Teatru nie da się zamknąć w definicji

O studiach, teatrze lalek i życiu młodego aktora z Kamilą Wróbel-Malec – aktorką Białostockiego Teatru Lalek – rozmawia Rafał Górski:

Drugi sezon artystyczny jest pani aktorką Białostockiego Teatru Lalek. Jak ocenia pani dotychczasową pracę w najlepszej instytucji tego typu w kraju?

Pracuję mi się bardzo dobrze. Na pewno ważne jest dla mnie to, czy cały czas mam szansę się rozwijać i, całe szczęście, w BTL-u mam taką możliwość. Nieocenioną wartość stanowi zróżnicowany wiekowo zespół aktorski. Spotykam się na scenie z bardzo dobrymi, doświadczonymi aktorami, od których mogę się wiele nauczyć, oraz z kolegami, którzy skończyli szkołę w podobnych czasach, dzięki czemu w zespole panuje młodzieńcza werwa. Ponadto możliwe jest podejmowanie różnych inicjatyw, na których realizację władze teatru patrzą przychylnym okiem. Poza tym nie ukrywam, że istotna jest dla mnie możliwość grania w spektaklach zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Bardzo się cieszę, że w BTL-u realizuje się sztuki poświęcone różnym grupom wiekowym. Na pewno nie chodzi o to, iż granie w spektaklach dla dzieci jest łatwiejsze czy mniej satysfakcjonujące, często bywa wręcz odwrotnie. Chodzi o to, że spotkania z różnorodną widownią pozwalają lepiej zrozumieć człowieka, niezależnie od jego wieku, co, według mnie, jest sednem naszej pracy.

Szybko się pani zadomowiła w teatrze? Czy doświadczeni aktorzy służą pomocą i zawodowymi radami?

Wydaje mi się, że szybko. Oczywiście początki bywają trudne, ale pomogło mi na pewno to, że z częścią aktorów spotkałam się już w Akademii Teatralnej. Resztę zespołu mogłam obserwować w spektaklach, na które chodziłam jeszcze jako studentka. Czy służą radami? Raczej tak. W każdym razie, kiedy już to robią, bardzo się z tego cieszę, bo uważam, że twórczość i praca nad spektaklem polega między innymi na wymianie zdań oraz dyskusjach. Odmienny punkt widzenia może wnieść nową jakość, dzięki czemu mogę jeszcze raz zweryfikować swoją pracę nad rolą.

A od zawsze chciała zostać pani aktorem-lalkarzem? Bo zanim podjęła pani studia na prestiżowym białostockim Wydziale Sztuki Lalkarskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, ukończyła pani stosunki międzynarodowe.

Nie od zawsze. Ale od najmłodszych lat teatr mi towarzyszył. Lubiłam występować. Uczestniczyłam w kilku konkursach recytatorskich rocznie. Śpiewałam, uczyłam się grać na pianinie. W liceum działałam w amatorskim Teatrze Piosenki Młyn. Mimo wszystko studia aktorskie wydawały się, zarówno dla mnie, dla mojej rodziny, jak pewnie również dla części osób z mojego środowiska, nieosiągalne. Pochodzę z bardzo małej miejscowości, oddalonej od miasta wojewódzkiego o 120 kilometrów, więc nic dziwnego, że niełatwo jest wyobrazić sobie taką przyszłość. Ale spróbowałam od razu po maturze zdawać do szkoły teatralnej w Krakowie. I tylko tam. Ponieważ odwiedzając siostrę, która w tym mieście studiowała, zakochałam się w nim i postanowiłam studiować cokolwiek, byleby w Krakowie. Na aktorstwo się wtedy nie dostałam, więc zaczęłam studiować stosunki międzynarodowe. Zazwyczaj, jeśli coś robię, to bardzo się w to angażuję. Tak też było ze studiami, które również znajdowały się w zakresie moich zainteresowań. Nie wyobrażałam sobie przerwać studiów, a ponieważ zaczęło brakować mi teatru, postanowiłam pogodzić jedno z drugim. Na drugim roku rozpoczęłam zaoczną naukę w Szkole Aktorskiej SPOT. Dzięki temu, po trzech latach przebywania w Krakowie, miałam w ręku licencjat ze stosunków międzynarodowych i dyplom aktorski SPOT-u. Wtedy musiałam się na coś zdecydować. Stwierdziłam, że jest to najlepszy moment na jeszcze jedną próbę zdania do szkoły teatralnej. Tym razem nie tylko w Krakowie. O wydziale w Białymstoku dowiedziałam się przypadkiem i postanowiłam, że tam także spróbuję swoich sił. O lalkach nie wiedziałam niczego. Dopiero po dostaniu się do szkoły, w trakcie studiów zobaczyłam „z czym to się je”. Nie pamiętam dokładnie, ale pod koniec pierwszego lub na drugim roku powiedziałam sobie: „Chcę i mogę pracować w teatrze lalek, lubię to!”.

Ukończenie Szkoły Aktorskiej SPOT w Krakowie to z pewnością przydatne doświadczenie, które ułatwiło pani dostanie się na studia aktorskie. Jak wspomina pani egzaminy na WSL, co podczas nich sprawiło najwięcej trudności?

Nauka w Szkole Aktorskiej SPOT to zdecydowanie przydatne doświadczenie. W ogóle uważam, że to, czego się nauczymy w jednej czy drugiej szkole, od jednego czy drugiego profesora, zależy od nas. Moim zdaniem każdy człowiek spotkany na naszej drodze może być niepowtarzalną lekcją. Oczywiście to, z jakimi ludźmi się spotkamy też ma znaczenie. Ja podczas swojej nauki w szkole SPOT miałam szczęście trafić na wielu interesujących pedagogów i aktorów. Rozmowy z niektórymi z nich, ich rady oraz zajęcia prowadzone przez nich pamiętam i wspominam do dzisiaj. Nie wiem, czy w taki sam sposób studiowałabym na Akademii Teatralnej, gdyby nie ten etap w moim życiu. Jeżeli chodzi o egzaminy na WSL – wspominam je bardzo dobrze. Bardzo ciężko, ale i bardzo dobrze. Pamiętam, że niesamowicie spodobało mi się to, że drugi etap trwał kilka dni, że egzaminujący mieli szansę naprawdę nam się przyjrzeć i poznać, a my jednocześnie mieliśmy dużą szansę, aby się wykazać. Ciężko mi było uwierzyć, iż w ciągu dwóch minut i po wyrecytowaniu kilku zdań przez kandydata, ktoś jest w stanie bez problemu ocenić, czy ów kandydat nadaje się do tego zawodu. W Białymstoku szalenie spodobał mi się także klimat stworzony przez innych studentów – to, jak pomagali nam w przygotowywaniu się do kolejnych etapów. Największą trudnością okazały się chyba zadania związane z dziedziną, której wcześniej nie znałam, czyli teatrem lalek. Naszym zadaniem było na przykład zrobienie etiudy z przedmiotem i bardzo, bardzo dużo ćwiczeń rytmicznych.

Studia w szkole teatralnej pochłaniają wiele czasu, bardzo często studenci przebywają na uczelni do późnych godzin. Miała pani chwile zwątpienia?

Tak, miałam. Ale nie z powodu ilości godzin spędzanych w szkole. Podobnie jak na egzaminach wstępnych, również w trakcie trwania pierwszego roku, etiudy aktorskie z przedmiotem sprawiały mi największą trudność. Właśnie z powodu tych zajęć wróciłam kiedyś do mieszkania i powiedziałam, że z tym koniec, że już nie wrócę do szkoły i że po prostu nie umiem tego zrobić. Moje ówczesne współlokatorki namówiły mnie wtedy na wyjazd do rodzinnego domu i zrobienie sobie przerwy. Tak też uczyniłam. Odwiedziłam wówczas babcię i poszłam do niej na strych, żeby znaleźć jakiś ciekawy przedmiot na zajęcia. Znalazłam część starej zabawki – wiklinowego wózka dla lalek. Brzmi to może infantylnie i bajkowo, ale ten przedmiot przemówił do mnie. Zabrałam go ze sobą do Białegostoku i zrobiłam etiudę na zajęcia, którą później pokazałam także na egzaminie. Drugą chwilę zwątpienia przeżyłam na trzecim roku, kiedy to przyszło nam mierzyć się z autorskimi projektami z zakresu teatru ożywionej formy oraz rozbudowanymi formami scen dialogowych. Nie chodzi tutaj o poziom trudności zajęć, lecz o to, jakie myśli pojawiały się w głowie. Szukanie i próby budowania poczucia własnej wartości, pierwsze myśli o przyszłości, bo przychodzi świadomość, że szkoła nie trwa wiecznie i trzeba się będzie w jakiś sposób ukierunkować, nastawić na to, co może przyjść. Na szczęście nie byłam sama. Zarówno rodzina, mój (wtedy jeszcze) chłopak, przyjaciele, jak i niektórzy profesorowie pomogli pokonać budzące się we mnie wątpliwości, a mi pozwoliło to wyciągnąć naukę na przyszłość.

Zajęcia praktyczne są wyczerpujące. Można je porównać do treningu sportowca?

Na pewno z fizycznego punktu widzenia warto mieć dobrą kondycję i dbać o nią jak sportowiec. Jednak zajęcia praktyczne tak bardzo związane są z zadaniami, jakie dostajemy, relacjami pomiędzy aktorami na scenie, intencją, emocjami, mają tak zróżnicowaną specyfikę, że ciężko porównać je do treningu sportowca. Do wysiłku fizycznego, dochodzi również wysiłek psychiczny. Proszę wyobrazić sobie ludzi zmęczonych po ciężkiej awanturze, takiej, gdzie po pokoju latają rzucane przedmioty i słychać nieustanne krzyki. Albo człowieka, który przez dwie godziny na scenie ma do rozwiązania ważny problem i jednocześnie musi zaprezentować widowni esencję życia postaci. Zmęczenie spowodowane taką intensywnością pracy jest zdecydowanie inne od tego, które odczuwa sportowiec. Nakład sił jest porównywalny, jednak ich rozkład i proporcje są zupełnie odmienne. Ale istnieją też podobieństwa. Największym jest satysfakcja po dobiegnięciu do mety, czyli opadnięciu kurtyny.

Czy według pani wykonywanie i animowanie lalek jest trudne, bo przecież oprócz typowego aktorstwa, na białostockim wydziale, studenci zgłębiają sztukę lalkarską?

Jeżeli chodzi o wykonanie lalek to na pewno jest to dla mnie trudne i nie przepadam za tym. Nigdy nie byłam szczególnie dobra w dziedzinach plastycznych. Na szczęście są ludzie, którzy się zajmują tylko tym i robią to, bo lubią. Na pewno umiejętność samodzielnego wykonania lalki się przydaje i podstawy warto znać, jednak ja skupiam się raczej na animowaniu. Teraz już nie wydaje mi się to bardzo trudne, ale nic dziwnego, po to właśnie pięć lat studiów. Najtrudniejsze są początki, kiedy naprawdę jeszcze nic się nie wie, a także nie rozumie, wtedy bardzo przydaje się zaufanie profesorowi, który stara się wszystko wyjaśnić i nauczyć od podstaw. To bardzo często wymaga żmudnej pracy, która, mimo wszystko, w końcu przynosi efekt. Oczywiście każda lalka wymaga indywidualnego podejścia i czasu, który pozwala oswoić się z formą. Nawet, teoretycznie, dwie takie same lalki, wykonane w tej samej technice tworzenia, potrafią różnić się nieznacznie ciężarem czy mobilnością stawów, a to już oddziałuje na sposób animacji. Jeżeli chcemy osiągać poziom mistrzowski, czas przeznaczony na uprawianie tej sztuki, musi się proporcjonalnie wydłużać. Talent i znajomość warsztatu to jedno, ale bez autentycznego poświęcenia czasu, energii i zaangażowania, uprawianie tej sztuki – w sposób profesjonalny – jest niemożliwe.

Z którym typem lalek najbardziej lubi pani pracować?

W szkole moją ulubioną lalką była jawajka. Czyli klasyczna lalka z ruchomą głową, rączkami na czempurytach. Mam wrażenie, że ta lalka udźwignie każdy temat, nawet ciężkie, poważne dramaty. Lubię też pacynkę, ze względu na ekspresję, którą trzeba włożyć w animację. Teraz, pracując w teatrze, zwłaszcza przy spektaklu „Little Shop of Horrors”, przekonałam się, że tak samo lubię marionetkę i formy nieklasyczne, nowe.

Ważnym momentem w życiu początkującego aktora jest debiut. Może okazać się on wielkim sukcesem albo kompletną porażką. Jak pani wspomina swój debiut i przygotowania do niego?

Pamiętam go przede wszystkim ze względu na to, że to było moje pierwsze spotkanie z profesjonalnymi aktorami w pracy i na scenie. Był to spektakl pod tytułem. „Nauka latania” w reżyserii Joanny Gerigk. Nie miałam dużej roli, więc mogłam popodglądać, jak pracują inni aktorzy, co było bardzo interesujące i przydatne w tamtym momencie. Pamiętam, że bardzo pozytywnie odebrałam ich zaangażowanie, pracę nad najmniejszymi szczegółami i ceniłam uwagi, które mi dawali. Ważne było to, iż spotkałam się z życzliwymi i sympatycznymi ludźmi. Jak na pierwszy spektakl w teatrze, to bardzo istotne.

Obecnie można podziwiać panią na dużej scenie Białostockiego Teatru Lalek w „Słomkowym kapeluszu” wyreżyserowanym przez Pawła Aignera. W tym spektaklu demonstruje pani swoje wszechstronne umiejętności. Tańczy pani, śpiewa, ze swoim partnerem scenicznym uprawia niespodziewaną ekwilibrystykę z elementami scenografii. Wszystko to w butach na obcasie. Takie połączenia wymagają wybitnych predyspozycji warsztatowych i fizycznych. Daje to oszałamiający efekt. Lubi pani tak intensywne role?

Tak lubię. Bardzo się cieszyłam z roli w spektaklu Pawła Aignera, ponieważ udało mi się z nim pracować przy „Świętoszku” – spektaklu dyplomowym w Akademii Teatralnej. Czas ten wspominam bardzo dobrze. Bardzo też lubię jego przedstawienia, więc wiadomość o tym, że będę miała możliwość w tak krótkim odstępie czasu spotkać się z nim drugi raz, ale już na profesjonalnej scenie i z doświadczonymi aktorami, była ekscytująca, a także jednocześnie stanowiła dla mnie wyzwanie. Rzeczywiście „Słomkowy kapelusz” to spektakl wymagający. Dlatego daje wiele możliwości zdobycia nowych umiejętności. Między innymi uczyliśmy się stepować, bardzo dużo śpiewaliśmy i tańczyliśmy. Z ciekawostek mogę powiedzieć, że z moim partnerem scenicznym, Mateuszem Smacznym, musieliśmy się przebrać do swojej sceny w kilkadziesiąt sekund. Nie wiem, czy będę miała jeszcze kiedyś krótszy czas na „przebiórkę”. I to kolejne przydatne doświadczenie, bo nie było czasu na odsapnięcie, zastanowienie się, z czym wychodzę na scenę. Musieliśmy być gotowi „na już”, zrzucić z siebie jeden kostium, zarzucić w biegu drugi i – już w czasie ubierania – zaczynać grać naszą scenę. To naprawdę świetna szkoła. Uwielbiam grać w takich wymagających spektaklach i zapewniam, że buty na obcasie to w tym przypadku najmniejszy problem. Tego, całe szczęście, również uczyliśmy się w szkole.

W najnowszym spektaklu „Little Shop of Horrors” w reżyserii Michaela Vogela dodatkowo jeszcze animuje pani marionetkę oraz schodzi ze sceny do publiczności. Przekraczanie linii scena widownia nie sprawia pani problemu?

W nawiązywaniu bezpośredniej relacji z widownią pomocne okazuje się doświadczenie ze spektakli dla dzieci, w których złamanie „czwartej ściany” występuje często, a można mi wierzyć, dzieci bywają trudniejszym widzem niż osoba dorosła. Nie mam z tym większego problemu i cieszę się, gdy widzowie chętnie wchodzą ze mną w interakcje. Co do marionetki animowanej w „Little Shop of Horrors”, to nie jest ona jedyną lalką, którą mam okazję grać w tym spektaklu. Pojawia się tam mnóstwo innych form, które są autorskimi projektami reżysera. I to jest bardzo cenną lekcją. Inna szkoła, odmienne podejście do teatru i sposobu kreowania roli przez formy lalkowe, umożliwia mi dalszy rozwój oraz pozwala nabywać nowe umiejętności. Zyskuję nowy punkt widzenia. Patrząc na ubiegły rok, muszę przyznać, że naprawdę miałam szczęście. W ciągu jednego roku w teatrze udało mi się spotkać z tyloma osobami i zagrać w tak różnych spektaklach.

Niedawno odbyła się premiera „Obrazków z wystawy” inspirowanych cyklem miniatur fortepianowych Modesta Musorgskiego, pod opieką artystyczną Jacka Malinowskiego. Razem z Magdaleną Dąbrowską wciąga pani widzów w przedstawiane historie oraz zaczarowuje formami stworzonymi jedynie za pomocą własnego ciała. To jeden ze szczytów lalkarskiej iluzji. Trudno jest osiągnąć taki efekt?

Nie jest łatwo. Wymaga to naprawdę dużo czasu, zwłaszcza dlatego, że większość etiud była tworzona właśnie do muzyki. Polegało to trochę na wymyślaniu choreografii. Trudność w tym, że tę choreografię trzeba było wykonać za pomocą rąk, stóp i tak dalej. No i że to tempo nie zawsze było wygodne. Trzeba było bardzo dobrze znać utwory, żeby to zrobić. Zabawne jest, że etiudę do muzyki, która trwa trzy minuty, potrafiłyśmy robić dwa dni, bo na przykład po dwóch godzinach słuchania, wymyślania, rozliczania muzyki nasze głowy nie były w stanie już się skupić. Musiałyśmy zrobić sobie przerwę lub przejść do innej sceny. Myślę, że to nieprzypadkowe, że zrobiłyśmy to obie z Magdą. Byłyśmy w szkole w tym samym czasie (różnica roku) i podejście do teatru lalek oraz teatru formy mamy podobne. Zdajemy sobie obie sprawę z tego, jak istotny w tym zawodzie jest warsztat. Wiedziałyśmy, iż w tym spektaklu właśnie na nim chcemy oprzeć nasze działania. I nieskromnie odważę się powiedzieć, że chyba dość dobrze w tych działaniach się zgrałyśmy. Nie bez znaczenia w tym przypadku są słuch muzyczny i umiejętności rytmiczne, bez których taka praca byłby niemożliwa do wykonania.

A więc teatr lalek jest miejscem, w którym czuje się pani dobrze? Trzeba zaznaczyć, że aktorzy-lalkarze są zdecydowanie lepiej przygotowani fizycznie i wokalnie do wymagających zadań aktorskich niż aktorzy dramatyczni. W BTL-u aktorzyz śpiewają bez mikroportów, a to rzadki widok w teatrach.

Czy są lepiej przygotowani? Nie mnie to oceniać. Uważam, że każda szkoła daje duże możliwości. Ile z tego wyciągniemy – to sprawa indywidualna. Co do śpiewu bez mikroportów – takie było życzenie reżysera, które my spełniliśmy. Jeżeli chodzi o spektakl „Little Shop of Horros”, na pewno nie było to łatwe zadanie, ponieważ zespół muzyczny gra na żywo i jest nagłośniony. Ale z pomocą akustyka i dzięki pracy z konsultantem wokalnym chyba daliśmy radę. Nie jestem w stanie powiedzieć, jak jest w innych teatrach i czy jest to kwestia aktorów. Może wizje reżyserów zmuszają zespoły do korzystania z mikroportów?

A czym jest dla pani teatr?

Takie pytania zawsze sprawiają problem. Mogę przywołać różne porównania: że pracą, że ludźmi, że spotkaniem, że dziedziną sztuki i tak dalej. Można by wymieniać w nieskończoność. Tylko że pewnych rzeczy nie da się opisać w kilku słowach, bo każde z nich zabrzmi jak wyświechtany frazes. Jeżeli chcemy zamknąć teatr w definicji, automatycznie skazujemy go na jej niewolę i wynikające z niej ograniczenia. Dlatego, zamiast określać, czym on dla mnie jest, wolę go tworzyć i odkrywać.

Poza teatrem wystąpiła też pani w słuchowisku radiowym „Brak sensu, Aniołek, Żyrafa i Stołek” w reżyserii Bernardy Bieleni. Jakie są różnice w pracy między teatrem a radiem?

Właściwie robi się wszystko tak samo. Trzeba grać autentycznie i dokładnie tak, jakbyśmy byli w danej sytuacji, tylko bez wspomagaczy, jakimi są scenografia, scena i tak dalej. Naszym partnerem jest mikrofon, przed którym trzeba być bardzo wyluzowanym oraz prawdziwym. Mikrofon nie przyjmuje kłamstwa i stresu. Często nie widzimy partnera, gramy plecami do siebie, a mimo to nasze reakcje i emocje muszą być prawdziwe. Kolejną różnicą jest emisja głosu. Przykładem może być szept sceniczny, który na pewno będzie różnił się od szeptu do mikrofonu. Trzeba być bardzo ostrożnym, bo czasami emocje wiążą się z podniesionym głosem, a w radiu musimy pamiętać o naszym partnerze – mikrofonie – i jego specyfice.

Czy na swojej drodze spotkała pani kogoś, kogo można nazwać mistrzem?

Tak, oczywiście. Jest kilka takich osób, które mogłabym tak nazwać. Jednak w moim odczuciu mistrz to nie nienaganny ideał, którego słowa traktuję jak wyrocznię, a raczej ktoś, kto pokazał mi coś nowego, zainspirował mnie w pewien sposób. Mistrz to osoba, do której słów i nauk często wracam, szczególnie gdy w pracy pojawiają się jakieś wątpliwości.

Poza aktorstwem posiada pani liczne zainteresowania: gra na pianinie, ukulele, podróże, akrobatyka, wspinaczka, nurkowanie, siatkówka, jazda na nartach, szermierka… Skąd u pani aż tyle energii?

Zainteresowania są liczne, ale niestety nie mam aż tyle czasu, żeby często zajmować się wszystkimi wymienionymi aktywnościami. Trudno powiedzieć, skąd ta energia. Może jakiś wpływ na to ma też wychowanie. Odkąd pamiętam, zawsze uczęszczałam na różne dodatkowe zajęcia. Na przykład, od trzeciej klasy podstawówki, chodziłam na zajęcia z gry na pianinie, często uczyłam się tekstów na pamięć. Zastanowiłam się kiedyś nad tym, dlaczego inne dzieci mogą w piątek po szkole mieć wolne, a ja muszę jeszcze grać na pianinie, bo w sobotę rano mam zajęcia. Albo dlaczego muszę uczyć się wiersza, a inne dzieci po prostu się bawią. Całe szczęście była to tylko chwila zastanowienia, bo jednak lubiłam i nadal lubię żyć tak aktywnie. Chyba nie wyobrażam sobie inaczej. Wydaje mi się, że to jest kwestia organizacji czasu. Wtedy wszystko się da. Co nie znaczy, że chwila wolnego i okazja do odpoczynku też nie jest dobra. Byleby nie trwała za długo.

Dodatkowo w 2016 roku była pani członkiem reprezentacji narodowej podczas Mistrzostw Świata Szermierki Artystycznej w Rosji. Jakie ma pani wspomnienia z tej przygody?

To było bardzo ciekawe doświadczenie. Pomimo tego, że jury konkursu kładło mocny nacisk na technikę, bo jest to dyscyplina sportowa, a w tej nie byliśmy tak dobrzy, jak sportowcy poświęcający temu bardzo dużo czasu, widownia odebrała nasz pokaz fantastycznie. Pierwszy raz wtedy ośmieliłam się powiedzieć, że gdyby były przyznawane nagrody publiczności, dostalibyśmy pierwsze miejsce. Była to również okazja do poznania ciekawych, sympatycznych ludzi z pasją.

A znajduje pani czas na hobby, teatr i męża, który zresztą również jest aktorem?

Tak, chociaż niestety bardzo często tego czasu nie wystarcza. Właśnie między innymi dlatego, że mąż również jest aktorem. Ale jakoś dajemy radę, oby tak dalej.

Jak dzisiaj wygląda życie młodego aktora, a właściwie pary aktorskiej?

Jeżeli któreś z nas nie jest aktualnie w próbach, stara się ogarniać dużo więcej niż to, które poświęca się w pełni przygotowaniu roli do nowego spektaklu. Akurat w naszym przypadku pomaga to, że wykonujemy ten sam zawód. Bardziej się rozumiemy, jesteśmy cierpliwi i akceptujemy stresujący czas przedpremierowy. Czasami nie trzeba nic tłumaczyć, wystarczy powiedzieć – „ciężka próba” albo „mam kryzys”. Również, dzięki znajomości zawodu, czasem można powiedzieć czy samemu usłyszeć – „przesadzasz”, „wcale tak nie jest” albo „wiesz co, mógłbyś/mogłabyś popracować jeszcze nad tym”, „trochę nie rozumiem, co mówiłaś/eś”, „możesz głośniej?”. Całe szczęście w domu potrafimy się zdystansować do pracy i możemy bez problemu o tym rozmawiać, mając na uwadze wspólny rozwój.

Wielu ludzi uznałoby Białystok za teatralną prowincję. Czy pani również ma takie poczucie?

Na pewno nie mam zamiaru wmawiać sobie i innym, że w Białymstoku jest centrum życia teatralnego, a propozycje pracy dla młodych aktorów są bardziej prestiżowe niż w wielkich polskich miastach. Wiadomo, że gdy chce się robić karierę w filmach, serialach, grać w reklamach, jedzie się do Warszawy i chodzi na castingi. Jeśli zależałoby mi na mieście, tak jak wtedy, gdy byłam świeżo po maturze, wybrałabym Kraków. Jednak w pewnym momencie życia powiedziałam sobie, że chcę pracować w teatrze. Pomimo tego, że Białystok nie jest wielkim miastem, okazji do rozwoju i działań w mojej dziedzinie jest wiele. Tutaj jest Akademia Teatralna, w której obecnie uczę się przekazywać nabytą wiedzę innym. Dzięki temu mam okazję do nieustannego spotykania młodych ludzi, którzy rozpoczynają swoją karierę i uczą się stawiać pierwsze kroki na swojej artystycznej drodze. Jest to o tyle ciekawe, że każdy nowy student wnosi swoją wrażliwość, a próba konfrontacji z nią rozwija również mnie. A Teatr Lalek w Białymstoku ma przewagę nad wieloma innymi, ponieważ wychował swoją publiczność, dorosłą publiczność. To o tyle niespotykany fakt w teatrze lalek w Polsce, że aż uczyliśmy się o tym podczas studiów na przedmiotach z zakresu historii teatru. Oczywiście zawsze może być lepiej, jeżeli chodzi o frekwencję. Ale jednak jest grupa ludzi, która wie, że w teatrze lalkowym nie wystawia się sztuk tylko dla dzieci i wyłącznie przy użyciu lalek. Poza tym uważam, że jeśli chce się działać, to można to robić wszędzie, ważne, żeby było z kim. A w Białymstoku – całe szczęście – jest z kim.

A jakie plany i marzenia ma obecnie Kamila Wróbel-Malec?

Moje plany, jak to często bywa, połączone są z marzeniami. Przede wszystkim chcę robić to, co lubię, do końca życia, a przynajmniej, dopóki starczy mi sił. Wspaniale by było, gdybym – tak jak do tej pory – mogła zawsze otaczać się cudownymi ludźmi, zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. No i chciałabym uczyć się dystansu do siebie, swojej pracy i całego świata. To istotna umiejętność, ponieważ pozwala zachować energię na rzeczy naprawdę ważne. Dystans sprawia, że obserwujemy świat z odmiennej perspektywy, a to umożliwia dostrzeganie spraw wcześniej przez nas niezauważanych.

Rafał Górski

Kamila Wróbel-Malec – urodzona 3 czerwca 1991 roku w Hrubieszowie. W 2018 r. ukończyła Akademię Teatralną im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie na Wydziale Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku, gdzie uzyskała tytuł zawodowy aktora-lalkarza oraz magistra sztuki. Jej debiut nastąpił 8 października 2017 r. na scenie Białostockiego Teatru Lalek w spektaklu „Nauka latania”, który wyreżyserowała Joanna Gerigk. Jest również absolwentką stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Pedagogicznym im. KEN w Krakowie oraz Szkoły Aktorskiej SPOT w tym samym mieście. Kamila Wróbel-Malec reprezentuje grono najlepszych aktorów-lalkarzy najmłodszego pokolenia w Polsce.

[Na zdj. Kamila Wróbel-Malec, fot Bartek Warzecha; archiwum BTL-u]

Dodaj komentarz