Bat na naszą szkapę

o „Klątwie” Firljicia po raz drugi pisze Tomasz Domagałą na swoim blogu (DOMAGALAsieDIALOGU cz. VII)

W słynnej „Klątwie” Friljicia, którą obejrzałem po ośmiu miesiącach, mając w pamięci tych kilka „aktów”, jakie dopisała spektaklowi rzeczywistość, uderza mnie kilka rzeczy. Postaram się je rzeczowo przedstawić w punktach. Będę się przy tym starał trzymać z dala od polityki, choć nie wiem, czy ona odwdzięczy mi się tym samym.

Po pierwsze, co chyba naturalne w sytuacji ostrego sprzeciwu części społeczeństwa, spektakl w swoim nurcie autotematycznym nabrał goryczy i stał się dużo bardziej prawdziwy. Przykładem monolog Barbary Wysockiej, w którym, w dużym uproszczeniu, wyrzuca ona Frijliciowi, że zrobił kontrowersyjne przedstawienie i uciekł za granicę zarabiać pieniądze, a ona się boi, bo musi się zmierzyć tu, na miejscu, z jego przeciwnikami. W lutym (oglądałem drugie przedstawienie po premierze) był to tylko czysto teatralny gest, gdyż wtedy jeszcze żadnego realnego zagrożenia nie było. Dziś sytuacja jednak wygląda inaczej. Wystarczyło spojrzeć na widownię, po której przez cały czas trwania spektaklu przechadzali się dyskretnie panowie z ochrony.

Po drugie, widać, że granie tego spektaklu to dziś dla aktorów dużo większy koszt. Świadczy o tym dobitnie ciężkie westchnienie Julii Wyszyńskiej przed rozpoczęciem legendarnej już sceny fellatia. Koszt większy, ale i odwaga cenniejsza. Poprzez trwanie przy swoim bez względu na cenę zespół Powszechnego wzmacnia swój kontrowersyjny dla wielu przekaz, konsekwentnie realizując na scenie zalecenia reżysera. Ani mniej, ani więcej, a jednak wszystko wydaje się bardziej klarowne. We wczorajszym spektaklu uderzała kliniczna wręcz precyzja aktorskich wypowiedzi. Każda z postaci pilnowała, żeby to, co chce powiedzieć było dobrze zrozumiane. Przykładem wspomniany już monolog Barbary Wysockiej czy streszczenie pierwszej części spektaklu przez Arkadiusza Brykalskiego, który dobitnie podkreślał, że w scenie „fellatia”, bohaterem jest „gipsowa figura przypominająca papieża”.

Gdy się ogląda spektakl drugi raz, bez towarzyszących pierwszej odsłonie wypieków na twarzy, zaskakuje symbiotyczna wprost relacja spektaklu Friljicia z „Klątwą” Stanisława Wyspiańskiego. Zauważyłem, że nie ma ani jednej sceny w spektaklu, która nie miałaby źródła w wątkach kontrowersyjnego dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... Wyspiańskiego. Każda z postaci sztuki ma swoje sceniczne, przetworzone w stylu reżysera alter ego i takąż historię. W efekcie spektakl jest – mimo pewnej „histeryczności” – spójny i konsekwentny. Do tego dochodzi kilka różnorodnych konwencji, które ujmują tę teatralną opowieść w swoiste cudzysłowy (m.in. konwencja teatru Brechta(1898-1956) niemiecki poeta, prozaik, dramaturg i inscenizat..., „allenowski” autotematyzm Frijlicia, polityczny stand-up). Dzięki temu sprytnemu zabiegowi reżyser będzie miał zawsze czyste ręce. Pomyślałem, że jeśli czytać „Klątwę” jako spektakl o tym, jak – parafrazując sceniczny język reżysera – „kościół katolicki dyma nas od tyłu, jednocześnie dając nam ulubione cukierki”, to w sensie teatralnym chorwacki reżyser robi to samo. Jak się z tym czuję? Nie wiem. To nowe odkrycie w mojej relacji z „Klątwą”.

Na koniec chciałbym podzielić się refleksją na temat adresata spektaklu. Po wczorajszym przedstawieniu jestem już prawie pewien, że nigdy nie było ono adresowane do Polaków en masse, lecz raczej do polskich środowisk bliskich ideowo Friljiciowi. Można je różnie określać –  jako środowiska lewicy, teatru krytycznego, kultury niepodległej czy kultury w ogóle. Nazwa nie ma tu znaczenia, gdyż na skutek coraz bardziej niepokojących działań obecnej władzy, wszystkie one mieszają się ze sobą. Tak więc Frijlic – samozwańczy członek jednoosobowego teatralnego ISIS, przyjechał do Polski i zrozumiał, że w tym kraju walczyć z jakąkolwiek autorytarną władzą w sztuce nie ma komu. Postanowił więc wrzucić granat do własnego pokoju. Obnażył tym samym brak wiarygodnej i skutecznej odpowiedzi artystycznej (nie mówię o rzeczywistych inicjatywach wspólnoty ludzi kultury) środowiska na działania władzy oraz jego słabość – zarówno tę wewnętrzną, jak i tę do wygodnego życia, pozbawionego problemów. Bez względu na ocenę Klątwy” cel swój Friljić osiągnął. Coś się po Klątwie” w polskim teatrze skończyło. Kolejne przedstawienia w samym Powszechnym są na to dowodem, niby takie same, ale jakieś inne. Według jednych prostacki i chamski, według innych – wspaniały i cudowny zagraniczny „woźnica” Friljić strzelił gnuśną i ospałą szkapę polskiej kultury mocno z bicza. Ruszyliśmy z kopyta naprzód, mało nie wypadając z wozu. Dokąd? Dobre pytanie, zwłaszcza gdy przy tym trzeba się jeszcze jakoś na tym wozie utrzymać…

Dodaj komentarz