SEN TWORZYCIELA: ZBIGNIEW RUCIŃSKI (1954-2018)

Niech wszyscy natężą słuch: / Czy tętentu nie posłyszą / Od Krakowskiego gościńca – zawołanie Wernyhory z drugiego aktu „Wesela” Wyspiańskiego dźwięczy mi w uszach odkąd usłyszałem, że Zbigniew Ruciński, Wernyhora z „Wesela” Klaty, słyszy inny już tętent. Od Krakowskiego gościńca.

Kilka tygodni temu przyjaciółka napisała mi: „Dyziu umiera. I gdzie tu sens?”. Nie, nie ma żadnego sensu. Nie ma sensu dlatego, że tak szybko, że był z nami Człowiek, i że już go nie ma. Wzmacnia nas jedynie pamięć. O artyście i o Człowieku właśnie. Wielkim artyście i wspaniałym człowieku. Dopóki możemy pamiętać.

1.

Dla mnie jak zapewne dla wielu innych, droga aktorska Zbigniewa Rucińskiego to wiele ról ważnych, pięknych ról i jedna genialna. Nie lubię tego rodzaju wykrzykników, uważam, że naprawdę trzeba sobie na nie zasłużyć, ale Ruciński zasłużył z nawiązką. To oczywiście Dymitr w „Braciach Karamazow” Dostojewskiego w reżyserii Krystiana Lupy. Minęło tyle lat, a ja wciąż mam w głowie obraz Rucińskiego z tej roli. Namiętny, męski, nieokiełznany, a namiętność Dymitra z „Braci Karamazow” Lupy była afektem zawłaszczającym całą przestrzeń. On tak się zatracał ponieważ bardzo bał się życia. Siebie oraz życia. Zadawał rany, sobie i światu, bo kochał Gruszeńkę. A ktoś, kto dostąpił cudu miłości namiętnej, perwersyjnej i porywczej – miłości w zapamiętaniu, musi cierpieć. To bowiem uczucie zawłaszczające, pozostawiające po sobie zgliszcza.

Kiedy jako dwudziestoletni chłopiec oglądałem „Braci Karamazow” w Teatrze Starym, nie mogłem uwierzyć, że taki aktor w ogóle istnieje. Że istnieje mężczyzna który ma w sobie tę moc – i że owa siła nie mogła przecież być zamarkowana, zagrana. To było coś więcej niż aktorstwo, frenezja człowiecza, dopiero potem aktorska.

Kto to jest? Kim jest Dymitr? A kiedy poznałem Zbigniewa Rucińskiego, zrozumiałem, że to jednak było aktorstwo. Że istnieje taki aktor, który dzięki Lupie dostał właśnie rolę życia. Bo „Dyziek”, jak wszyscy o nim mówiliśmy, na życie był kimś zupełnie innym niż Dymitr. Wolał być w cieniu, niż na pierwszym planie, wolał słuchać, niż pytać, czysta ludzka życzliwość.

2.

Przez lata zyskał status niezbywalnego aktora Starego Teatru (a wcześniej Teatru im. Słowackiego). Ktoś powiedział mi niedawno: „Jeżeli wiedzieliśmy, że w spektaklu będzie z nami Dyzio, wiadomo było, że będzie dobrze”. I z reguły było. Namiętny Dymitr gasił pożary, kleił konflikty, po prostu był. A skoro był, to i bywało łatwiej.

Wiele, wiele pięknych ról. Pracował przecież bez przerwy. Aktor teatralny tout court, którego kino ani telewizja mało interesowały, albo on nie interesował filmu (ze szkodą dla kina). Przy znakomitych warunkach fizycznych, płynnie przeszedł od etapu amanta do fazy aktora od zadań specjalnych, szwarccharakterów, postaci władczych, ale i pełnych wyrozumiałości wobec słabości ludzi i świata. Zbigniew Ruciński miał także nadzwyczajne poczucie humoru, cechę ludzi inteligentnych i aktorów myślących, i dzięki właśnie tym cechom zarówno postaci z literackiego kanonu, jak i dramaturgii współczesnej w jego interpretacji były zawsze obdarzone jak gdyby specjalnym naddatkiem, który nazwałbym „swawolą” Dyzia. Nie samowolą, a właśnie swawolą. Był zawsze w tekście, precyzyjny, staranny warsztatowiec, ale i obok liter, dialogów. Ten styl, ten grymas, jedyny taki.

3.

Kreacje Rucińskiego z ostatnich lat – wspomniany Wernyhora w „Weselu”, Priam w uwielbianym przeze mnie spektaklu „Akropolis”, Agamemnon w „Orestei”, ale także role starsze – Lekarz w „Brandzie”, Ojciec w „Przemianie”, Samuel w „Sędziach”, Marek Szczurza Śmierć w „Mistrz i Małgorzacie”, Teddy w „Uzdrowicielu”, Gernerth w „Lunatykach”, Zwierkow w „Notatkach z podziemia”, Kranz w „Malte”, Kalaf w „Księżniczce Turandot”, tyle innych… Pracował w zasadzie ze wszystkimi ważnymi twórcami związanymi z Teatrem im. Słowackiego i Starym Teatrem, bo też wszyscy chcieli z nim pracować. Był aktorem potrzebnym, kochanym i spełnionym.

Czyż to nie jest przejmujący przypadek, że ostatnią kreacją w dorobku Rucińskiego był Bóg Ojciec nazywany Tworzycielem w wywrotowej trawestacji biblijnej Agaty Dudy Gracz – „Starym Testamencie – reaktywacji”, dla Rucińskiego będącym wzruszającym powrotem Rucińskiego do jego pierwszego teatru, do „Słowacka”? Zagrał Tworzyciela zafrasowanego, chwilami zniechęconego, bardzo ludzkiego. W listopadzie miały odbyć kolejne przedstawienia „Starego Testamentu”.

Tworzyciel stworzył dzieło. Uśmiechnął się. I zasnął. Śpij spokojnie, kochany Dyziu.

Łukasz Maciejewski

PS

«”Ci, których kochamy, nie umierają, bo miłość to nieśmiertelność”

Śp

Zbigniew Ruciński

Najukochańszy Syn i Mąż

Aktor Scen Krakowskich

Przeżywszy lat 64, zmarł dnia 10 października 2018 roku.

Msza św. żałobna przy Zmarłym odprawiona zostanie w poniedziałek, dnia 22 października 2018 roku o godzinie 13.00 w kaplicy na cmentarzu Salwatorskim, po czym nastąpi odprowadzenie Zmarłego na miejsce wiecznego spoczynku, o czym zawiadamia pogrążona w smutku Rodzina»

Dodaj komentarz