiaj oskarża austriackie społeczeństwo o wyparcie win, o tuszowanie przeszłości. Ale, jak wiemy, to nie tylko problem Austriaków.

Minusy

Stracony sezon w Polskim we Wrocławiu

Pod koniec roku pojawiło się światło w tunelu – mianowany p.o. dyrektora artystycznego Krzysztof Kopka podjął próbę przywrócenia we wrocławskim Polskim stanu normalności. Ale cały rok poszedł na straty. Prawie jak w Starym, gdzie, jak się zdaje, kryzys przygasł. Za to wybuchł nowy konflikt wokół konkursu na dyrektora Instytutu Teatralnego. Mimo że znaczna część środowiska teatralnego opowiadała się za pozostawieniem Instytutu pod dyrekcją Doroty Buchwald, konkurs i tak rozpisano. Powołana przez Ministra Kultury komisja konkursowa nie zdołała jednak wyłonić kandydata. Powstała sytuacja patowa. Słowem, biurokratyczno-polityczna kręcioła.

Neonaturalizm w natarciu

Jak to nazwiemy – naturalizmem, neonaturalizmem czy hiper naturalizmem, jedno nie ulega wątpliwości: pełno na naszych scenach przedstawień, które imitują życie. Niektórzy powiadają o nich, że to świat seriali przeniesiony na scenę, ale nie mają racji – świat seriali z reguły niewiele ma wspólnego z życiem, jest czystą kreacją, tyle że nieudolną albo koślawą. Spektakle neonaturalistyczne próbują tworzyć iluzję rzeczywistości, naśladując życie, prawdziwe dialogi i zachowania, a ostatnio nawet akt narodzin dziecka. Tak było podczas spektaklu Kornéla Mandruczó „Cząstki kobiety” w TR Warszawa. Wzruszyło to wielu wrażliwych widzów, jeden z recenzentów przyznał się, że płakał. Sukces to jednak wątpliwy, bo ze sceny – mimo głośnego nazwiska reżysera i dobrego zespołu aktorskiego – zalatuje banałem. Neonaturalizm nie jest w stanie niczego odkryć ani też sformułować nowych pytań, raczej sprawia, że kręcimy się w kółko, nawet jeśli z piecyka na scenie wydobywa się dym przypalanej kaczki, a w innym przedstawieniu ktoś smaży jajecznicę.

Paplanie na scenie

Neonaturalizmowi towarzyszy zazwyczaj paplanie na scenie. To dialogi pisane na kształt i podobieństwo rozmów, czy monologów wymuszanych (podczas prób) przez reżyserów na aktorach. Rzadko jednak zdarza się, aby te dialogi miały jędrność i nośność poetycką języka Szekspira. Zazwyczaj kończy się na gaworzeniu, powtarzaniu, oczywistościach, czyli przejmującej nudzie, jak to dzieje się we wspomnianym już przedstawieniu „Wędrówka na Zachód. Dwa miliardy sekund”. Skąd inąd sympatyczna gawęda o układzie słonecznym, pewnie przydatna przedszkolakom, w teatrze dla dorosłych brzmi irytująco. Jest jeszcze kilku innych autorów poza Szekspirem, którymi warto się zainteresować, niekoniecznie musi to być klasyka, ale koniecznie literatura.

Mikroporty rządzą

Pewno to moje starcze ograniczenie, ale nie przyzwyczaję się do mikroportów, które zresztą mają skłonność do awarii, a wtedy naprawdę jest okropnie. Nie myślę tu o spektaklach muzycznych czy z rozbudowaną warstwą śpiewaną – ale o innych przedstawieniach, gdzie żywy kontakt z aktorem zastępuje sprzęt audiowizualny. Wprawdzie za jego pośrednictwem też można ów żywy kontakt ustanawiać, ale trzeba być takim mistrzem jak Piotr Lachmann, który dowodził tego w swoim Videoteatrze prowadzonym wspólnie z Jolantą Lothe-Stanisławską. Zamiast wykorzystać jego wyobraźnię i ogromne doświadczenie, zaprosić do prowadzenia warsztatów z tej wymagającej techniki teatralnej, cofnięto dotację na ten teatr i pozbyto się niewygodnego fachowca.

Gasnący Pożar w Burdelu

Może to przejściowe, ale chwalony powszechnie (także i przeze mnie) kabaret „Pożar w Burdelu” przechodzi kryzys. Nowe jego produkcje nie mają już tego płomienia jak wcześniejsze, energia rozchodzi się na boki, a całość nie bardzo składa się w… całość. Tak było ze „Zwierzoczłekoupiorami. Horrorem musicalem o Tadeuszu Konwickim” w Teatrze Studio, którego nie uratowała nawet maestria Ireny Jun. Może „pożarowców” wykańcza nadprodukcja pomysłów i programów, może bohaterowie są zmęczeni i trzeba zwolnić tempo? Liczę na to, że jeszcze wrócą do formy.

Niedouczeni?

Trudno tu o trafne uogólnienie, może to tylko wycinkowa obserwacja, ale coraz częściej odnoszę wrażenie, że absolwenci szkól teatralnych opuszczają je nieprzygotowani do zawodu, a przynajmniej nieprzygotowani do pracy w teatrze dramatycznym. Widać to jak na dłoni w przedstawieniach, w których spotykają się twarzą w twarz z aktorami starszych generacji. Tych starszych słychać, widać, wiadomo, po co są na scenie. Ci młodsi giną gdzieś na dalekim planie, co najwyżej uprawiają gimnastykę, ale trudno mówić o prowadzeniu ról. Do takich niewesołych wniosków prowadziły ostatnie realizacje „Snu nocy letniej” w warszawskim Dramatycznym i „Antygony” w Ateneum. Te dwa wartościowe przedstawienia, bardzo traciły wskutek aktorskich niedoróbek w wykonaniu młodzieży. W „Śnie” grupa rzemieślników i dwór Goplany modelowany na starców – w wykonaniu doświadczonych aktorów – sprawiali doskonale wrażenie (prawie takie jak w spektaklach Janusza Wiśniewskiego), co z tego, skoro nie było w nim młodych zakochanych.

Odrobina komfortu

Teatry publiczne, a nawet komercyjnie nie pamiętają, że trzeba zadbać o komfort widza. Niektórzy twórcy uważają, że widza trzeba wziąć pod but, zmęczyć, dać mu w kość, wtedy poczuje, że był w teatrze. Kazimierz Dejmek napominał, że widz, który zapłacił za bilet musi widzieć i słyszeć, ma do tego święte prawo. Pewnie też musi wygodnie siedzieć (nie od rzeczy jest zrobić przerwę, którą ostatnimi czasy teatry się brzydzą), ale o tym coraz częściej może tylko pomarzyć. Wiele jest przedstawień „chodzonych”, gdzie o siedzeniu (zwłaszcza wygodnym) w ogóle nie ma mowy. Taki trend. Niech i tak będzie, ale jednak o takich odstępstwach od reguły minimalnego komfortu trzeba widza uprzedzić, a nie wszyscy to robią. Warto pamiętać o widzach niepełnosprawnych, starszych, którym nie powinno się utrudniać korzystania z „usługi”. Bo teatr jest nie tylko świątynią sztuki, ale także przedsiębiorstwem usługowym.

Tomasz Miłkowski

{na zdj. scena ze spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego „Wyjeżdżamy”, fot. Magda Hueckel/Nowy Teatr]

Dodaj komentarz