Andrzej Seweryn – pół wieku na scenie

Tomasz Milkowski portretuje jubilata na łamach „Przeglądu”:

Z Teatru Ateneum przy ulicy Jaracza do Teatru Polskiego przy ulicy Karasia w linii prostej jest mniej więcej pół kilometra.

Niewielki dystans przemierzył Andrzej Seweryn ze swego pierwszego teatru po studiach aktorskich do teatru, w którym od lat sprawuje rządy jako dyrektor naczelny. Ale, paradoksalnie, drogę przez te lata, od chwili, kiedy odszedł z Ateneum, aby rozpocząć swoją wielką przygodę w teatrze francuskim, do chwili, kiedy obejmował dyrekcję stołecznego Polskiego (2011), przebył ogromną. Wydawało się, mimo że coraz częściej wpadał do Polski, aby zagrać w filmie albo zrobić coś w teatrze, że to droga bez powrotu. Nie dlatego, że drzwi miał zamknięte – przeciwnie, po roku 1989 otwarte szeroko, ale dlatego, że głęboko związał się kontraktami, planami, obecnością ze swoim drugim krajem. Zwłaszcza od chwili kiedy został aktorem Komedii Francuskiej, trzecim cudzoziemcem zaangażowanym w tym zespole od czasów Moliera.

Ten powrót w jakiejś mierze zaskoczył samego artystę, skoro w książce Andrzej Seweryn (2001) zwierzał się autorce, Teresie Wilniewczyc: „Nigdy już (…) nie będę członkiem stałego zespołu teatralnego w Polsce. Moja praca w kraju będzie miała inny charakter niż dawniej. Nie do końca też będę rozumiał, co ona znaczy dla polskiej kultury, polskiej tradycji teatralnej. To będzie raczej jakaś ciągłość osobista”.

A jednak stało się inaczej – 1 stycznia 2011 został dyrektorem Teatru Polskiego. Kto był świadkiem tego wydarzenia, nie zapomni wielkiej radości, jakiej nie próbował nawet artysta ukrywać, kiedy stanął na czele teatru Szyfmana. Zadeklarował się wtedy jako strażnik tradycji, ale otwarty na nowe poszukiwania, nawiązując nie tylko do założyciela teatru, ale także jego wieloletniego dyrektora, Kazimierza Dejmka. Kiedy obejmował dyrekcję, w Warszawie mówiono, że to kaprys wielkiej gwiazdy, że mu szybko przejdzie. Ale jakoś nie przeszło. W rozmowie dla „Przeglądu” z okazji otrzymania Nagrody im. Tadeusza Żeleńskiego-Boya (2014) powiedział mi:O mnie można wszystko mówić, ale nie, że to były „kaprysy gwiazdy”. W żadnym wypadku. Natomiast prawdą jest, że to, co tutaj odkryłem, mechanizmy pracy, relacje z władzami, relacje z publicznością, ewolucję artystyczną, obywatelską i moralną środowiska artystów, to wszystko było dla mnie niespodzianką”. Przystępując do pracy w Polskim wyznawał, że towarzyszy mu poczucie „harcerskiej” misji. Potwierdził to później:Rzeczywiście tego sformułowania użyłem kilka lat temu, niektórzy się tego śmiali. Tak, to przekonanie mi towarzyszy, a jednocześnie teraz przechodzi egzamin praktyczny, obywatelski: Mówi pan, misja, misja, a co pan robi w teatrze? Takie pytanie ma prawo postawić każdy widz. Tak więc niczego się nie wyrzekam, nie odżegnuję się od niczego”.

Motyw harcerski przypominam tu nie od rzeczy, bo w harcerstwie, a ściślej harcerstwie walterowskim, w którym rej wodził Jacek Kuroń, przyswajał sobie zasady postępowania, którym pozostał wierny do dzisiaj. Także jako aktor, którym został nie dlatego, że tak nakazywały rodzinne tradycje. Ojciec, który opuścił rodzinę, gdy Andrzej był dziesięciolatkiem, był ekonomistą, kierował przedsiębiorstwami, a wychowywała go matka, długie lata pracownica fizyczna i garderobiana w Teatrze Polskim. Można powiedzieć pół żartem pół serio, że przecierała mu drogę do teatru od kulis. W szkole występował na akademiach, z werwą recytował, chodził na zajęcia teatralne do Pałacu Kultury i nasiąkał idealizmem, cnotami walterowskimi, które potem połączy z cnotami chrześcijańskimi. Mimo że matka była religijna, w szkole nie lgnął do kościoła, to nastąpiło później. Ku zdumieniu ojca zdawał do szkoły teatralnej i od razu z sukcesem.

W warszawskiej PWST trafił na wspaniałych pedagogów-praktyków teatru, o jakich tylko mogą śnić dzisiejsi studenci. Jego nauczycielami byli: Janina Romanówna, Aleksander Bardini, Jan Świderski, Marian Wyrzykowski, Tadeusz Łomnicki (którego był asystentem). Uczyli wspaniali technicy, w arkana reżyserii wprowadzał Bohdan Korzeniowski. Seweryn często wspomina swoich profesorów, zachował dla nich wielką wdzięczność, zachwyca się mistrzostwem Łomnickiego czy Świderskiego.

Na czwartym roku studiów wziął udział w manifestacji pod pomnikiem Adama Mickiewicza (30 stycznia 1968) przeciwko zdjęciu z afisza Teatru Narodowego Dziadów Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka. Zatrzymany przez SB i skazany przez kolegium orzekające na grzywnę otrzymuje wsparcie kolegów i profesorów PWST, którzy organizują składkę na ten cel. Kiedy wrócił do szkoły, jak relacjonuje Teresa Wilniewczyc,„Kazimierz Rudzki przywitał go słowami: „Panie Andrzeju, nakazano mi, bym panu udzielił surowej nagany z powodu pańskiej postawy. Gratuluję panu”. W ten sposób został namaszczony na opozycjonistę, ale choć angażował się w rozmaite akcje protestacyjne (m.in. przeciw inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację), bardziej interesował się teatrem i filmem niż polityką.

Tuż po studiach Janusz Warmiński angażuje go do Teatru Ateneum. Będzie tu grał i dojrzewał jako aktor przez dwanaście lat – do dziś uważa, że Ateneum Warmińskiego zawdzięcza, że odnalazł się w teatrze. Zaczynał skromnie od rólki Konduktora w Dyliżansie Aleksandra Fredry (1968). Przez te lata zagrał ponad 30 ról, w tym kilka bardzo ważnych, m.in. tytułowego Krakusa w misterium Norwida, Gucia w Ślubach panieńskich czy Trieplewa w Mewie Czechowa u boku Aleksandry Śląskiej. W tym czasie wykreował niemal 50 postaci w spektaklach Teatru Telewizji, m.in. jako Romeo, tytułowy Głupi Jakub czy Willi w Niemcach Kruczkowskiego, nim dotknął go zakaz występowania w telewizji. Sięgnął też po Andrzeja Seweryna film, w którym dobrze się zadomowił, a dwa filmy Wajdy, w których wówczas zagrał, przeszły do historii kina: Ziemia obiecana i Dyrygent. Kino to osobny rozdział jego twórczości, zasługujący na osobne opowiadanie. Pracował więc niezmordowanie, wtedy i zawsze, bo praca była jego pasją.

Kiedy Andrzej Wajda zaprosił go do obsady spektaklu Onych Witkacego, który przygotowywał w teatrze w Nanterre pod Paryżem (1980), nie planował, że zatrzyma się we Francji na dłużej, choć był już po intensywnym kursie języka w Instytucie Francuskim w Warszawie. Potem jednak życie potoczyło się inaczej i zatrzymał się we Francji na 30 lat.

To były lata intensywnej pracy aktorskiej, reżyserskiej, a także pedagogicznej. Jej wierzchołkami stały się Mahabharata (1985) Petera Brooka, legendarny spektakl, przygotowywany przez mistrza teatru w międzynarodowej obsadzie (Seweryn grał zarówno w wersji francuskiej, jak i angielskiej), a potem rola Don Juna w Komedii Francuskiej (1993). Premiera spektaklu otwierała festiwal w Awinionie. Don Juan dla Francuzów to najwyższy sprawdzian wartości aktora, a powierzenie przez reżysera Jacquesa Lasalle’a tej wielkiej Molierowskiej roli obcokrajowcowi wywołało poruszenie. Ale Seweryn zwyciężył, sięgając po metafizyczne sensy dramatu Moliera. Jeden z krytyków francuskich pisał: „Diabelski uwodziciel o zmysłowej piękności – taki jest Don Juan. Andrzej Seweryn podbija scenę jednym swoim spojrzeniem”.

Wielki nieobecny pojawiał się jednak co pewien czas w kraju, czasem grywał w polskich filmach, także w Teatrze TVP, m.in. w dramatach Szekspira: tyłowego Ryszarda III (1989) i Koriolana (1995), a także Molierowskiego Don Juana (1996) czy Krawca Mrożka (1997).

Szekspira też reżyserował, m.in. Ryszarda II w stołecznym Teatrze Narodowym, choć akurat bez większego powodzenia. Ale z genialnym Stratfordczykiem się nie rozstawał.

„Szekspirem nam się dobrze gada”, tak uważa Seweryn i pewnie dlatego rozpoczął swoją pracę w Polskim od pokazu monodramu Wyobraźcie sobie na głównej scenie teatru, przed największą widownią teatralną w Warszawie (720 miejsc). Misternie skomponowany scenariusz (we współpracy z Piotrem Kamińskim i Jerzym Klesykiem), biegnący przez wiele tekstów Szekspira, przywołujący przed oczy publiczności dziesiątki postaci i wątków, od zdesperowanego Hamleta i zbrodniczego Makbeta po rubasznego Falstaffa i pokracznego Ryszarda III, od Lady Makbet po Lady Annę z Otellem i Tymonem Ateńczykiem w tle, dał wyobrażenie o niewyczerpanych pokładach ich psychologicznego bogactwa. Aktor, odmieniając się w jednej chwili, zrzucając maski i nakładając nowe, nawet stając bezbronnie nagi przed publicznością pokazał nie tylko swój zachwycający warsztat, ale zarazem złożył swego rodzaju deklarację: oto na oczach kilkuset widzów budował teatr spraw ludzkich, otwarty na naturę ludzką, jej odmiany, tonacje, barwy.

Seweryn uwodził publiczność, nawet nie próbował udawać, że tego nie robi, przeciwnie demonstrował swoje umiejętności uwodziciela, jak każdy aktor chciał posiąść publiczność i dokazał tego. W czarnym stroju, skrywającym białą koszulę, czasem z jakimś rekwizytem, świecą, lampką czerwonego wina, kłębkiem włóczki, rozbitą butelką, które mu służyły w metamorfozie, odprawiał wielki seans wywoływania Szekspirowskich postaci i prawd, które dźwigają. Ale w tych zdumiewających przeskokach, przemianach, przeistoczeniach nie tylko o dowód możliwości warsztatowych szło, o coś znacznie więcej, co zauważył Paweł Głowacki: „Seweryn – jest wieloma. Jakubem, Lady Makbet, Ryszardem III… szkoda wymieniać. Jest każdą łupiną, wielką bądź małą, królewską, kobiecą, błazeńską i chłopięcą. I każdą namiętnością łupin. I coś jeszcze. W tych nagłych przeskokach z postaci w postać jest znakiem starej oczywistości, że choć ludzie i namiętności nic o sobie nie wiedzą nawzajem – blisko im do siebie, bardzo blisko”.

Seweryn dał więc znak, że chce otworzyć drzwi – ku przyszłości i ku tradycji. Sam na wielkiej scenie Teatru Polskiego wziął ją w niepodzielne władanie, ujarzmił i wykorzystał jej walory, aby dowieść jak bardzo współczesny i bliski jest nam autor Hamleta. Nie przypadkiem fragmenty tego spektaklu przypomniał podczas wieczoru jubileuszowego w Teatrze Polskim na 50-lecie swojej pracy scenicznej. Szekspir zresztą stał się za jego dyrekcji częstym gościem Polskiego – bywał nim wcześniej przez minionych ponad sto sezonów tego teatru, trafiał na afisz 50 razy.

Zaraz po objęciu steru Teatru Polskiego Andrzej Seweryn wystąpił jako Hamm w Końcówce, spektaklu przygotowanym wraz ze Szczęśliwymi dniami przez Antoniego Liberę, a dedykowanym Zbigniewowi Zapasiewiczowi. Ta premiera (notabene Końcówka pozostaje nadal w repertuarze Polskiego) była rodzajem przekroczenia: oto teatr tradycyjny, hołdujący mieszczańskiemu repertuarowi otwierał się na twórczość z innego dopływu, odmiennej orientacji estetycznej. Hamm Andrzeja Seweryna w tym spektaklu trwał uporczywie przy swojej ostatniej roli, choć utracił już władzę. Rutynowa walka pana i sługi toczyła się już bez wiary w jej sens, ale z przyzwyczajenia, do końca. W taki sposób Beckett pojawił się na afiszu Teatru Polskiego po raz pierwszy. W życiorysie Seweryna Beckett był obecny znacznie wcześniej – już na samym początku aktorskiej drogi grał Chłopca w Czekając na Godota w reżyserii Macieja Prusa w Teatrze Ateneum (1971). Beckett nadal jest dla niego ważny. Toteż 70. rocznicę swoich urodzin uczcił wieczorem trzech jednoaktówek, którego najważniejszym ogniwem był Krapp a okalającymi utworami Fragment dramatyczny II i Improptu Ohio, i tym razem w reżyserii Antoniego Libery. Po części spektakl przypomina pamiętny wieczór Zbigniew Zapasiewicz gra Becketta (2004) w Teatrze Powszechnym, ale różni się doborem tekstów.

W ostatnich latach Seweryn często grywa Becketta i Szekspira (Lear, Prospero, dwa szekspirowskie monodramy). Najwyraźniej wraca do fascynacji Szkicami szekspirowskimi (1961) Jana Kotta, który pokazał światu, że można czytać Szekspira przez Becketta. To współistnienie bohaterów Szekspirowskich i Becketta w repertuarze jednego, wybitnego aktora rodzi nowe połączenia i oddziaływania, wcześniej nieprzeczuwane. Kto wie, czy przez Krappa albo Hamma nie mówią bohaterowie Szekspira? Może Krapp to Prospero, który złamał magiczną pałeczkę, a Hamm to oślepły Lear? Jakkolwiek by było, w dojrzałym, mistrzowskim aktorstwie Andrzeja Seweryna nastąpiła kumulacja doświadczeń, owocująca tak głębokimi kreacjami, jak Krapp.

Ale skala talentu artysty domaga się coraz to nowych poszukiwań. Stąd powrót do Czechowa, od którego niemal zaczynała się jego przygoda z aktorstwem (Andrzej w Trzech siostrach na IV roku PWST, 1967). Teraz w Wujaszku Wani w reżyserii Iwana Wyrypajewa zmierzył się z rolą kabotyna, profesora Sieriebriakowa. Ale i zupełnie nowe wyzwanie, jakim stała się główna rola w spektaklu Moniki Strzępki według powieści Szczepana Twardocha Król. Jako Jakub, były żydowski mistrz boksu i niekoronowany król świata przestępczego przedwojennej Warszawy rysuje człowieka zagubionego w świecie, którego już dawno nie rozumie. I najnowsza rola – Gombrowicza w świetnym dramacie Macieja Wojtyszki Deprawator. Z Gombrowiczem Seweryn przestaje od lat. Czytywał publicznie we Francji jego Dziennik, planował jego wystawienie. Kiedy pokazał się na scenie kameralnej Teatru Polskiego jako Gombrowicz, zachwycił. – Panie Andrzeju, powiedział po premierze Ignacy Gogolewski – co pan wyprawia? Pan nie gra Gombrowicza, pan nim jest. Mistrz Gogolewski uchwycił sedno aktorstwa Seweryna, jego artystyczny ideał: nigdy nie chciał kogoś udawać, czyli grać. Chciał nim być na scenie. To najwyższy stopień wtajemniczenia w teatr, w tę najdziwniejszą ze sztuk.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz