Nie odważą się…

Tomasz Miłkowski pisze po premierze ŚMIERCI DANTONA w Teatrze Narodowym w reżyserii Barbary Wysockiej:

Nie wierzył, że się odważą. Ostrzegano go. Mógł się ratować ucieczką. Wszcząć bunt. Stawiać opór. Uważał jednak, że jest nieśmiertelny. Nikt się nie waży podnieść na niego ręki. Ale Trybunał Rewolucyjny, który powstał na jego wniosek, nie bacząc na zasługi ojca-założyciela, zajął się nim ochoczo. Wystarczyło kilka dni, aby jego głowa potoczyła się z gilotyny. Jak głowa kapusty – jak to pokazuje Barbara Wysocka w swoim spektaklu. Głowa jego prześladowcy, nieskazitelnego Robespierre’a potoczy się za trzy miesiące…

Na scenie, pozbawionej kulis, stoli wielka trzypiętrowa, przesuwana wokół osi konstrukcja. Jej szczytu sięga rynna, którą toczyć się będą głowy Dantona i jego zwolenników. Robespierre (Przemysław Sippa), stojąc na samej górze, przyglądać się będzie śledztwu, a potem sprawować funkcję kata sam. Wcześniej stoczy walkę o aresztowanie Dantona, zalewając jakobinów słowami. W drugiej części spektaklu, kiedy tak stoi u szczytu (potęgi?, dyktatury?), nie mówi już ani słowa. Tylko co pewien czas czubkiem buta potrąci palce Dantona, którymi uwięziony przeciwnik czepia się kratownicy. Wtedy jest najgroźniejszy. I naprawdę odrażający.

Na drugim piętrze – noclegownia. Najpierw miejsce libacji i seksualnej swobody, potem miejsce wyczekiwania na wysłanników Trybunału. Na samym dole sale posiedzeń Wydziału Ocalenia Publicznego i Trybunału, cele więzienne. Na naszych oczach członkowie złowieszczego Wydziału, włodarze życia i śmierci, porzucą peruki, ozdobne w żaboty fraki i przebiorą się w jednakowe szare garniturki. Będą wtedy przypominać pluton egzekucyjny albo pracowników wiadomych służb.

Na samej krawędzi konstrukcji miejsce na sjestę. Tak to się zaczyna: utrudzeni rewolucjoniści, na czele z Julią (Wiktoria Gorodeckaja) i Jerzym Dantonami z wielkim apetytem objadą się tortem, siedzą leniwie na stole i obok stołu, zaśmiewają się, nic nie robią. Wyglądają na szczęśliwych. Włosi nazywają to niezwykle trafnie „dolce far niente”. Wygląda na to, że smakują owoce wolności. To dość, żeby ich zabić.

Wysocka precyzyjnie przeniosła na scenę mechanizm samo pożerającej się rewolucji, która traci orientację, kiedy obywatele wymykają się spod jej kontroli. Fanatycy zmiany stają się wrogami tych, którzy kochają życie. Muszą ich zniszczyć – tak to oceniał Büchner. Ale Wysocka nie daje za wygraną – trochę to wygląda na życie po życiu, ale pod koniec przedstawienia znowu powraca scena z tortem. I choć bohaterowie już umarli, to nie przestali gustować w dobrach tego świata. Terror nie oduczył ich kochać życia.

Świetnie skonstruowane przedstawienia, pełna pasji robota całego zespo0łu, na którego tle błyszczą dwaj przeciwnicy: Robespierre i Danton. Jest jeszcze ten trzeci, St. Just. Zazwyczaj przedstawiany ma scenie jako szczupły, energiczny, uwodzicielski młodzieniec, pełen żaru stręczyciel idei. Tym razem St. Just (Paweł Tołwiński) przypomina boksera: krępy, niezbyt atrakcyjny, sprytny gracz. Kto wie, czy nie bardziej niebezpieczny od fanatycznego młodzika.

Na pierwszym planie pozostają mężczyźni – takie to były czasy, ale Wysocka pokazuje, że to kobiety tworzyły atmosferę rewolucji i kontrrewolucji. To one swoimi okrzykami, zachętami, donosami, wrażliwością, strachem i zwierzęcą agresją nadawały ton. Niby na drugim planie, ale spróbujcie ich nie docenić.

Tomasz Miłkowski

ŚMIERĆ DANTONA Georga Büchnera, tłum. Wilam Horzyca, reżyseria i muzyjka Barbara Wysocka, scenografia Barbara Wysocka, kostiumy Katarzyna Borkowska, reż. światła Artur Sielicki, Teatr Narodowy, premiera 3 lutego 2018

[Poszerzona wersja recenzji publikowanej w Tygodniku „Przegląd” nr 7, 14-02-2018, fot. Krzysztof Bieliński, copy Teatr Narodowy]

Dodaj komentarz