Anton Czechow – Iwan Wyrypajew. Spotkanie i splątanie

Jagoda Opalińska o spektaklu w Teatrze Polskim:

Nie ma Czechowa(1860-1904), prozaik i dramaturg rosyjski. Pochodził z ubog... bez tęsknoty. Nosi ją tutaj cały świat przedstawiony. Ten, który widać i słychać. A również ten ledwie muśnięty słowem, zaplątany w rekwizyt. Tęsknota w opisach Antona Pawłowicza po prostu i od zawsze jest. Wciąż się tli, nieraz wybucha.

Pięknie i mądrze opowiada o tym Leonid Bieżyn, autor książki: Anton Czechow(1860-1904), prozaik i dramaturg rosyjski. Pochodził z ubog.... Droga na wyspę katorżników. Podróżując szlakiem autentycznej Czechowowskiej wyprawy z 1890 roku, krytyk dotyka rozmaitych tęsknotowych supłów. Wyklęty przez Boga Sachalin gromadzi wszelakie ludzkie zło, ale też odsłania perspektywę człowieczej ekspiacji, ujawnia obecność tęsknoty pomimo i ponad obszarem bezprawia. To boli, wzrusza, drażni i prowokuje. Lecz bez tego węzła kontrastowych uczuć ani rusz.

We współczesnych tekstach teatru nie tylko tęsknota, ale w ogóle pisarstwo Czechowa często sięga szczytów akrobatyki. Imituje Becketta, krąży wokół Levina, a najczęściej tkwi zakleszczone w tandetnych performatycznych trybach. Stąd wyłania się tylko mechaniczna obecność postaci dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj.... Widz, jeśli nie zna oryginału, (wstydliwą kwestię, kto zna – opuszczam), ciężko trawi wypreparowane z myśli oraz emocji fragmenty. W odpowiedzi na pytani cui bono nierzadko ujawnia się rozdęte ego reżysera. Ale na szczęście zdarzają się też projekty, które inicjują rzeczywisty dyskurs z Czechowem(1860-1904), prozaik i dramaturg rosyjski. Pochodził z ubog.... Tędy właśnie prowadzi nas zrealizowany w Teatrze Polskim Wujaszek Wania (reż. Iwan Wyrypajew).

Oglądamy dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... bez skrótów, wedle porządku każdego zdania, wręcz każdego przecinka. Przedstawienie to bezsprzeczny sukces frekwencyjny. Widownia pęka w szwach. Ludzie słuchają, często reagują śmiechem, klaszczą. Fakt, żo po ten tytuł sięgnął wybitny i osobny artysta – Iwan Wyrypajew ma swój oczywisty ciężar. Precyzyjna struktura inscenizatorskich obrazów robi wrażenie, choć i budzi wątpliwości.

Pamiętam świetnie uszytego Wujaszka w reżyserii Wieniamina Filsztyńskiego (Teatr Polski – styczeń 2009). Oddzieleni czwartą ścianą aktorzy penetrowali krok po kroku teren utraconych nadziei, odartych ze złudzeń marzeń. Akcja(łac. actio = działanie) ciąg zdarzeń w utworze dramatyc... miała ściśle desygnowany rytm. Stąd, z wykluczenia formalnego ornamentu rysował się symboliczny horyzont. Wszystkie elementy obrazu trzymały się wyrazistej intencji. Całości patronował duet Czechow – Stanisławski.

Iwan Wyrypajew sam – ale również głosami krytyki – przyznaje się dziś do Czechowowskiej mapy egzystencjalnych lęków, tak jak też opowiada się za przestrzenią stale ujawnianej gry słów i zdarzeń oraz za autonomiczną orkiestracją motywów. W tych ramach mieści się właśnie Wyrypajewowski Wujaszek Wania. Z jednej strony poddany literze tekstu, (gęsty przekład Jarosława Iwaszkiewicza), z drugiej rozpisany na serie różnorakich semantycznych strzałów celowanych w kierunku widowni, a sięgających deformacji oraz bliskiemu grotesce gestyczno – ruchowemu skrótowi. Natomiast teraz proszę państwa o uwagę. Idąc bowiem deformowanym tropem, trzeba śledzić stylizatorską dezynwolturę reżysera. Kusi ona bowiem i bawi leśną oprawą oraz tytułem zawieszonym nad sceną w neonowym retro cudeńku – scen. Anna Met. Wszystko razem i uroczo pastiszowe i cholernie niebezpieczne. Zwłaszcza gdy żart oblepia sens. Wszak wtedy tylko krok do zgrywy.

Wszelkie pułapki mistrzowsko ujarzmia Wania Dariusza Chojnackiego. Ani cienia psychologicznej celebry, ani śladu pustych performatycznych podchodów. Widać i czuć narastający, mroczny koloryt niemocy. Tęsknota w oparach nudy wedle Czechowowskiej miary. Bebechy w autoironicznych, bliskich Wyrypajewowi, zbliżeniach. Mówiąc krótko, piękna, mądra aktorska robota.

Temu plastycznemu wizerunkowi towarzyszy soczysty portret Telegina Szymona Kuśmidera. Zwarty, usytuowany w tragigroteskowych łączach na linii samotności, drwiny, wzruszenia oraz kuglarskiego cytatu. Precyzyjna synteza słowa i gestu. Brawo! Tutaj też zaznacza swoją obecność Niania Anny Nehrebeckiej. Sylwetka malowana kontrastowymi odcieniami wewnętrznej dobroci i zewnętrznego żartu. Na niełatwym, bo obciążonym liryzmem terenie pojawia się Sonia Marty Kurzak, znakomicie wiążąc żar z naiwnością, szczegół z syntezą. Zabawnie autonomicznym, sięgającym w ruchu i geście absurdu działaniem dopełnia tło parobek Marcina Jędrzejewskiego.

A teraz chciałabym przejść do wątpliwości. Nie rozumiem jednolitego kolorytu osoby Profesora – Andrzej Seweryn. Szkoda, że drobiagowo cyzelowany kabotyński rys przykrył wieloznaczność postaci. Tak jak tylko błysnął w migawkowym Gogolowskim odbiciu dowcip o przyjeździe rewizora. Szkoda, że rola ominęła sygnały gorzkiej ironii, niepokój, który tkwi w nocnych lękach Profesora. Nie rozumiem też, dlaczego została sprowadzona do kilku przypadkowo, zdawkowych ujęć sylwetka Marii Wojnickiej – Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Mieć szansę na aktorstwo pierwszej ligi i zostać przy zupełnie niezrozumiałym reżyserskim ograniczaniu ekspresji. Dziw nad dziwami! Jeszcze oryginalniej objawia się nieobecność pozorowana zbliżeniami Heleny – Magdalena Różczka. Dystans okazał się tu chwytem bez tematu, powodu, adresu. Oglądamy wysmakowane suknie (proj. Katarzyna Lewińska) i słowa rzucane obok sensu, poza emocjonalną pajęczyną. Niestety nie widziałam Karoliny Gruszki. Żałuję, bowiem wizerunek, jaki zobaczyłam obezwładnia, zważywszy autentyczne możliwości rzemiosła aktorki.

Tak proszę państwa, idąc tędy i owędy, zbliżamy się do Astrowa Macieja Stuhra. Potwierdzam aplauz widowni i powracający zbiorowy chichot. Lecz to wcale nie rozjaśnia sprawy. Czechow nosił w sercu i w piórze misję lekarzy samotników. Będąc dyplomowanym doktorem, sam doświadczał, jak etos zawodu trzaska w społeczno-politycznyh łańcuchach. Nigdy i nigdzie – choć beształ i wytykał lekarskiej konfraterni każdą nieobyczajność, każdy skrawek głupoty – nie stosował w charakterystyce bohaterów – lekarzy drwiny dla chwytu, nie puentował groteski efekciarską formą. Uważał, że rzecz jest i poważna i groźna. Zza ściany żartu dobywał się więc sygnał rozrachunku, który sięga trzewi. Tymczasem Stuhrowski Astrow tryska kabaretonem. I nawet zbliżywszy się do sfery serio, dalej rozwija żart z żartu. Oczywiście, że doświadczony, wielce utalentowany aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... potrafi żonglować słowno – ruchowymi zasobami. Lecz cóż z tego, skoro pomysł niesie degradację osoby kluczowej dla przestrzeni tragikomedii. Tęsknota Astrowa żywi się odrzucaniem nadziei. Więc jeśli już leci kabarecik, to powinien stanąć na przystanku REFLEKSJA. Inaczej robi się na przemian i łatwo, i durno, i chichotliwie.

Skomponowany od A do Z reżyserski projekt. Ciekawy, bo i magnetyczny, i stylowy, i pastiszowy obrót światła (Sergei Vasilev) oraz muzyki (Jacek Jędrasik, Marek Kępa). W swoistym, czasem frapującym pomieszaniu materii zawiera się kilka znakomitych aktorskich wcieleń. Lecz są też i puste miejsca. Jest żart, co tyle cieszy, ile wymiata sensu. Żal, gdy splątanie odsuwa spotkanie. Żal, że będąc tuż tuż, rwie się ważny komunikat.

Dodaj komentarz