Teraz Toruń

Tomasz Miłkowski pisze po zakończeniu tegorocznych Toruńskich Spotkań Jednego Aktora w „Dzienniku Trybuna”:

Wygląda na to, że teraz Toruń stanie się stolicą polskiego monodramu. Tak zresztą mio być przed laty i tylko splot rozmaitych okoliczności sprawił, że to we wrocławskiej Piwnicy Świdnickiej odbył się pierwszy festiwal teatrów jednego aktora (1966).

A potem 50 następnych. Mogło się to wydarzyć wcześniej w Toruniu za sprawa tego samego człowieka, czyli Wiesława Gerasa, wówczas szefa klubów młodzieżowych i zapalonego entuzjasty monodramu. Zresztą potem i tak na dwadzieścia lat festiwal wrócił do Torunia, a od lat 12 znowu miasto Kopernika jest gospodarzem spotkań teatrów jednego aktora. Toteż formalnie były to 32. Toruńskie Spotkania Teatrów JEDNEGO AKTORA.

Jednak

po abdykacji Wrocławia,

który z coraz większym zapałem pozbywa się swoich atutów jako centrum kultury – dość przypomnieć konflikt w Teatrze Polskim (sztandarowe partactwo wrocławskich polityków) i likwidacji najpierw Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Jednego Aktora, a teraz Wrocławskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora na to opuszczone pole może wejść Toruń, zwłaszcza że doświadczeń w tej mierze ma wiele, ambicji też sporo, więc kto wie…

Tym razem były to 32. TSTJA, choć już z sygnałem, że festiwal się rozrasta. Po raz pierwszy oprócz prezentacji w toruńskim „Baju Pomorskim”, który tradycyjnie pozostaje gospodarzem spotkań i jego realizatorem, festiwal wystąpił gościnnie w Chełmnie. Na prezentację w Chełmie złożył się monodram Igi Jambor-Skupniewicz „Mamusiu, co to za ptaszek” (doceniony przez dziennikarzy akredytowanych na festiwalu, który właśnie tej aktorce wręczyli swój laur), a przede wszystkim z „Godziny z Szekspirem”, czyli spotkania z Piotrem Kondratem i Szymonem Spichalskiem, autorem książki „Szekspir? Jaki Szekspir? Monodramy Piotra Kondrata”. To siedemnasta z kolei pozycja serii wydawniczej „Czarna książeczka z Hamletem”, zainaugurowanej przed dziesięciu laty przez Andrzeja Żurowskiego esejem „Sam z Szekspirem na scenie”. Wydawcą tych siedemnastu książeczek było Wrocławskie Towarzystwo Przyjaciół Teatru, które właśnie… przestaje istnieć, powziąwszy uchwalę o samorozwiązaniu. Nie jest to jednak świadectwo jakiejś wyrafinowanej aberracji, ale rezultat zapowiedzianej eksmisji Towarzystwa z lokalu użyczanego przez Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu od lat bez mała dwudziestu, notabene współwydawcę serii…

Bardzo to się pokomplikowało i wygląda na to, że nie tylko znikają WROSTJA, ale także ta wyjątkowa seria dokumentująca dorobek polskiego monodramu. A przecież do zrobienia (i to koniecznego!), pozostało jeszcze wiele ważnych monografii. W serii znalazły się już książki o koryfeuszach ruchu: Wojciechu Siemionie, Danucie Michałowskiej, Tadeuszu Malaku, Irenie Jun i ich wybitnych następcach, Bogusławie Kiercu i Wiesławie Komasie. Aż prosi się o następne – trudno choćby wyobrazić sobie tę serię bez książeczki

o teatrze Jana Peszka

Wywołałem nazwisko Peszka nie przypadkiem. To właśnie dwa mistrzowskie monodramy tego artysty, zatytułowane „Podwójne solo” otworzyły tegoroczny festiwal w Toruniu.

Na ten wieczór składają się dwa spektakle: SCENARIUSZ DLA NIEISTNIEJĄCEGO, LECZ MOŻLIWEGO AKTORA INSTRUMENTALNEGO Bogusława Schaeffera w reżyserii i wykonaniu aktora oraz DOŚPIEWANIE. AUTOBIOGRAFIA wedle konceptu i w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego. Organiczny związek tych dwu spektakli jet oczywisty. Nie przypadkiem Jan Peszek grywa te dwa monodramy jednego wieczora, nie ukrywając, jak głębokie inspiracje wiążą jego nowy monodram z monodramem „odwiecznym”, który pozostaje w jego repertuarze od roku 1976 (!).

Gdyby nie tekst Schaeffera, nigdy nie przyszłoby mu do głowy występować solo (stąd i tytuł tego dyptyku: Podwójne solo). O ile jednak „Scenariusz” nie jest tekstem własnym, choć w najgłębszym tego słowa znaczeniu usynowionym przez aktora, to nowy monodram wywodzi się wprost z biografii artysty, ważnych dla niego momentów w życiu osobistym i artystycznym. Toteż Wariacje Goldbergowskie Jana Sebastiana Bacha w porywającym wykonaniu Glenna Goulda, które stanowią muzyczne spoiwo tego monodramu, są przez aktora dośpiewywane w postaci fragmentów z biografii. Dośpiewania mają charakter(gr. charakter = wizerunek), postać literacka o wyraźnie i... nietypowy, bo to wykonania eksperymentalne, będące świadectwem poszukiwania muzycznych ekwiwalentów dla epizodów z życia, które kształtuje odpowiednio formowany, obniżany, podwyższany, zwalniany, przyspieszany, specyficznie modulowany głos aktora.

Sam tekst również podlega transformacjom melodycznym za sprawą barwy, tempa, rytmu, głośności i dodatkowych efektów odkształcających „zwykłe” wypowiadanie tekstu. Peszek objawia w ten sposób nieskończenie wielkie możliwości plastycznego formowania dźwięku, budowania muzyki z pauz i głosu aktora. Towarzyszą temu działania plastyczne, zsynchronizowane (albo zdesynchronizowane) z treścią opisywanego epizodu. Jednym z nich jest przywołane przez aktora zabawne zdarzenie, kiedy Peszek dostawszy się dzięki swej aktywności w sławnym krakowskim zespole MW 2 (Młodzi Wykonawcy Muzyki Współczesnej) na warsztaty do Johna Cage’a i Merce’a Cunnighama nie poddał się poleceniu obnażenia, Pozostali uczestnicy warsztatów stanęli jak ich bóg stworzył, a Peszek nie, pozostał w gatkach. Zaciekawiony Merce zapytał, z jakiego kraju przybył. – Z Polski – odparł bez lęku aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi.... Acha… – pokiwał głową ze zrozumieniem sławny choreografautor układu tanecznego w spektaklu baletowym albo w innego....

Takie to zabawne i nie tylko zabawne epizody przywołuje na świadków swej życiowej wędrówki, przede wszystkim demonstrując niebywałą biegłość techniczną i zdumiewającą formę wykonania. Dośpiewanie przygotował Peszek z myślą swoim jubileuszu pięćdziesięciolecia pracy artystycznej. Zamiast laudacji, listw gratulacyjnych i typowych jubileuszowych egzekwii zagrał spektakl, potwierdzający najwyższą klasę aktora. Spektakl przenika radość tworzenia. „Życie mi smakuje – komentował swój jubileuszowy spektakl artysta w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim – cieszy, rzadko, przeraża. To uwielbienie życia, w całej jego rozmaitości, przejąłem zapewne od tych najważniejszych: dziadków, rodziców”. Spektakl potwierdza siłę tego zachwycenia.

W nie mniejszym stopniu potwierdza to także

monodram „odwieczny”.

Nie wiem który to już raz oglądałem „Scenariusz” Peszka, zawsze z poczuciem uczestnictwa w wielkim święcie. Premiera „Scenariusza” miała miejsce w roku 1976 (a więc ponad 40 lat temu!), tak więc aktor związał się z tym spektaklem na trwałe. Początkowo traktował go jak manifest i grywał nie biorąc honorarium. Zawsze też powtarzał, że nie dąży, a wręcz brzydzi się tzw. pokazem mistrzostwa i moment, kiedy spektakl wyrodzi się w taki pokaz będzie końcem jego eksploatacji.

Ale tak się nie stało. Ciągle odnajduje w Scenariuszu żywe inspiracje, a walka Schaeffera o godność sztuki jest mu bliska. „W pełni zgadzam się z przesłaniem Schaefferowskiego tekstu – wyznawał Peszek – mówiącego przecież o tym, że artysta, w każdych czasach, narażony jest na dziesiątki niebezpieczeństw, które go ograniczają i zarazem kształtują. I jeśli nie jest w stanie się im przeciwstawić, to niczego nie dokona w sztuce. Ugrzęźnie w szarej masie tzw. żyćka”.

Ale choć daleki od budowania widowiska „do podziwu” doprowadził Scenariusz do mistrzowskiego kształtu scenicznego. Przy czym – co warto podkreślić – wbrew wielu opiniom Scenariusz nie ma nic wspólnego z improwizacją, jest za każdym razem precyzyjnym wykonaniem tekstu i połączonych z nim działań.

Takie jednak powstaje wrażenie – lekkiej, od niechcenia prowadzonej, a niekiedy znów szaleńczej, niemal straceńczej improwizacji – tak odebrali Scenariusz widzowie festiwalu w Toruniu w roku 1985 i teraz, po upływie trzydziestu lat, kwitując występ aktora w „Podwójnym solo” owacjami na stojąco.

Spektakl Peszka nic nie stracił ze swej siły, zachowując przewrotność i

gorzki absurd

opowieści o upadku artysty we współczesnym świecie. Istota scenicznego pomysłu na ten nieśmiertelny monodram tkwi bowiem w celowej nieprzystawalności tego, co się mówi, do tego, co się pokazuje. Peszek wypowiada fundamentalne tezy o sztuce kompozycji i filozofii sztuki na przemian ze wzniosłymi banałami o sztuce i jednocześnie paprze się w brudach (dosłownie), obmywając podłogę szmatą. Do jego wywodów wtrąca się bowiem nieobecny fizycznie na scenie Karol, dyletant i półinteligent, a nawet cham (odkryciem scenicznym Peszka było ukazanie wyobrażonego Karola, oddającego mocz podczas wywodu bohatera, za pomocą przedziurawionej puszki, z której ciurka woda).

Peszek, zgodne z intencją autora, stał się aktorem instrumentalnym i z niezmienną energią, po tylu wykonaniach „Scenariusza” każde z nich traktuje jak rodzaj testu. Spektakl przetrwał i mimo zmian ustrojowych nadal opowiada o realnym świecie, o związkach artysty z publicznością. Tekst się nie zmienia, ale zmieniają się okoliczności – stąd mimo ustalonego kształtu przedstawienia, aktor musi reagować na te zmiany. Nadal mówi tekst gorączkowo, zachowuje wysoką temperaturę wypowiedzi, którą usiłuje zarazić widzów, ostrzec ich, a nawet przerazić. Jan Peszek zdobył tę umiejętność wysłuchiwania widzów „wewnętrznym uchem” w stopniu niespotykanym, toteż jest czułą membraną ich lęków, tęsknot i obaw.

Mimo że wciąż pozostaje „Scenariuszem” Schaeffera, spektakl ewoluuje wraz z artystą i czasami. Parę dziesiątków lat temu zawsze czekałem na fragment, kiedy Aktor dopytuje Sprzedawcę, czy są „haczyki od wewnątrz” (do lufcików). Sprzedawca odpowiada, że są, ale „od zewnątrz”. Aktor zwraca uwagę, że „haczyki od wewnątrz” leżą na wystawie. Sprzedawca na to: „Nie można dekomponować wystawy”. To było w czasach głębokich niedoborów na rynku, pamiętam, że zaśmiewałem się z tego niewinnego żartu do łez. Peszek jednak doskonale wiedział, kiedy z tego dowcipu zrezygnować i wyciął z tekstu haczyki, kiedy problem niedoborów stał się historyczny…

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz