Z fotela Maciejewskiego: INNEGO ŻYCIA NIE BĘDZIE

LEKCJE MIŁOŚCI w reżyserii RAFAŁA SABARY w Teatrze TV:

Mój ukochany reżyser, Andrzej Barański, powiedział mi parę dni temu: „Niech pan koniecznie obejrzy „Lekcje miłości” w Teatrze Telewizji, jak one grają!”. Zobaczyłem, wszystko potwierdzam. One: czyli Ewa Dałkowska i Edyta Jungowska. Grają fenomenalnie.

W sztuce „Lekcje miłości” Iriny Waśkowskiej, uczennicy Nikołaja Kolady, wspaniale przetłumaczonej przez Agnieszkę Lubomirę Piotrowską i wyreżyserowanej pewną ręką przez utalentowanego przybysza ze świata teatru – Rafała Sabarę, postaci są tylko dwie: matka i córka. A pomiędzy nimi cały kosmos przeczuć, domysłów, złości, agresji, autoagresji – i na samym końcu: wielkiej miłości, wielkiego uzależniania.

Nic nowego pod słońcem. Ile było już podobnych spektakli, etiud, filmów, od „Sonaty jesiennej” Bergmana po poruszającą „Niewdzięczność” Zbigniewa Kamińskiego z rolą życia Beaty Tyszkiewicz. Relacja matki i córki, zwłaszcza jeżeli ta córka nie opuszcza domu, zostaje w nim, a z czasem dziwaczeje i fiksuje, to konglomerat sprzecznych uczuć. Obłędny strach przed otworzeniem i zamknięciem drzwi, duchota miejsca, wspólnej przestrzeni, i graniczące z pewnością przeczucie, że zawsze w końcu zostanie już tylko matka. Matkę – również z czasem tylko tę symboliczną – w tym samym stopniu kocha się i nienawidzi. Uzależnienie jest toksyczne, matka zapewnia parasol ochronny, można się jej wyspowiadać, pogadać, ale wzajemne relacje to także zniecierpliwienie, złość, paranoja. W „Lekcjach miłości” emocje są tak nabrzmiałe, że za chwilę mogą eksplodować.

Gdzieś w tle widać znaną dobrze z rosyjskiej tradycji literackiej, ale i ze współczesnych reportaży czy doniesień prasowych chorobliwą, mentalną i materialną, „ruską” biedę. Niedomykająca się lodówka, tekturowe pudła, w których ciągle zbiera się coś na czarną godzinę, na wojnę albo na czas pokoju. Dawno temu zmurszała mąka również metaforyzuje się w murszejące życie dwóch kobiet z rytuałem słuchania wiadomości, z robakami łażącymi to tu, to tam, z niedopitą herbatą i napoczętym bimbrem. Oraz z torcikiem, na który nie było nas przecież stać. Zatruta, zła słodycz.

Cała akcja(łac. actio = działanie) ciąg zdarzeń w utworze dramatyc... „Lekcji miłości” to jeden wieczór czekania na kolejnego absztyfikanta Łarisy (Jungowska), torpedowany zdroworozsądkowymi, ale i okrutnymi ripostami jej matki (Dałkowska). Podczas gdy na pierwszym planie chodzi tylko o samca, w tle jałowieją dwa smutne życia. Wieczne niespełnienie, toksyczne drżenia.

Jungowska ma osobowość. Stworzyła niegdyś niepodrabialny, autorski styl, w którym pobudzenie osobowościowe jej bohaterek równoważy się z otępieniem, rodzajem stuporu, do którego nikt nie ma dostępu, nawet one same. Jej Łarisa w „Lekcjach miłości” nie może znaleźć sobie miejsca. Ciągle w ruchu, w niepokoju, afektowana i bezradna. Nie może pogodzić się z tym, że to już wszystko, tylko tyle dostała. Tylko to biedne, spracowane życie, cuchnące tanimi dezodorantami i czkającymi facetami w barze, pod stałą, chociaż głównie milczącą kuratelą matki. Znakomita partia aktorska.

Z kolei Ewa Dałkowska w „Lekcjach miłości” to aktorstwo pewności każdego gestu, słowa. Patrząc na Dałkowską, miałem w głowie te wszystkie matki z filmowego czy teatralnego świata. Ich siwe włosy, drżące dłonie, zmatowiałe oczy, wyciągnięte swetry. Matki z Witkacego i z Dolana. Matka ze spektaklu Sabary też ma złachany pulower, biedną bluzkę w paski, jakieś byle narzucone na byle jakim grzbiecie. Wiele lat temu włożyła też na siebie maskę obojętności, nie zdejmie jej nigdy. Wbija sztylety w serce Łarisy, bo i jej takie sztylety wbijano. I tak tkwią na zawsze razem. Przy tym stole z narzuconą na bakier ceratą, z wielkimi tekturowymi pudłami, w wiecznym nieładzie którego nie uda się posprzątać. Bo ów nieład to jest życie. Innego nie będzie. Innej miłości również nie.

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz