Z fotela Maciejewskiego: CZERWONA PUSTYNIA

O monodramie Ewy Błaszczyk w Teatrze Studio ORIANA FALLACI. CHWILA, W KTÓREJ UMARŁAM:

Fallacci umarła. To właśnie ta chwila, ten moment. Umarła ale żyje, by scenicznym, teatralnym gestem opowiedzieć o tym, co naprawdę ważne. Ostatnia taśma pamięci włoskiej reporterki może zaskakiwać. Bardziej tym, czego w niej nie ma, niż tym, co zostało zapisane. Oraz tym, kto ją odtwarza.

Kim jest Ewa Błaszczyk w monodramie Remigiusza Grzeli? Nie jest na pewno Orianą. Nie wkłada peruki, nie rysuje charakterystycznych kresek pod oczami, jest ubrana w pomarańczowy kombinezon, nie w czarny uniform. Pomarańcze, nie granaty.

Kim zatem jest? Przekaźnikiem emocji własnych, które transponuje na cudze. Nie trzeba zgadzać się z poglądami portretowanej, żeby wejść w jej życiopisanie i przekazać w darze widzom. Ale dar Fallaci to nie była przecież bombonierka z bon motami, tylko wybuchowa petarda z odbezpieczonym zapłonem. Nie uda się przejść obok tych wypowiedzi obojętnie.

Remigiusz Grzela, znawca twórczości Oriany Fallaci, tuż po wydaniu znakomitej książki reporterskiej zderzającej los i dzieło Oriany Fallaci i Teresy Torańskiej, wybrał koncept najlepszy z możliwych. Owa ostatnia chwila świadomości to miejsce na wszystko. Pożegnanie mamy Oriany w szpitalu, najważniejszy romans z Alekosem Panagoulisem, życie korespondentki wojennej, wywiady z Henrym Kissingerem, ajatollahen Chomeinim, Lechem Wałęsą, przyjaźń z Goldą Meir, jej książki, jej życie, radykalne poglądy na temat islamu, furia i krzyk. I jeszcze płacz za tym, czego nie ma, czy raczej. kogo nie ma. Za dziećmi, które nie przyszły na świat. Nienarodzonymi.

Zbyt wiele Orian w jednej Orianie, za dużo wykrzykników, złości i zmęczenia. A jednak Błaszczyk to wszystko wytrzymuje. Wyprężona albo skulona, skupiona na słowie, tak ważnym dla cyzelatorki formy, jaką była Fallaci, ale także na geście, spojrzeniu. Świadoma aktorka – również w tym przypadku reżyserka spektaklu – doskonale wie, że w monodramie musi uciec od Fallaci, żeby ocalić Błaszczyk, jej odrębność. Ocalić unikatowość Błaszczyk aktorki i artystki, nie działaczki, czy altruistki. I ta obecność jest bardzo słyszalna, widoczna, nie do przeoczenia. Głos Błaszczyk nie musi być głosem Fallaci, to rodzaj osobnego narzędzia, którym komunikuje się rzeczywistość ze światem pozamaterialnym. Dla mnie ten głos to niemal metafizyka. Figuratywne kanty i obłe puffy, w głosie aktorki zawiera się skrajność poglądów i jednocześnie tęsknota za ładem, miłością, marzenie o kwitnącej magnolii.

Bardzo niewiele dostaje do pomocy – i słusznie. Magnetofon, z którego odtwarza głos Goldy Meir, albo wspaniale plastycznie wymyślone ściany płaczu, a zarazem ściany florenckiego domu, do którego wpada bezbronny kos, lub fotografie tych, z którymi rozmawiała. Polityków, demiurgów, artystów, w większości ludzi słabych, kokietujących, powierzchownych. Oriana była od nich silniejsza. Dlatego wygrywała.

Fallaci to także poglądy, nazwijmy je, niefrasobliwe, ale zawsze precyzyjnie, klarownie formułowane. Grzela nie mógł ogołocić profilu pisarki z kontrowersji, Błaszczyk zapewne nie chciałaby tego również, i dlatego spowiada się z kontrowersyjnej prawdy bohaterki, czyniąc to w sposób pełen pasji. „Jestem przeciwko islamowi w tym samym stopniu co przeciwko Watykanowi” – mówi Fallaci. Ma swoje argumenty, jest zbyt pewna siebie, żeby mogła je przeformułować zarówno w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem, jak i polityczną poprawnością. Była ponad to wszystko.

***

Patrząc na przykuwający uwagę, świetnie zaprojektowany, pomarańczowy kostium Ewy Błaszczyk, pomyślałem o jednym zdaniu z „Czerwonej pustyni” Antonioniego, filmu, który, jak sądzę, Fallaci musiała znać i cenić. „Ty mówisz, na co patrzeć, ja – jak mam żyć. To, to samo” – mówiła w nim grana przez Monikę Vitti Giuliana. Spektakl Błaszczyk i Grzeli jest właśnie o tym: horyzont widzenia zawęża perspektywę, pisarz ma życie, ma też wizerunek. To nie to samo. Pomarańcze i granaty…

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz