Wielcy nieobecni: Stanisław Grochowiak

Chłopcy”, dzisiaj najbardziej znana sztuka Stanisława Grochowiaka, po druku w „Dialogu” (1964) czekała na prapremierę aż 6 lat.

Nie było to spowodowane obstrukcją cenzury czy naciskami politycznymi – po prostu teatr nie wiedział, jak się zabrać do tego tekstu. Wystawił go Teatr im. Słowackiego w Krakowie (1970, reż. Mirosław Wawrzyniak), Kalmitę zagrał Hugo Krzyski, Pożarskiego Marian Cebulski, Smarkula Eugeniusz Fulde. Wcześniej tragikomedia trafiła do Teatru TVP (1966). Reżyser Tadeusz Jaworski zadbał o wyśmienitą obsadę. Znaleźli się w niej: Kazimierz Opaliński (Kalmita), Zofia Rysiówna (Narcyza) oraz Barbara Ludwiżanka (Hrabina de Profundis), Gustaw Lutkiewicz (Smarkul), Zdzisław Mrożewski (Pożarski), Jadwiga Barańska (Siostra Maria), Zofia Małynicz (Siostra Przełożona), Aleksander Dzwonkowski (Jo-Jo). Nic dziwnego, że spektakl Jaworskiego wywarł ogromne wrażenie. Tak wielkie, że wkrótce sztukę zekranizował Bogdan Ber (1973), korzystając z części obsady premiery telewizyjnej (Opaliński, Mrożewski, Dzwonkowski, Małynicz i Ludwiżanka) uzupełnionej Zofią Mrozowską (Narcyza), Wacławem Kowalskim (Smarkul), Mają Komorowską (Siostra Maria). Film bardzo się podobał, zdobył liczne laury – Kazimierz Opaliński otrzymał nagrodę za kreację aktorską na Międzynarodowym Festiwalu Telewizyjnym Złota Praga, Złoty Ekran od tygodnika „Ekran” powędrował do Bogdana Bera i Stanisława Grochowiaka, Aleksander Dzwonkowski został wyróżniony Nagrodą Ministra Kultury I stopnia.

Sukces tej telewizyjnej wersji „Chłopców” nie wszystkim się spodobał, komentator telewizyjny „Gazety Robotniczej” pisał, że aktorzy grali… za dobrze. Po emisji filmu dowodził, że: „poezji w filmie zabrakło, to zna­czy sposób jej przedstawienia, był bardzo niezadowalający, cokol­wiek kiczowaty. Ale w filmie zaszła rzecz inna: znakomici aktorzy – Opaliński, Mrożewski, Dzwonkowski i Kowalski – zagrali swoje role za dobrze. Byli tak pełni życia, owego – splendoru aktorskiego, że mimo smutnych momentów odebrało się ich historię jak wesołe ży­cie staruszków”.

Po krakowskiej prapremierze polskie teatry inscenizowały „Chłopców” wiele razy – 20. realizację przygotował Robert Gliński w Teatrze TVP (2018). O realizację radiową pokusił się też Teatr Polskiego Radia (1966). Choć to niemało, to jednak poniżej scenicznej siły tej sztuki, idealnie respektującej wymagania teatru, jednocześnie rodzajowej, groteskowej i metaforycznej. Wszystkie te warstwy sztuki wykorzystał Gliński, dzięki czemu „Chłopcy” potwierdzili swoją wyjątkowość jako dramatyczna opowieść o schyłku życia grupy starców w domu prowadzonym przez siostry, trzymające swych podopiecznych żelazną ręką. Na tyle mocno, aby nie zapominali, że są całkowicie od nich zależni i bez żadnej nadziei na przyszłość.

Reżyser w niewielkim stopniu zmodernizował tekst, dodając kilka aktualnie brzmiących słów, jak „lewak”, zadbał też o korespondencję ze współczesnością – stąd pani Narcyza ofiarowuje pensjonariuszom domu starców telewizor plazmowy, siostry używają komórek, a na ekranie (jeszcze starego) telewizora można zobaczyć nagranie Ewy Demarczyk i usłyszeć melodie Zygmunta Koniecznego, który warstwę muzyczną tej realizacji „Chłopców” przygotował. Gliński wprowadził jeszcze kilka innych innowacji, korzystając z efektu ruchliwej kamery. I tak na przykład starcy na czele z Kalmitą podglądają przez okno Profesora podczas czułego spotkania z Hrabiną de Profundis, kamera podąża też za Smarkulem, kiedy wybiera się do kuchni, aby podebrać naczynia do alkoholu. To jednak detale tła, bo istota pozostała nienaruszona: jednoczesne ukazanie świata starców, śmiesznych a czasem nawet żałosnych w swoich swawolach, i oświetlenie ich dramatu jako grupy starych ludzi, nieuchronnie skazanych na koniec. Z jednej strony wciąż tli się w nich tęsknota za swobodą i radością życia, z drugiej strony sączy gorycz przemijania i świadomość odchodzenia. Tę dwoistość, rozpiętą między groteską i tragedią wiarygodnie odmalowali aktorzy.

Anna Dymna jako schwarccharakter, Narcyza Kalmitowa z jadowitym uśmiechem poskramiała porzuconego w domu starców męża. Zagrała więdnąca gwiazdę, świadomą gasnących powabów, która nie chce pogodzić się z utratą pozycji carycy. Elżbieta Karkoszka jako budząca sympatię Matka Przełożona stworzyła postać zagubionej w rzeczywistości staruszki, która z trudem usiłuje wypełniać swoją kierowniczą funkcję. Jest zbyt miękka, aby wygrać walkę z bezwzględną siostrą Marią (Anna Radwan). Andrzej Grabowski jako Smarkul naszkicował postać najmłodszego ze starców (66 lat), który niczym stażysta wśród wiekowych kolegów uchodzi za młokosa. Wytresowany przez kolegów, zawsze spieszy im na usługi, posłuszny, przytakujący i w ciągłym zachwyceniu urodą świata. I wreszcie Jerzy Trela jako Kalmita z chirurgiczną celnością sportretował byłego wytwórcę wód sodowych, który w domu starców chroni swoją godność i pewną ręką rozdaje karty w grze o jutro. Z posępną rezygnacją przygotowuje się na doroczne odwiedziny swojej żony i wciąż snuje nierealne plany na przyszłość. Narcyza zabiera go domu, ale nie może tam zagrzać miejsca i ucieka. Ale wtedy okaże się, że nie ma już dla niego miejsca w domu starców. W jego dawnym pokoju powstała świetlica z królującym telewizorem od Narcyzy, a niedawni kompani przyjęli reguły gry narzucone przez siostrę Marie, która teraz przejęła rządy. Kalmita wie, że walkę przegrał – odchodzi więc w milczeniu. Jerzy Trela w scenie tego odejścia powściągliwymi spojrzeniami i gestami potrąca struny tragizmu.

Spis przedstawień zrealizowanych wg Grochowiaka obejmuje bez mała 40 tytułów, ale obejmuje także widowiska poetyckie, adaptacje jego prozy, a także scenariusze pisane na podstawie dzieł innych autorów, jak choćby popularna „Piękna i bestia”, sztuka przeznaczona dla widza dziecięcego, która doczekała się aż 15 realizacji w teatrach lalkowych, w tym 5. po roku 2000. Jeśli jednak ograniczyć się do tytułów przeznaczonych dla teatru, lista ta zmniejszy się znacznie – obejmie zaledwie 6 sztuk. Doczekały się one w polskich teatrach 126 premier, wliczając w to 12 realizacji telewizyjnych i 3 radiowych. Można do tej niemałej liczby dopisać sceniczne lub telewizyjne przeniesienia niektórych słuchowisk, które sprawdziły się jako widowiska: „Partita na instrument drewniany”, którą Andrzej Kijowski uważał za najlepszy dialog Grochowiaka (7 premier, w tym 2 telewizyjne i 2 radiowe), „Kaprysy Łazarza” (5 realizacji, w tym jedna lalkowa),„Po tamtej stronie świec” (po jednej realizacji telewizyjnej i w teatrze), „Dzień orderu” (realizacja teatralna i radiowa), „Księżyc” (3 realizacji, 2 radiowe i 1 w teatrze), „W popiół płodna” (2 realizacje: 1 radiowa, 1 teatralna), „Z głębokiej otchłani wołam cię” (5 realizacji, w tym 1 radiowa) oraz dwie adaptacje prozy: „Karabiny” (3 wystawienia) i „Trismus” (4 wystawienia).

Daje to razem 160 premier, ale po roku 2000 ta statystyka wygląda mniej imponująco, bo sztuki Grochowiaka trafiły wówczas na afisz zaledwie 11 razy, a jeśli odliczyć spektakle telewizyjne, to zaledwie 9 razy, przy czym frekwencję tę ratują „Chłopcy” (6 realizacji scenicznych), a dopełniają tylko śladowo „Lęki poranne” (2 premiery) i „Szalona Greta”. Od ponad 20 lat nie wystawiono ani razu „Szachów”, „Okapi” i „Króla IV”. Szalona dysproporcja – na ostatnie dwudziestolecie przypada mniej niż dziesiąta część realizacji sztuk Grochowiaka.

Statystykom nie trzeba nadmiernie wierzyć, ale przecież dają świadectwo faktom. Czy to oznacza, że utwory sceniczne poety tak się zestarzały albo okazały się tak dalece „etapowe”, że nie pasują do naszych czasów? Nic z tych rzeczy – zaledwie kilka wczesnych słuchowisk Grochowiaka jest wyraźnie uwikłanych w konteksty polityczne swojego czasu (m.in. „Dzień orderu”). Resztę cechuje dalece posunięty uniwersalizm. Nawet sztuki związane z okresem okupacji niemieckiej mogą doskonale obejść się bez tła historycznego i toczyć w każdej opresyjnej społecznie sytuacji. Odłożenie Grochowiaka na półkę jest więc raczej przejawem zaniedbania albo pychy teatru, który zawsze goni za nowością.

Ostrożne sięganie po dialogi Grochowiaka może też być wynikiem pewnej bezradności, jaką okazywał wobec nich teatr. Często ich realizacje grzęzły w rodzajowości, pomijając inne piętra sztuk – ich przesłanie moralne, wymiar metaforyczny, przerysowanie albo groteskę. Realizm Grochowiaka bywał zwykle maską, za którą kryły się głębsze sensy: „wszystkie dotychczasowe inscenizacje utworów tego pisarza – oceniała Elżbieta Wysińska po prapremierze „Lęków porannych” w Teatrze Polskim w Warszawie (1972) – były poniżej możliwości tekstu”. I choć trzeba by tę ocenę dzisiaj złagodzić, bo jednak kilka inscenizacji, zwłaszcza telewizyjnych, sprostało tekstowi (na co dowodem niech będzie ostatnia realizacja „Chłopców”), to nadal wystawienie utworów Grochowiaka pozostaje dla teatru wyzwaniem.

Wyzwaniem jednak wartym grzechu, jeśli pamiętać, że poeta oferuje spotkanie z bohaterami w sytuacji ekstremalnej, stającymi przed ostatecznymi wyborami, których stawką jest śmierć. Przy czy to teksty dialogujące z innymi tekstami kultury, zwłaszcza malarstwem (flamandzkim) i wielką literaturą dramatyczną (Szekspir), a zarazem świadome pastisze gatunków już znanych: dramatu romantycznego, komedii kryminalnej, farsy, tragikomedii, a nawet tragedii antycznej. Do tego dodajmy wpisany w tę dramaturgię tragizm ludzkiego losu, od którego nie ma ucieczki, a przy tym heroizm trwania, aby mimo wszelkie przeciwności i fata ocalić moralny sens istnienia.

Grochowiak zmaga się z podstawowymi pytaniami egzystencjalnymi, nawet wtedy, kiedy ukazuje marionetkowe państwo, w którym wszyscy spiskują przeciw wszystkim („Król IV”) albo groteskowych przywódców narodu: tyrana, spiskowca, tajniaka i potencjalnego kandydata na ich następcę („Okapi”). To nic, że wszyscy bohaterowie tych dramatów przegrywają, nawet wtedy, kiedy wydaje się, że wygrali. Jacenty wytargował lepsze miejsce na pochówek i jeszcze parę lat dychawicznego życia („Kaprysy Łazarza”), ale Łazarzem pozostanie, odwlecze tylko nieco wyrok. Prokurator z „Dulle Griet”, który dowiedzie niewinności niesłusznie oskarżonej Grety, zginie z jej rąk, kiedy oszalała pod brzemieniem oskarżeń bohaterka zaczyna naprawdę siać zemstę i śmierć.

Grochowiak opowiada wciąż tę samą historię: nie ma ucieczki od losu, który został już przesądzony. Ale to nie znaczy, że wolno poddawać się bez walki. Julian Przyboś przypisał Grochowiakowi turpizm. Poeta przecież wyznawał w wierszu „Czyści”:

„Wolę brzydotę

Jest bliżej krwiobiegu

Słów gdy prześwietlać

Je i udręczać”

Wzięto te słowa za świadectwo fascynacji brzydotą. Ale tak naprawdę chodziło o współczucie pokrzywdzonym, pozbawionym głosu, odepchniętym. A tacy właśnie są bohaterowie jego dramatów.

Tomasz Miłkowski

[Tekst opublikowany w „Dzienniku Trybuna”, 11 stycznia 2019]

Dodaj komentarz