Różowe zjawisko

Tomasz Miłkowski o portrecie Krystyny Sienkiewicz w książce Grzegorza Ćwiertniewicza „Różowe zjawisko” pisze w „Dzienniku Trybuna”:

Przegapiłem tę książkę. Ukazała się dwa lata temu, jeszcze za życia Krystyny Sienkiewicz. Nim rok temu odeszła na zawsze, zdążyła się nią nacieszyć. A jest czym.

Grzegorz Ćwiertniewicz narysował bowiem nie tylko aktorski, ale i osobisty portret Krystyny Sienkiewicz. Życzliwy, a w dodatku wcale nie przesłodzony. Nie miałem okazji, aby poznać ją bliżej, rozmawialiśmy raptem kilka razy w życiu, chociaż raz dosyć długo podczas spotkania u Ewy Złotowskiej i Marka Frąckowiaka. To było dość niezwykłe spotkanie, mogłoby się wydawać, że jesteśmy znajomymi od stu lat – są ludzie o takiej otwartej osobowości, chociaż nie można dać się zmylić. Ich otwartość wcale nie oznacza przypuszczenia do tajemnicy – na to trzeba zasłużyć. Krystyna Sienkiewicz była duszą towarzystwa, tryskała dowcipem, tworzyła dobrą aurę tamtego spotkania. To jednak był tylko styl bycia, a nie

uchylenie maski.

Do tego uchylenia nakłonił artystkę autor książki. Stąd mogła powstać tak interesująca, bo oparta w dużej mierze na wyznaniach bohaterki, opowieść o jej życiu. A nie było to życie łatwe. Wszyscy wiedzieli, że od bardzo dawna zmagała się z nieuleczalną chorobą oczu. Gdyby nie opieka prof. Adrianny Gierek-Łapińskiej, mogła w ogóle wzrok stracić, choć procent widoczności, jakiej jej pozostał (zaledwie 20%), niejednego by skłonił do schowania się w domu. Tymczasem Sienkiewicz (jak żartowano: ale nie Henryk), obecna była w teatrze, w kabarecie, na estradzie. Grała jak gdyby nigdy nic, czasem tylko ograniczając intensywność tej obecności. Zwłaszcza wtedy, kiedy okazywało się, że jakieś przyjęte zadanie zaczęło ją nudzić albo nadmiernie kosztować. Jak w przypadku „Klimakterium i już” Elżbiety Jodłowskiej, wprost nieprawdopodobnego teatralnego hitu – Sienkiewicz występowała w pierwszej obsadzie, ściągała publiczność, ale potem wycofała się z objazdów, choć nadal jej zdjęcie na plakacie było zapewne dla wielu widzów magnesem. Trudno było ją złamać. Może dlatego jej krewny, kolega z dzieciństwa, Jan Pieńkowski miał powiedzieć: „Ona jest silna jak stalinowski ciągnik Ureus – nie do zdarcia. Pomimo wielu nieszczęść”. Bo to nie tylko szalone kłopoty ze wzrokiem, ale na dobrą sprawę od

zawsze miała pod górkę.

Urodzona kilka lat przed wojną, okupację przetrwała na wsi. Utraciła wtedy oboje rodziców, po wojnie tułała się przygarniana przez krewnych (długo mieszkała u ciotki w Szczytnie), jej brat trafił do domu dziecka. To nie było cudowne dzieciństwo, choć dzięki dobrym ludziom, w tym za sprawą uporu pewnego nauczyciela, który dostrzegł w niej talent plastyczny, trafiła na Akademię Sztuk Pięknych. Wtedy jej los zaczął się odwracać. Przypadek sprawił, że przyjęła zastępstwo za koleżankę w jednym z programów STS. Jak w tej piosence „Wyszłam za mąż, zaraz wracam”, wsiąkła w STS-ie na lata, także jako scenograf i piosenkarka. Niewiele wtedy umiała. Zresztą wszyscy tu byli amatorami poza grupką zawodowych aktorów, którzy ich wspierali. Ćwiertniewicz barwnie opisuje te STS-owe lata, słusznie upatrując w nich narodziny „różowego zjawiska”, jak miał nazwać Krystynę Sienkiewicz KTT (a może ktoś inny).

Mimo że STS wydaje się teatrem wyjątkowo dobrze upamiętnionym, Ćwiertniewicz dociera do informacji, o których niewielu już widzom wiadomo. Na przykład informuje o kabarecikach „na boku”, w foyer teatru STS, które tworzył Henryk Malecha, jeden z założycieli STS-u, a w których na gwiazdę wyrastała Krystyna Sienkiewicz. To Henio Malecha założył kabarecik Fioletowy Księżyc, gdzie Sienkiewicz śpiewała z wdziękiem „Przytul, przytrzaśnij, przycałuj”. Była tak śmieszna, że podczas jednego z programów Zofia Markuszewska nie wytrzymała i zaczęła rodzić.

W STS-ie uformowała się jej

sceniczna osobowość.

Sama to zresztą w rozmowie z autorem książki potwierdza: „Trzeba ćwiczyć, zakładać teatrzyki, kabareciki, sprawdzać siebie na różnych podwórkach. Z takiego założenia wychodziłam, będąc młodą dziewczyną. Do studenckich teatrów przychodziło się grać, nie pokazywać. Nikt z nas nie myślał o zawrotnych karierach. Każdy czerpał satysfakcję z występowania i przyjaźni, podglądał, uczył się. Dziś, dzięki temu, jestem aktorka estradowa i teatralną. Posiadam łatwość śmiechu i płaczu. To wynika z rozhuśtania duszy”.

Mimo że związała się z STS-em, teatrem uchodzącym za teatr polityczny, sama od polityki najwyraźniej stroniła, a jeśli się wdawała w jakieś polityczne akcje, to szybko się wycofywała. Trudno w tych rzadkich odruchach politycznych znaleźć jakąś logikę. Aktorka wsparła kampanię wyborczą Janusza Korwina-Mikke, aby chwilę potem sławić premiera Włodzimierza Cimoszewicza… Zresztą kto wie, może w tym niekonsekwencjach także tkwi jakiś powód jej aktorskich sukcesów. Niepewność, wahanie, zmienne odczucia należą przecież do chętnie wykorzystywanych środków malowania portretu postaci.

Ćwiczyła te i inne techniki na tyle intensywnie, że nie tylko zdała egzamin eksternistyczny, uzyskując dyplom artystki estrady, ale trafiła po STS-ie na głęboką wodę, do zawodowych teatrów warszawskich, najpierw Ateneum, a potem do Syreny.

Po STS-ie, gdzie nawiązała przyjaźnie i zawodowe znajomości z Agnieszką Osiecką, Olgą Lipińską i wieloma innymi, ruszyła

na podbój kabaretu.

Zdążyła wystąpić w ostatnim programie Kabaretu Starszych Panów, potem kilkakrotnie Jeremi Przybora zapraszał ją do swojego programu „Divertimento”, który prowadził już bez Jerzego Wasowskiego. Występowała w kabarecie Jana Pietrzaka Pod Egidą, a przede wszystkim w kabaretach Olgi Lipińskiej, poczynając od „Gallux Show”, a potem innych jej cyklach w świetnym duecie z Barbarą Wrzesińską. Współpraca z Osiecką przyniosła m.in. „Listy śpiewające” i piosenki specjalnie dla niej pisane. Śpiewała też piosenki dla dzieci, chociaż nie zawsze dla dzieci przeznaczone, jak „Ryby, żaby, raki” Jana Brzechwy:

„Ryby, żaby i raki
Raz wpadły na pomysł taki,
Żeby opuścić staw, siąść pod drzewem
I zacząć zarabiać śpiewem”.

Dzieciom i młodzieńcom bardzo się podobała. Pisał tak do niej egzaltowany młodzieniec: „Piszę do Ciebie, ponieważ urzekł mnie Twój głos jak trele słowika (…) Z całego serca pragnąłbym spotkać się z Tobą, zobaczyć Cię, usłyszeć Twój głos na własne oczy”.

Wielu chciało „usłyszeć ten głos na własne oczy”, toteż w książce Ćwiertniewicza aż rojno od okładek rozmaitych magazynów z Krystyną Sienkiewicz, zapraszającą do lektury. Wniosła przecież własny kolorowy ton do polskiego teatru i kabaretu. Agnieszka Osiecka dostrzegła jej szczególne cechy: „Głęboką tkliwość i czułość dla innych. Sympatię dla słabszych. Wzruszenie domową poezją. Delikatność. Dyskrecję. Dobry gust. Szacunek dla starszych. Miłość do dzieci”.

To wszystko sprawiło, że była dla wielu prawdziwą gwiazdą, choć film nigdy tego nie potrafił wykorzystać. Pozostawiła za sobą około 40 ról w teatrach i ponad 20 w teatrze telewizji, o piosenkach i skeczach kabaretowych nie wspominając.

„Artystka doskonale odnalazła się w komedianctwie lirycznym” – pisze Grzegorz Ćwiertniewicz. – Z jednej strony Krystyna Sienkiewicz bawi publiczność, a z drugiej – wzrusza ją filozoficzną prawdą, głębokimi przemyśleniami czy sentymentalną piosenką. Stworzone przez nią bohaterki nie są jednoznaczne: cechuje je zawsze poczucie humoru, ale także skłonność do poważnych refleksji”.

Autor książki pisał o tym w czasie teraźniejszym. Szkoda, że dzisiaj (aktorka zmarła w lutym 2017) to już czas przeszły dokonany.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz