Dawne dzieje, literatura, magia i realizm, czyli inny obraz kresów

Szkic Janusza Termera wokół „Czarnoruskiej kroniki trędowatych” Eugeniusza Kabatca:

Zawodowi historycy i publicyści, od ładnych już paru wieków spierają się o sens, znaczenie i rozliczne późniejsze konsekwencje polityczno-społeczne i kulturowe unii zawartej między Rzeczpospolitą a Litwą Jagiełły w końcu XIV w., podpisanej przez Jagiełłę i „panów małopolskich” w Wołkowysku (11 stycznia1386), wielokrotnie potem w różnej formie odnawianej. Po stronie polskiej niemal zawsze uważano ją za sukces, zwłaszcza w walce ze wspólnymi wrogami: Krzyżakami i moskiewską Rusią, która rosła w siłę po zrzuceniu jarzma tatarskiego. Wyrażał to dobitnie np. w XIX w. przedstawiciel krakowskiej szkoły historycznej Michał Bobrzyński: „Połączenie się z Polską, przyjęcie obrządku rzymskiego przedstawiało się zatem Litwie jak deska zbawienia od mściwego Zakonu, a zarazem jako wyzwolenie spod ruskiego wpływu”. Nieliczni polscy przeciwnicy unii, nie tylko w wieku XX, w tym skierowaniu się ówczesnej Polski na wschodnie terytoria Wielkiego Księstwa Litewskiego i w ogóle Słowiańszczyzny (z ideą stania się jej hegemonem), przy zaniedbaniu spraw zachodnich, widzieli wielką pułapkę historyczną, tworzoną przez niekończące się wojny (mimo początkowych sukcesów – Grunwald), konieczność obrony bezkresnych zdobyczy terytorialnych, wciąganie kraju w długi proces poszukiwania niełatwych form koegzystencji ustrojowej, narodowej, kulturowej i religijnej, trwający od samych początków unii, do Konstytucji 3-maja, która też nie do końca przecież połączyła oba organizmy państwowe i terytoria w jeden wielonarodowy byt. Idea ta nie zginęła u nas nawet ostatecznie wraz z tragedią rozbiorów, bo owe „jagiellońskie” pomysły unijno-federacyjne – już raczej jako idee tylko – miały u nas żywot znacznie trwalszy (odżywały w międzywojniu, np. w myśli i poglądach politycznych Józefa Piłsudskiego), a może i żyją jeszcze i dziś!.

Jest o czym podumać, i jest o co się spierać! Korzystali z tej okazji już pisarze staropolscy, którzy również nie byli tutaj wcale, jak nam się może dzisiaj wydawać, jednomyślni, lecz przeciwników miała unia polsko-litewska raczej nielicznych. Ich głosy z wielkim trudem przebijały się do świadomości potocznej. Należał do nich między innymi głos Macieja Stryjkowskiego (ok. 1547-1593), staropolskiego poety i historyka, który w obszernym utworze, wydanym z rękopisu .dopiero po paru stuleciach, bo w 1978 roku (oprac. Julia. Radziszewska), poetycko-prozatorskim dziele o barokowym tytule O początkach, wywodach, dzielnościach, sprawach rycerskich i domowych sławnego narodu litewskiego, żejmodzkiego i ruskiego, przedtem nigdy od żadnego ani kuszone, ani opisane…, dawał wyraz niepopularnym wówczas (jak i dziś też nie za bardzo) poglądom o szkodach i krzywdach płynących z tego nierównego związku Litwy i Rzeczpospolitej dla słabszych partnerów ze Wschodu, zwłaszcza dla Litwinów i innych narodów przez nich podbijanych. W podobnym duchu tworzył swe trzyczęściowe, pisane wierszem, młodzieńcze dzieło (również wywodzące dzieje Litwy z mityczno-rzymskich korzeni), potem dopiero popularny niezmiernie prozaik – Józef Ignacy Kraszewski (Wilno, 1840-1845), pt. Anafielas. Pieśni z podań Litwy. Witoldowe boje. Przynosi ono obraz świata z punktu widzenia narodów „kresowych”: Litwinów, a także budzących się z historycznego letargu Białorusinów czy Ukraińców, mówiące – zapewne pod wpływem rodzących się romantycznych koncepcji historiozoficznych – o ich problemach z tożsamością narodową i poczuciu krzywd doznawanych ze strony silniejszych nacji i kultur, w tym i polskiej. W dziele Kraszewskiego (wówczas tłumaczonym od razu na litewski, rosyjski, czeski i francuski) Polska obejrzała samą siebie „z zażenowaniem i zdumieniem”, jak pisał na łamach „Przeglądu Humanistycznego” współczesny polskiej badacz literatury „kresowej” (prof. Eugeniusz Czaplejewicz z UW), i nie przyjmując do wiadomości faktu, „iż z byłej wspólnoty kresowej nikt właściwie jej nie szanuje, raczej darzy jakąś niewytłumaczalną niechęcią, która gotowa jest od czasu do czasu nagle eksplodować nienawiścią”. Utwór Kraszewskiego, skazany w Polsce na zapomnienie przez dawniejszych badaczy literatury polskiej (nawet prof. Juliana Krzyżanowskiego), uważany jest dziś (choć znany tylko nielicznym, bo niewznawiany) za zapowiedź podobnego „wadzenia się z polskością” przez takich XX-wiecznych twórców, jak Jerzy Stempowski, Stanisław Vincenz, Józef Mackiewicz czy Czesław Miłosz…

O tym wszystkim trzeba pamiętać podczas lektury powieści Eugeniusza Kabatca Czarnoruska kronika trędowatych (2008). Bowiem mamy tu do czynienia ze swoistą próbą zerwania z tradycją polonocentryzmu; upomnienia się o prawa owych milionów ludzi urodzonych na tzw. wschodnich „kresach” byłej Rzeczpospolitej (bardziej przypada mi do gustu raczej neutralny termin „pogranicze”, gdyż „kresy” bardzo źle się kojarzą naszym wschodnim sąsiadom), szczególnie zaś przedstawicielom owej tytułowej Czarnorusi (nadniemeńska okolica, dawne centrum polityczne Wielkiego Księstwa Litewskiego z dorzecza Niemna, z Nowogródkiem, Nieświeżem i Wołkowyskiem). U Kabatca mamy do czynienia, choć może nie z tak ostrym, jak u Kraszewskiego spojrzeniem na – liczne niestety – ciemne strony polskiej „polityki wschodniej” oraz sprawy tak zwanego „wschodniego oblicza polskości”. Pokutuje oto u nas stereotyp Polski jako kraju i narodu ‚wybranego’, cierpiącego, szczególnie wystawionego przez swe geopolityczne położenie na historyczne zawieruchy i nieszczęścia inspirowane przez politykę i działania sąsiadów. A przecież, poza wspólnymi nam tragediami, dotykał dodatkowo polski pęd na Wschód oraz – jak powiada ów powieściowy bohater Czarnoruskiej kroniki trędowatych Mikołaj Kabacilos – „wiarołomny oręż łacinników”! Ówże Mikołaj, mnich-agnostyk, podróżujący „służbowo” do Bizancjum (gdzie zetknął się z tragifarsą pośmiertnych losów św. Mikołaja, którego prochy Baryjczycy podstępnie wykradli Turkom!), ten wytrawny znawca kultury śródziemnomorskiej, wypowiada się tu jasno i niedwuznacznie: „Najgorsze odszczepieństwo było nie ludzi od Kościoła, lecz Kościoła od ludzi, wśród których zrodził się Bóg. Wielka schizma katolicka nie była niczym innym jak pożegnaniem Boga”.

Utwór Eugeniusza Kabatca przepojony jest wpisanymi weń dyskretnie pierwiastkami historiozoficznymi i wyznaniowymi oraz realiami z „dawnych czasów” oraz wątkami fantastyki historycznej (spod znaku m.in. prozy Teodora Parnickiego). Utwór nasycony licznymi erudycyjnymi filiacjami aluzjami literackimi, do m.in. Imienia róży Umberto Eco, pism teologicznych okresu średniowiecza, a nawet i samej Boskiej komedii Dantego (jak na przykład kpiące i znaczące przywoływanie losów nieszczęsnego hrabiego Ugolino, cierpiącego w piekle nie za swoje winy). Powieść Kabatca wyrasta jednakże przede wszystkim z podłoża rozlicznych doświadczeń autobiograficznych tego pisarza. Człowieka pogranicza wschodniego – terenów tak ogromnie, jak wiadomo, „twórczogennych” w naszej literaturze. Z pasji i przeżyć autora, któremu dane było, jako dyplomacie przebywającemu przez kilka lat w Rzymie, zetknąć się także z tradycją zachodniego punktu patrzenia na te historyczne i współczesne wschodnio-prawosławne losy i odmiany europejskości. Traktowane jako jedno ze źródeł wielu owych tak zwanych przezeń mocy i niemocy wschodniego pogranicza.

Aby rzecz uwiarygodnić, pisarz staje się sam jedną z głównych postaci Czarnoruskiej kroniki trędowatych. Współczesny jej narrator nosi wiele cech autorskiego alter ego. Powieść jest tyleż historyczna, co i współczesna. Zasnąwszy bowiem podczas przerwy w swej podróży na wschód, trafia do epoki sprzed bez mała sześciuset lat i staje się, jako nieletnie chłopię, świadkiem zawiązywania intryg prowadzących do podpisania unii (u Kabatca jest to właśnie to jego rodzinne miasteczko Wołkowysk, w którym urodził się Anno Domini 11 stycznia 1930 r.!). Do ustaleń porozumienia tak zwanej potem i rozwijanej Unii polsko-litewskiej. Wielkim przeciwnikiem Unii okazuje się jego powieściowy „wuj” Mikołaj Kabacilos (nazwisko znane z ówczesnych urzędowych dokumentów!). Czarnoruski mnich-intelektualista, próbujący za wszelką cenę odwrócić bieg historii, by nie dopuścić do unii Jagiełły z Polakami, gdyż przeczuwa, czym grozi nieuchronne przez to zerwanie z własną, rodzimą tradycją i kulturą (wcale nie tak „barbarzyńską”, bo pozostającą pod ogromnym wpływem oddziaływania kultury bizantyńsko-prawosławnej!).

Młody i „naiwny” sekretarz Mikołaja Kabacilosa, towarzyszący mu w tej podróży, między innymi do średniowiecznego włoskiego miasta Bari, „snujący” w imieniu autora tę literacką kronikę, wraca odmieniony z tej wyprawy w głąb czasu. Jest pogodzony ze światem, choć nadal pozostaje niewyleczony z tej „pięknej choroby” zamyśleń nad aktualnymi konsekwencjami tamtych wyborów związanych z losami swej „czarnoruskiej” krainy. Powiada na koniec: „Nie była do wyleczenia ta ciężka choroba uświęconej krwią ziemi, pozostałem z nimi trochę na dobre, więcej na złe, choć nie szedłem prostą drogą, zbaczając na manowce renegacji, ilekroć odnosiłem wrażenie, że powracam do zdrowia. Granica nie biegła już przez stare grody i bory, lecz we mnie, pękniętym jak dzwon zrzucony z wołkowyskiej wspólnej świątyni”.

Czarnoruską kronikę trędowatych Eugeniusza Kabatca można śmiało uznać za przykład niewygasłej siły owego kresowego genius loci – siły oddziaływania tego wciąż „magicznie” twórczego miejsca (zwanego dziś niekiedy Wielkim Księstwem Literackim), które od tylu już wieków (a co najmniej od czasów Pieśni o spustoszeniu Podola przez Tatarów, poprzez Sofiówkę Stanisława Trembeckiego, słynne dzieła romantyków z Adamem Mickiewiczem, Juliuszem Słowackim i Antonim Malczewskim na czele, po współczesnych dwudziestowiecznych prozaików, takich jak Andrzej Kuśniewicz, Włodzimierz Odojewski, Zbigniew Żakiewicz, Zbigniew Domino czy Stanisław Srokowski i wielu, wielu innych) jest nadal źródłem inspiracji dla ogromnego zastępu naszych twórców i z innych dziedzin kultury; nadal zasilającym różne nurty oraz dzieła wielkiej artystycznej urody i twórczej energii poznawczej. Ale to już temat na inne, osobne, opowiadanie.

Janusz Termer

Dodaj komentarz