Rzeszowskich TRANS/MISJI dzień Inauguracyjny, 25 sierpnia 2018

Anna Rzepa-Wertmann pisze po inauguracji festiwalu:

Wystawa „Sztuka walcząca”, która poprzedziła ważne słowa i przenikliwe myśli podczas panelu „Kultura a tożsamość narodowa” w Muzeum na Zamku w Łańcucie.

Zaś wieczorem oratorium „Cud niedokonany, czyli Wielki Odpust w Kalwarii Pacławskiej ’39” (z librettem Szymona Bogacza do muzyki Sławomira Kupczaka).

Obrazy, opowieści, refleksje, wnioski…

Sobota, tuż przed południem. Wyjeżdżając busem niejako uciekamy przed burzą, zostawiając za sobą szaro bure rzeszowskie niebo. Kierunek Łańcut, na początek pierwsze piętro Kasyna Urzędniczego.

Amfiladowa przestrzeń, w której Marek i Maciej Mikulscy stworzyli wystawę „Sztuka Walcząca”, stała się niezłym wyzwaniem dla twórców, widzów oraz swoistych przewodników. Przestronna, pełna światła i swobody, stawiała jednak przed zwiedzającymi nie lada wyzwanie. Na sześciu czerwonych płótnach nazwy krajów: Polski, Czech, Słowacji, Litwy, Ukrainy i Węgier. Czerwień nie tyle jest tu walcząca, ile całkowicie pochłaniająca, skupiająca uwagę; zaiste jest na czym. Poniżej nadrukowane zabytkowe zdjęcia, reprodukcje, sceny ze spektakli, dokumentalne zapisy chwil i historii.

Ścianami zawładnęły: Polska, Ukraina, Litwa i Czechy. Części Słowacka i Węgierska z racji swojej specyfiki (zwłaszcza ta pierwsza z racji swoistej multimedialności!) stały się centralnymi miejscami zwiedzania.

Od początku intrygowała jasna salonowa gotowalnia ze stojącym na niej projektorem i monitorem. Odtwarzającym zapętlony (bodajże) 9-minutowy archiwalny montaż z czasu inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Stojące naprzeciw zabytkowe tapicerowane krzesło Thoneta aż nazbyt domagało się uwagi, przewodnika, opowieści.

Nagle pośrodku sali pełnej ludzi, rozmów, refleksji wybrzmiały dźwięki: akordeonista i klarnecista zagrali Poloneza a-moll „Pożegnanie Ojczyzny” Michała Kleofasa Ogińskiego. Zdało się, iż naraz do tańca i korowodu ruszyły pomiędzy żywymi duchy czasu minionego. Urokliwa chwila poprzedziła ważne i cenne opowieści; przedsmak tego, co miało nas dopiero czekać. Podróży w przeszłość: różnojęzycznej, wielokulturowej, trudnej i chwilami gorzkiej, choć ze wszech miar potrzebnej. Zdjęcia były pretekstem do rozważań o roli kultury w walce z totalitaryzmami, tępieniu odmienności językowo-narodowościowych, „kreatywnej historiografii” oraz konformizmie ludzkiej pamięci.

Jan Nowara (dyrektor Teatru im. Wandy Siemaszkowej oraz „duchowy ojciec” festiwalu TRANS/MISJE) wraz z Witem Karolem Wójtowiczem (dyrektorem Muzeum – Zamku w Łańcucie) z racji bycia gospodarzami rozpoczęli podróż, przewodnikami po czasoprzestrzeni czyniąc dyrektorów (i nie tylko) partnerskich teatrów. Zwłaszcza trójka z nich zapadła w pamięć. Jedyną w tym gronie kobietą oraz najmłodszą z przewodników stała się Sylvie Vůjtková, dramaturg1. autor dramatu (-tów); 2. w teatrze rosyjskim stanowisko ... More Narodowego Morawsko – Śląskiego Teatru w Ostrawie. „Przetwarzała” wystawę przez pryzmat siebie: osoby urodzonej i wychowanej już w demokracji, lecz świadomością i tożsamością osadzonej w przeszłości i historii swojego kraju. Szczerze zbulwersowana faktem, iż

większość ludzi historię i przeszłość traktuje jako coś, co było, ale o czym mówić i wspominać już nie trzeba; bo i po co jątrzyć, co to da, nic się przecież nie zmieni”.

Apelowała, by nie zapominać, pobudzać pamięć, rozmawiać z młodszymi pokoleniami, przekazywać im przeszłość, by w przyszłości byli świadomi i nie kierowali się w życiu koniunkturalizmem i oportunizmem.

Starszy od niej jest Peter Himič, dyrektor Štátneho divadla Košice. Urodzony pół roku po „Operacji Dunaj“, świadomy trudnych i poplątanych dziejów Słowacji. Teatr i literatura są dla niego przede wszystkim sposobem na walkę z dwoma największymi nieszczęściami, z którymi zetknął się jego naród: bolszewizmem i faszyzmem. Jest wielbicielem twórczości Jana Amosa Komenskégo. Chyba z tego powodu teatr jako środek wyrazu ma dla niego przede wszystkim wymiar pedagogiczny.* Nasze postrzeganie zagrożeń wszelkimi „izmami“ oraz brak uczenia się na błędach przodków porówał do walki z zacinającym się kineskopem starego telewizora (przy okazji cudownie ożywiając przestrzeń wystawy, zarazem spełniając założenie scenograficzne Marka i Macieja Mikulskich!). Przestrzegał, iż jeśli w porę się nie opamiętamy, zacząć walić nazbyt mocno i dotkliwie w Telewizor Historii może kto inny. Tyle, że w nasz, zaś my przez krótkowidztwo zostaniemy zdegradowani do roli bezwolnych i bezsilnych widzów!

Puentą były słowa Jaromira Nohavicy, o których sens i kontekst historyczny spytałam Petera Himiča pomiędzy wernisażem a żywiołową dyskusją panelową tyczącą się języka, pamięci, kultury i tożsamości.

Mluvil jsem s prezidenty, potkal jsem vrahy,

nahý jsem na svět přišel a odejdu nahý,

v patnácti viděl jsem, jak kolem jely ruské tanky”*

pane prezidente

já chci jen kousek štěstí

pro co jiného jsme přeci zvonili

klíčema na náměstí”*

Jednym ze współzałożycieli Teatru Królewskiego w Trokach był Vytautas Mikalauskas, rocznik 1955. Litwin z polskimi korzeniami, twórca, reżyser, działacz kulturalny, społecznik, przez pewien czas nawet mer i parlamentarzysta. Świadomy roli języka i kultury litewskiej, ich siły i mocy w walce z wszech-zalewającym rusycyzmem w każdej postaci, wagi języka w walce o w walce o świadomość tożsamości narodowej.

Jego opowieść o walce kultury z najeźdźcą stała się niejako pomostem intelektualnym pomiędzy wystawą (w stołówce Kasyna Urzędniczego) a dyskusją panelową, brawurowo moderowaną przez Dariusza Iwaneczko – dyrektora rzeszowskiej delegatury Instytutu Pamięci Narodowej. Zadał siódemce panelistów z pozoru proste, banalne i oczywiste (na poły retoryczne pytanie):

Czy potrzebne są nam jako narodom i społeczeństwom: pamięć, świadomość, odrębność i indywidualizm języka oraz kultury? Czy wyciągamy wnioski z przeszłości, czy w ogóle chcemy i pamiętamy o ciemnych kartach historii?

Był to początek blisko dwugodzinnej polemiki na słowa, wnioski, argumenty i sugestie. O dziwo, cała siódemka i prawie wszyscy – bardzo liczni, niekiedy nawet przypadkowi słuchacze (debatowano w Wielkiej Jadalni Muzeum Zamku w Łańcucie) byli zgodni. Musimy pamiętać o swoich odrębnościach, inności kulturowej i językowej, globalizacja bowiem i ujednolicanie „wszystkiego jak leci” jest wysoce niebezpieczne, zwłaszcza dla mniej licznych (często bardzo bogatych kulturowo!) nacji. Przy tym wszystkim jednak bardziej dążyć do wzajemnego czerpania ze swoich dziedzictw, uczenia się od siebie nawzajem, wzbogacania przez to własnych korzeni i tożsamości.

Choć chwilami owa szalenie ważna i ważka dyskusja była nader ryzykowna; ktoś wie, co się stać może, kiedy wielce zaciekawiony i zaintrygowany Słowak pyta ekspresyjnego i empatycznego Litwina, co winien sądzić o tym, że w litewskim parlamencie nie przemawia się już po rosyjsku? Czy to dobrze, czy źle? Obaj rozmówcy, rozsupłując ten węzeł gordyjski, dali nam wspaniałą lekcję dyplomacji w praktyce, zachowując przy swojej odmienności styl, takt i klasę (choć za żadne bogactwa kosmosu nie chciałabym w tamtej chwili być w skórze moderatora).

Gdyby spróbować pokusić się o podsumowanie pierwszej części, byłoby ono dość nietypowe – każda z tych trzech nacji (co ciekawe, obaj panowie ze swadą posługiwali się piękną polszczyzną, z racji ich akcentów nagle nabierającą zupełnie innego wymiaru) walczyła z najeźdźcami i „izmami” skutecznie i podobnie, choć w różnoraki sposób. Czesi kamerą i dźwiękiem, Słowacy piórem i sceną, Litwini – folklorem i głosem.

SZTUKA WALCZĄCA”. Wystawa w przestrzeniach Kasyna Urzędniczego i Wielkiej Jadalni na Zamku w Łańcucie.

Idea ekspozycji: Wit Karol Wojtowicz

Projekt scenografii i grafiki wystawy: Marek Mikulski, Maciej Mikulski

wernisaż Łańcut, 25 sierpnia 2018 r.

Gdzie jest Dyrygent czyli jak zniszczyć piękne oratorium i ogłuszyć widownię?

Jeśli (wzorem Jana Nowary) na inaugurację niecodziennego Festiwalu zamawia się oratorium u Szymona Bogacza i Sławomira Kupczaka, to widzowie mogą tylko z radości zacierać dłonie. Zwłaszcza marka tego pierwszego i jego umiłowanie (nader celne zresztą) do librett i scenariuszy opartych na zasadzie historii alternatywnej* ostrzy apetyt. Zamysł był wedle mnie co najmniej przepyszny. Wziąć na warsztat rodzinną opowieść własnej babci Heleny, urodzonej dekadę przed II Wojną Światową w wiosce na Kresach (dzisiejszego ukraińskiego Podkarpacia). Otóż owo dziewczę udało się 15 sierpnia 1939 roku na Wielki Odpust do słynącej łaskami świątyni w Kalwarii Pacławskiej. Noc wcześniej Helenka śniła, iż po drodze ukazała jej się Matka Boska, rozmawiała, przekazała przesłanie.

W przededniu dziejowej zawiei, w samym środku wielokulturowego tygla (przecież wtedy na tym terenie współżyli i współistnieli: Polacy, Żydzi, Łemkowie, Bojkowie, Ukraińcy, Rosjanie, Białorusini, Romowie, Tatarzy) ruszyła w drogę do Sanktuarium Matki Bożej Kalwaryjskiej. Tutaj zwrotnica historii została sprytnie przesunięta, Helenka jednak bożą rodzicielkę spotkała, rozmawiała. Obdarzona boskim darem i ważkim przesłaniem miała je ponieść i przekazać ludziom – by zawierzyli, popatrzyli wgłąb siebie, zjednoczyli się i nabrali siły do dziejowych burz, które ich czekają.

Do tak niezwykłego libretta muzykę skomponował Sławomir Kupczak. Niezwykłą, dynamiczną, plastyczną jak rzadko. Zaczyna się krokami zmęczonych pielgrzymów pod górę, już tylko troszeczkę, odrobinkę, ostatni zakręt, byle tylko dotrwać do podwórca Sanktuarium (słuchając tej introdukcji wprost namacalnie się ją widzi i czuje zmęczenie tych pielgrzymów). Potem jest już jak z partytur do filmów Hitchcocka; podbić koloryt orkiestry Filharmonii Podkarpackiej polifonią i kolorytem Górecki Chamber Choir.

Umiejscowić to w auli, którą zaprojektowano z myślą o polifonicznym szerokim dźwięku oraz obdarzono kasetonowo-plastrowym sufitem. Obie te okoliczności zwykle oznaczają świetną akustykę, oferując pełnię frajdy muzycznej.

No i rodzynki w cieście czyli wiśnie na torcie – soliści, radość dla uszu melomana, który często właśnie z powodu ich siły głosów, empatii oraz artyzmu pielgrzymuje do filharmonii. Przyznaję się otwarcie – mam słabość do armeńskich, ormiańskich i gruzińskich głosów; słuchanie ich jest dla mnie nieodmiennie ucztą! Tym bardziej cieszyłam się na podziwianie Nairy Ayvazyan. Dodatkowym atutem był zupełnie mi nieznany głos Michała Sławeckiego; kontratenory są tak rzadko spotykanymi głosami, iż tego po prostu nie wolno przegapić.

Spytano by więc: Wertmann, przynajmniej wiesz, czego vel kogo się czepiasz?! Odparowałabym nieco łamiąc zasady języka polskiego (niechże mi to zostanie wybaczone): wiecie, jak najłatwiej zniszczyć kunsztowny tort, bestialsko niwecząc kunszt cukierniczy? Krojąc go zbyt mocno i nieroztropnie – tak jak to zrobił z materią tego oratorium Łukasz Wódecki. Otóż dyrygując „Cud niedokonany” poprowadził orkiestrę tak mocno, dynamicznie i hałaśliwie, iż resztę materii muzycznej zagłuszył, a słowa libretta po prostu skutecznie utopił w hałasie i kakofonii!

Skala głosu Michała Sławeckiego z trudem przebijała się przez ścianę dźwięku, ledwo forsowały ja trzy oktawy silnego sopranu dramatycznego Nairy Ayvazyan. Marek Kempiński, aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More Teatru im. W. Siemaszkowej (ku mojej bezdennej radości obdarzony szerokim, mocnym, energetycznym głosem!) jako Narrator i Dziad Odpustowy dokonał istnego scenicznego cudu, zwłaszcza grając „przeciw dźwiękowi”. Najlepiej mimo przeciwności wybroniła swoją postać dziesięcioletnia Amelia Komórek. Mimo młodego wieku uczęszcza na zajęcia Małej Akademii Teatralnej, działającej przy Teatrze Maska w Rzeszowie. Melodyjny empatyczny głos, świetna dykcjawymowa aktorska; dykcja teatralna wymaga szczególnie staran... More, wyobraźnia – naprawdę dobrze namalowała słowami swoją Helenkę, wkładając w to pasję i emocje.

CUD NIEDOKONANY, CZYLI WIELKI ODPUST W KALWARII PACŁAWSKIEJ Szymona Bogacza, partytura Michał Kupczak, dyrygentura Łukasz Wódecki, soliści: Naira Ayvazyan (soprano, Matka Boska), Michał Sławecki ( contratenore, Jezus), Amelia Komórek (Helenka), Marek Kamiński (Narrator, Dziad Odpustowy), vocal Górecki Chamber Choir, muzycy Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej im. A Malawskiego w Rzeszowie; Filharmonia Podkarpacka im. A Malawskiego w Rzeszowie MFS TRANS/MISJE, prapremiera 25 sierpnia 2018 r.

*http://www.nohavica.cz/cz/tvorba/texty/pane_prezidente.htm; dla zrozumienia kontekstu historycznego pozostawię owe cytaty w oryginale – polscy tłumacze łagodzą sens tej frazy, co akurat tekstom Jaromira Ostravskiego wybitnie nie służy!

*Czyli a co by było, gdyby w znanej nam sytuacji lub opowieści przestawić w którymś momencie zwrotnicę na torach historii? Ciekawe którędy pojechałaby lokomotywa, co by się stało, co zmieniło…?

Dodaj komentarz