Józef HEN: Nie opętam się samym sobą

Wiesław Łuka rozmawia z Józefem Henem o świeżości języka literackiego, o relacjach między tym, co ma się w genach, a tym, co się nabywa przez doświadczenia życiowe, o porządkowaniu chaosu w zapiskach, o intuicji i farcie, o przyjaźniach z królem Poniatowskim i Kapuścińskim, o cenzurowaniu komplementów, o sukcesie i wnukach.

Ludzie w podeszłym wieku często boją się bezsennych nocy, tak zwanych nocnych dziur (ja do nich również należę). A Pan swemu wielotomowemu dziennikowi nadał manifestacyjny tytuł: Nie boję się bezsennych nocy? Skąd ta odwaga?

Był okres, że ja także brałem jakieś nasenne tabletki, ale w pewnym momencie się zorientowałem: nie możesz spać, to rób w tym czasie coś pożytecznego; przyjdzie jakaś myśl do głowy, to ją zapisz. Miałem notes przy łóżku i zapisywałem. Wiedziałem, że większość zapisków będzie do wyrzucenia, ale zawsze coś ważnego zostanie. To moje odkrycie okazało się prawdą – że od dawna już nie boję się bezsennych nocy.

Jak dawno temu Pan odkrył tę prawdę?

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Teraz trochę żałuję, że wcześniej tego nie odkryłem. Ale nie tylko chodziło o nocne myśli i nocne notowanie. W latach sześćdziesiątych miałem wiele ciekawych spotkań. Powinienem o nich wtedy więcej zapisywać. Na przykład w Astorii (zakopiańskim domu literatury), czasem coś zanotowałem, ale nie było tego tak dużo, jak w późniejszych latach. W Astorii siedziałem przy stolikach z tak wybitnymi pisarzami, jak Tadeusz Breza, Jan Wiktor, Mirosław Żuławski… Znałem te nazwiska jeszcze sprzed wojny, jeszcze jako gimnazjalista. Było wiele ciekawych rozmów.

Czuło się przy tych stolikach jakieś szczególne fluidy?

To było niezwykle satysfakcjonujące – przebywać w ich towarzystwie. Oni mnie traktowali jako dużo młodszego kolegę, ale z sukcesem. Byłem już po wydaniu pierwszej książki Kijów, Taszkent, Berlin Dzieje włóczęgi (1947) ze wschodniego frontu II wojny światowej. Ten debiut(fr. début), pierwszy występ na scenie, estradzie bądź w... uznano za coś nowego, obiecującego w polskiej literaturze. Dowodem tego były między innymi pełne zachwytu opinie Ksawerego Prószyńskiego, ówczesnego mistrza reportażu. Ja dziś, po siedemdziesięciu latach, nie zachwycam się tą książką, ale wtedy? Przy stoliku w Astorii mówiło się często o polskiej armii generała Andersa walczącej na Zachodzie…

A tu nieoczekiwanie ktoś młody pisze świeży – można powiedzieć – reportaż ze Wschodu…

Prószyńskiemu właśnie podobał się głos ze Wschodu i luminarze polskiej literatury od przed wojny także mnie komplementowali. Dostałem w Astorii miejsce przy stoliku obok jakiegoś, dość nudnego pana, ubranego jak rzemieślnik. Pomyślałem: nieładnie mnie posadzili. Na szczęście dość szybko zauważyłem w spisie gości nazwisko Andrzeja Stawara. Zapytałem panią Mirę (szefową domu literatury) właśnie o niego, uchodzącego wtedy za największy autorytet krytyczno-literacki. Chciałbym go poznać – wyznałem życzenie pani Mirze, a ona: przecież pan koło niego siedzi… Nastąpiło zbliżenie między nami. On wówczas dużo i nie zawsze dobrze pisał o Boyu Żeleńskim; zaanektował go sobie jako krytyk i między innymi po marksistowsku atakował jego niby mieszczańskość. Trudno mi było się z tym pogodzić. Ja już wtedy zachwycałem się autorem Słówek, a początek zachwytów sięgał lat przedwojennych i o tym bardzo dużo gadaliśmy. Stawarowi potem przeszła niechęć do Boya, bo często biegał do niego na Smolną, na herbatkę.

Wróćmy do dzienników pisanych podczas bezsennych nocy… Jakie ciekawe – mogą być także zabawne – wydarzenia, sytuacje opisywał Pan nocną porą?

To nie tak, to jest błędne – nocą zapisywałem w notesie lub na luźnych kartkach, które kładłem przy tapczanie, jakieś myśli na gorąco, by mi nie uciekły w dzień. Wcześniej doświadczałem tego, chciałem pomóc ulotnej pamięci. Zabawne może być to, że moi koledzy, Tadzio Konwicki, czy Adolf Rudnicki pisali swoje niby dzienniki nie kawałkami, lecz tworzyli je jednym ciągiem. Wydali wtedy między innymi: Kalendarz i klepsydrę, czy Krakowskie Przedmieście pełne deserów .

Konwickiego Kalendarz i klepsydrę oraz kolejną Nowy świat i okolice czytałem jednym tchem – zachwycał mnie zwłaszcza jego autoironiczny styl, który w latach osiemdziesiątych był czymś nowym. U Pana znalazłem ostatnio nieco poważniejszy styl, ale równocześnie także głębsze refleksje.

Tamte swoje zapiski, powstające od czasu do czasu, pokazałem Włodzimierzowi Sokorskiemu, ówczesnemu naczelnemu Miesięcznika Literackiego. Oceniłem je: także mam coś nie gorszego od tekstów kolegów. Pokazałem to pod wspólnym tytułem Chaos. A to słowo przyszło mi do głowy po lekturze hebrajskiego Starego Testamentu, z jego pierwszej Księgi Rodzaju.

Znamy: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem , ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód… Potem Bóg oddzielał niebo od ziemi i światłość od ciemności” …itd.

To, co ukazało się w Miesięczniku, przeczytał między innymi Krzysztof Mętrak, już wybijający się młody krytyk literacki. Z zachwytem podpowiedział, by zrobić z tego książkę. Jemu właśnie zawdzięczam ukazanie się pierwszego tomu Nie boję się bezsennych nocy. Gdy tom złożyłem do wydawnictwa Czytelnik, redaktor Klemens Górski powiedział mi: „Wykończył Pan wszystkich…” Ale taka ocena nie przeszkodziła temu, że w wydawnictwie maszynopis leżał od 1983 do 1987 roku. Ciągle spadał z planu. Gdy się wreszcie ukazał w dwudziestotysięcznym nakładzie – rozszedł się prawie „spod lady”. Dostał dobre recenzje nawet w katolickich, PAX-owskich Kierunkach.

Który zapisek chciałby Pan przypomnieć z tego „chaosu”?

W 1956 roku już się zaczynała odwilż także w Związku Sowieckim po słynnym zjeździe KPZR i przemówieniu Nikity Chruszczowa. Zostałem wysłany do Moskwy – jako redaktor tygodnika Świat – z okazji wizyty Józefa Bros Tity. Na bankiecie na cześć przywódcy Jugosławii znalazłem się wraz z Janem Edmundem Osmańczykiem przypadkowo blisko Chruszczowa, przy stole z przekąskami. Do stołu podszedł jakiś amerykański farmer z córką i zaczął komplementować obejrzane właśnie sowchozy – zobaczył w nich nowoczesne uprawy i technikę rolniczą. Nikita Siergiejewicz zapytał retorycznie: Wam panrawiłoś? (Panu podobało się?). Za chwilę Chruszczow zaproponował: Wypijmy więc bruderszaft… Wypili. Przy pierwszym sekretarzu stał niezbyt aktywny tłumacz, więc ja mu trochę pomogłem. Córka farmera (bardzo ładna blondynka) chciała zrobić przywódcy kraju i swemu ojcu wspólne zdjęcie, bo reprezentowała dwa amerykańskie periodyki – Life i Time (ja się potem z nią zaprzyjaźniłem). Poinformowałem Chruszczowa, że fotoreporterka chce go sfotografować. Usłyszeliśmy: Proszę bardzo. Tymczasem ona ze skargą: Ale w szatni odebrali mi do przechowalni aparat. Nikita Siergiejewicz: Ooo…, na to ja już nie mogę nic poradzić… Ja do niej: Liza, idź do szatni i powiedz, że towarzysz Chruszczow kazał zwrócić aparat… Poszła i wróciła z aparatem; nikt nie śmiał zapytać, czy to prawda, że Chruszczow wydał polecenie. Do wspólnego zdjęcia ja też stanąłem i ono potem ukazało się jako rarytas także w naszym tygodniku Świat.

Wyznał Pan w jednym z grubo późniejszych zapisków: Chodziło mi po głowie opowiadanie o człowieku, który szyje sobie czarny garnitur „na swój wielki dzień”; oczywiście, nie na ślub, a wręcz przeciwnie… na dzień odejścia. Przyznał Pan, że z okazji 60-tej rocznicy wybuchu powstania w warszawskim getcie uszył Pan czarny garnitur, więc pytam: a opowiadanie powstało?

Nie powstało, ale czasem powstają pokrewne, na przykład to pod tytułem: Długa chyża łódź z ostatniego tomu opowiadań. Napisałem je kilka tygodni po śmierci mojej żony. Rzecz dzieje się wśród Papuasów. Szamanowi plemienia umiera ukochana żona. On się nią, w jej chorobie, niezwykle troskliwie opiekował, a ona powoli traciła poczucie rzeczywistości. Gdy ludzie z naszej kamienicy przeczytali to opowiadanie niby z kraju Papuasów, to podobno płakali. Wszyscy kojarzyli żonę szamana z moją Renatką. Ona nie chorowała na Alzheimera, lecz gasła na uwiąd starczy z powodu silnej miażdżycy. Wzruszył się również Jurek Pomianowski (wtedy już 95-letni pan), dzwonił do mnie i słyszałem łamiący się jego głos. Moja żona miała przed śmiercią takie chwile, kiedy pytała mnie: „Czy Pan wie, czyją ja jestem córką?… Jestem córką Józefa Hena, to taki literat… dobry literat, dostał nagrodę”… Innym razem mówiła: „Ty nie jesteś moim tatą, bo mój tata chodził w kapeluszu, a ty chodzisz bez kapelusza…”. Okazuje się, że często bezsenne noce rodzą najbardziej współczesną literaturę.

Za bohaterem książki Ja, Michał z Montaigne, francuskim pisarzem, filozofem i politykiem powtarza Pan jego myśl: „Maluję siebie, jaki jestem w tej chwili…”. Moje pytanie: jaki obraz siebie maluje Pan w tej chwili, prawie w połowie dziesiątej dekady życia?

Trzeba dodać do cytowanej przez pana myśli Montaigne’a jeszcze jedno jego zdanie: „Bo za godzinę mogę myśleć inaczej”. Muszę powiedzieć, że – może ku pana rozczarowaniu – ja się nad tym moim obrazem specjalnie nie zastanawiam. Ale nie jest u mnie tak, że mam pretensję do losu, że niby jestem zły, że to życie tak szybko ucieka, a ja chcę jeszcze pożyć dzień, tydzień, miesiąc i dłużej, bo mam jeszcze tyle do zrobienia… Niektórzy mówią mi, że jestem skromny, a ja nie jestem skromny, tylko normalny – jestem trzeźwo myślące stworzenie. Nie mogę się dać opętać samym sobą – udawać, że kto to ja nie jestem. Często krępują mnie słyszane od różnych ludzi nadmierne komplementy pod moim adresem. Wiele razy słyszałem pochwały Konwickiego, czy największego wykształciucha, Władysława Kopalińskiego. Nie chwaliłem się nimi i nie chwalę – przeciwnie, ja je przeważnie mocno cenzuruję.

Pana prawie rówieśnica, wybitna poetka, Julia Hartwig wyznaje ze spokojem w jednym z wywiadów: „Jestem na odchodnem”. Pan również imponuje podobnym spokojem i dystansem do rzeczywistości. Czy te cechy osobowościowe przynosi się na świat w genach, czy można je „wyćwiczyć’?

Tu zachodzą skomplikowane relacje – do tego, co człowiek ma w genach dochodzi bogactwo nabieranego w życiu doświadczenia. Zanim trafiłem podczas wojny do wojska polskiego, zostałem wcielony do Armii Czerwonej, z której nota bene uciekłem. Zanim jednak uciekłem, zdarzyło się w którymś momencie, że leżałem na froncie w mroźny czas na śniegu. Umierałem z zimna. Myślałem tylko o matce, która gdzieś żyła po niemieckiej stronie frontu. Żałowałem, że ona nigdy się nie dowie, gdzie i jak zginąłem. Rozpamiętywałem to fatalistycznie, a dość szybko się okazało, że śmierć nie jest mi jeszcze pisana. Teraz też wiem, że odejdę i będzie koniec; mam jednak nadzieję, że zdołam jeszcze to i owo zrobić. Myślę przede wszystkim, że jestem potrzeby moim dzieciom i wnukom. Kiedyś zapytał mnie jakiś uczestnik spotkania literackiego, czy nie zamierzam pójść na odpoczynek do domu opieki. Odpowiedziałem: Może bym i poszedł, ale kto się będzie opiekował moimi utalentowanymi dziećmi i wnukami już z doktoratami na uniwersytetach w USA i we Włoszech?.

No, to zanim podsumujemy życie i dorobek literacki Mistrza – porozmawiajmy jeszcze o latach Jego aktywności. W licznych opisach w dziennikach i paradokumentalnych książkach o przejściach w Europie Wschodniej oraz Azji Środkowej pojawia się nie tak rzadko słowo intuicja, która ratowała Pana w bardzo trudnych sytuacjach – poczynając od ucieczki z Warszawy (listopad 1939) na Wschód, na razie do Białegostoku. Jaka była rola intuicji i jak z jej podszeptów należy korzystać?

Jako szesnastolatek, w pierwszych miesiącach wojny, nie kierowałem się intuicją, tylko jednym, zasadniczym postanowieniem: nigdy nie znajdę się po niemieckiej stronie. To przekonanie mnie ratowało; uciekałem na Wschód. Czy to można nazwać intuicją?

Przechodził pan koło Niemców w Warszawie, w pierwszych tygodniach okupacji, dosłownie otarł się pan o nich i intuicja Panu podpowiedziała: tylko nie okaż strachu…

Nie wiem – to jest raczej psychologia. Ktoś się boi, to jego strach zwraca uwagę strony przeciwnej, od której płynie niebezpieczeństwo. Wtedy, w listopadzie znalazłem się w wąskiej strefie – można powiedzieć – niczyjej ziemi, między okupantami, niemieckim i sowieckim. Chciałem przejść na stronę sowiecką i przeszedłem tylko dlatego, że nie miałem w kieszeni dwóch złotych za nocleg w chacie jakiejś kresowej wsi. Gospodyni wyrzuciła mnie z chaty. Przeszedłem niedaleko do innej chaty, gdzie przenocowałem za darmo. To mnie uratowało, bo chata, z której mnie wypędzono, dostała się wkrótce w ręce niemieckie. Stamtąd na pewno bym trafił z powrotem do Warszawy, a potem do getta i do Treblinki. Zaś chata mego noclegu została po sowieckiej stronie, skąd uciekałem dalej na Wschód: bez grosza i jakichkolwiek dokumentów. Temu, kto mnie przemycał opłaciłem się marynarką, choć on chciał zedrzeć ze mnie całkiem przyzwoite palto. To były znaki dane mi akurat w dniu moich urodzin. One prowadziły mnie do dalszego życia, sygnalizowały, że będę żył.

Brak dwóch złotych uratował Panu życie na jesieni 1939 roku?

Ale nie przypominam sobie, żebym to nazywał intuicją. To można raczej nazwać fartem i psychologią. Fart też nam towarzyszył, kiedy uciekliśmy z Edkiem Midlerem z batalionu pracy Armii Czerwonej i znaleźliśmy się w następnym roku pod Taszkentem w Uzbekistanie. Gdzieś blisko granicy z Iranem chcieliśmy wstąpić do armii Andersa. Udało mi się przebrnąć przez kontrolę wojskową dzięki paszportowi Edka, bo ja nie miałem żadnego papieru. Polak kapral przepuścił mnie na prośbę Edka: „Ja kolegi nie zostawię samotnego” – powiedział Edek kapralowi. A kapral zdecydował: „Dobra jest, to ja was obu dopiszę do grupy Andersa”. Tu może zadziałała intuicja, bo ja podpowiedziałem Edkowi, jak ma rozmawiać z kapralem.

Jednak nie udało się Panu dostać do wymarzonej armii Andresa.

Bo zobaczyli, że jestem obrzezany, a limit Żydów w tamtym wojsku już został wyczerpany. Na otarcie łez dostałem mundur polskiej armii – wszystko pięknie na mnie leżało, tylko furażerka nie miała polskiego orzełka. To wszystko opisałem w książce Nikt nie woła. Podsumuję to następująco: kiedy miałem 18 – 19 lat byłem mądrym psychologiem, a potem chyba zacząłem głupieć.

Ta puenta to dobry przykład autoironii. Ja natomiast nie znalazłem żadnej głupoty w twórczości Mistrza… Jesteśmy przy kolejnym, już czwartym tomie dziennika. Dostał on nowy tytuł: Dziennik na nowy wiek. Czy w atmosferze już demokratycznej Polski, w latach dziewięćdziesiątych, bez cenzury inaczej się pisało?

Tadzio Konwicki powiedział mi kiedyś, jeszcze za PRL-u: „Ty piszesz tak, jakby nie było cenzury”. A ja mu: „Bo tak trzeba”. Oczywiście, cenzura robiła swoje – spowodowała, że trzy opowiadania musiałem wydrukować w paryskiej Kulturze. A w kraju, po 1968 roku, było złe nie to, co pisałem, ale ja byłem zły. Chętnie by mnie widziano udającego się na emigrację, starającego się o paszport w jedną stronę. Książka Nikt nie woła czekała na wydrukowanie 33 lata. Jednak dziś ja nie narzekam. W nowym tomie Dziennika pisałem między innymi, jak powstawała książka Mój przyjaciel król i dwie inne pozycje.

Tę opowieść królu Stanisławie Auguście czytałem przed laty prawie jak reportaż historyczny. Zrobiła ona w kraju duży, pozytywny szum krytyczno-historyczno-literacki. Król nie miał dotąd najlepszych ocen historyków. Panu udało się ocieplić wizerunek ostatniego władcy Rzeczpospolitej Obojga Narodów.

Protestuję, ja nikogo nie ocieplałem, ja pisałem prawdę. Król Stanisław August padł ofiarą oszczerstw, a te były potrzebne niektórym magnatom i nie tylko im do budowania obrazu państwa, które – trzeba to podkreślić grubą linią – straciło niepodległość już kilkadziesiąt lat wcześniej przed trzecim rozbiorem. W roku 1717, po tak zwanym sejmie niemym w Grodnie, Rzeczpospolita straciła swoją państwowość na rzecz Rosji. A niepodległość straciła w 1795 roku. Po sejmie niemym każde próby reform kraju musiały być konsultowane i uzgadniane w Petersburgu, więc miały marne szanse realizacji; padały. Poniatowski podejmował takie próby reform, a magnateria je „uwalała”. Przykład najbardziej wymowny – szlachta nie chciała walczyć o uratowanie Konstytucji 3 Maja i zawiązała konfederację w Targowicy. Nie chciała także walczyć pod wodzą Tadeusza Kościuszki. On miał chłopską armię liczącą… 20 tysięcy ludzi. Co z taką garstką kosynierów mógł zdziałać? Króla też zmuszono do podpisania Targowicy. Prymas i biskupi również ją poparli. Władcę obwołano zdrajcą. Później, przez wiele lat niewoli rozbiorowej sławiono niby pobożny naród, niby najlepszy w całej Europie. A wówczas naród – to magnaci i szlachta. Oni byli winni upadkowi Rzeczpospolitej…

A z ambon i gdzie się dało, głoszono, że byli bez winy, bo ratowali polską wolnośćMistrz napisał tę wybitną książkę na podstawie dokumentów źródłowych i licznych lektur…

Od dzieciństwa rozmyślałem o ostatnim wieku naszej, przedrozbiorowej historii. Nie wszystko mi się w niej zgadzało. Czułem, że tu jest coś nie w porządku z tym królem i z tą naszą szlachecką mentalnością. Gdy książka się ukazała, Tadeusz Mazowiecki na schodach sejmowych rzucił mi się w ramiona z okrzykiem: „Wspaniała książka historyczna!”. Redaktor Mieczysław Rakowski nazwał ją „Dziedzictwem na nowy wiek”. Natomiast Adam Michnik przekazał mi opinię Jana Nowaka Jeziorańskiego: „Jestem szczęśliwy, że dożyłem takiej książki”. Były dyrektor Radia Wolna Europa uważał, że król Stanisław August i Piłsudski, to dwaj mężowie stanu ostatnich 300 lat. Nawiasem mówiąc – Jeziorański został pochowany, za zgodą prymasa Józefa Glempa, w trumnie wcześniej przygotowanej dla prochów podobno Stanisława Augusta, które przywieziono do kraju.

Przyznał Pan kiedyś, że bliska Mu była forma reportażu jako gatunku literatury faktu. Przygotowywał Pan książkę, właśnie reporterską, o Izraelu; dlaczego nie powstała?

Zbierałem do niej materiały jeszcze przed słyną wojną izraelsko – arabską 1967 roku. W Izraelu odwiedziłem Matkę i siostrę w 1963 roku, odbyłem tam wówczas kilka spotkań autorskich, zarobiłem trochę pieniędzy i mogłem pojeździć po kraju. Był on wtedy, jeszcze w swoich pionierskich latach, bardzo biedny. Święte miejsce Żydów, Ściana Płaczu należała jeszcze do Jordanii. Pieniądze amerykańskich Żydów napłynęły tam dopiero właśnie po wojnie 1967 roku; zaczął się szybki rozwój kraju. Dla mnie pewnym zaskoczeniem było wówczas to, że na spotkaniach autorskich przeważał język polski. Książka reporterska miała się ukazać w wydawnictwie Pedron. Zapowiedziałem jego szefowi, że będzie to utwór krytyczny. Odpowiedział, że chce takiej książki. Przywiozłem zebrane materiały do Warszawy i usłyszałem na początku 1964 roku: „Nie ma mowy o żadnej książce”.

Co Pana pociąga w reportażu jako gatunku literackim?

Prawda opisywanej rzeczywistości i bohaterów. Ludzie chcą czytać z poczuciem, że ten facet opowiada prawdę. Zdarzało się, że musiałem zmieniać nazwiska opowiadających mi coś ciekawego rozmówców, bo to, co od nich słyszałem, mogłoby ich, a także mnie, zaprowadzić do prokuratora.

W Dzienniku na nowy wiek zobaczyłem wspólne zdjęcie trzech pisarzy w przyjacielskim nastroju: Konwickiego, Kapuścińskiego i Hena. Mówimy o prawdzie reportażu, a Kapuścińskiemu, arcymistrzowi tego gatunku, wytknięto rozmaite zmyślenia. Co Pan o tym sądzi?

Wolałbym, żeby mój przyjaciel Ryszard tego nie robił. Jeśli coś zmyślił, powinien to zaznaczyć – że to fikcja literacka. Warto natomiast w tym miejscu przypomnieć Melchiora Wańkowicza, który przyznał, że bohaterowie jego książek byli często kompilacją kilku realnych osób, czyli Melchior też uprawiał fikcję.

Słyszymy obecnie narzekania, by nie powiedzieć lamenty, na temat stanu naszej literatury oraz katastrofalnego poziomu czytelnictwa. To, że ludzie nie czytają, to fakt potwierdzony badaniami, ale jednak ukazują się, jak nigdy przedtem, setki ciekawych i pięknych edytorsko książek. Czy Mistrz, nestor prozy polskiej, przyłącza się do narzekających?

Nie mogę się autorytatywnie wypowiadać, bo już prawie nie czytam tego, co się ukazuje. Także nie sądzę, by mnie czytano. Jedno zauważam i to mnie uderza: wśród ulubionych, nowych książek brakuje pozycji historycznych prezentujących wielkich bohaterów i myślicieli przeszłości; na przykład autorytetów epoki oświecenia. Nasi młodzi autorzy umieją układać zdania, ale widać, że niewiele mają do powiedzenia. Pytam: czy interesuje ich między innymi moralny wymiar literatury? – tego nie wiem. Wiem natomiast, że interesuje ich przede wszystkim osiągnięcie sukcesu, pogoń za nim.

A Mistrza nie pytają na spotkaniach literackich o Jego poczucie sukcesu?

Pytają, więc im odpowiadam: największym sukcesem chłopca z Nowolipia było to, że on, ten szczeniak, wyróżniał się umiejętnością pisania i nie był z tego powodu zbyt dumny i zarozumiały. Mam satysfakcję, że ten szczeniak nie był dzięki temu znienawidzony przez kolegów z kamienicy; oni wyróżniali się zdolnościami matematycznymi. Oni nawet byli dumni, że mają dziewięcioletniego kolegę piszącego tak, że pani od polskiego czytała jego streszczenie jakiejś czytanki na głos przed całą klasą. A teraz powiem panu, co uważam za najnowszy sukces: moja wnuczka Ewa wczoraj do mnie zadzwoniła z Kanady, z Ontario i zapytała: „Jak się dziadek czuje”? A do swojej matki, mojej córki powiedziała: „Zadzwoniłam, bo miałam taką potrzebę”.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Wiesław Łuka

[Wywiad nieautoryzowany]

Dodaj komentarz