Addio…

O Wiesławie Michnikowskim pisze na swoim blogu http://takinawyk.dziennikarzerp.org.pl/addio/ Tomasz Miłkowski:

Pożegnanie nastąpiło już wcześniej. Wiesław Michnikowski (3 czerwca 1922-29 września 2017), bez fleszów i uroczystych akademii obchodził niedawno swoje 95. urodziny, ale z kręgu reflektorów scenicznych usunął się sam dużo wcześniej.

Propozycje, jakie otrzymywał, już go nie satysfakcjonowały. Ostatnią znaczącą rolę teatralną zagrał tuż przed przejściem na emeryturę w „Tangu” w reżyserii Macieja Englerta (1997) na deskach Teatru Współczesnego, z którym związany był przez 33 sezony. Erwin Axer, założyciel i wieloletni dyrektor tej sceny uważał Michnikowskiego za aktora wszechstronnego, który potrafi zagrać w komedii i tragedii, zawsze zwracając na siebie uwagę. Miał go za specjalistę od rol Mrożkowskich – to właśnie w „Tangu” przed laty, w reżyserii Axera(1917-2012), reżyser teatralny, wieloletni dyrektor (a uprz... (1965), zagrał zbuntowanego Artura. Po latach już tej roli zagrać nie mógł, czas robi swoje, tym razem wystąpił w roli najstarszego w obsadzie, czyli wuja Eugeniusza. „Wygryzł mnie z Artura Piotr Adamczyk”, żartobliwie komentował tę zmianę ról.

To było ważne przedstawienie, świetnie grane, wywierające bardzo silne wrażenie na publiczności – to było „Tango” nowych czasów, które otwierały się po transformacji ustrojowej. Ale sam Michnikowski nie uważał się za aktora Mrożkowskiego, bywało też, że bronił się przed rolami z jego sztuk, nie zawsze przekonany, czy jest aktorem dla niego. Wolał role poważne, bliskie tragedii, jak choćby rola Gogo w przedstawieniu „Czekając na Godota” w reżyserii Macieja Prusa (1971). Na końcu jednak grał Mrożka, nawet w „Krawcu”, w którym już nie miał wystąpić, ale potem nagłe zastępstwo sprawiało, że jednak zagrał.

Nie wszystkie te Mrożkowskie role zapisały się jako sukces. Najwięcej wątpliwości recenzentów (i moich) wzbudziła prapremiera „Emigrantów”, w których Michnikowskiemu (w roli AA) partnerował Mieczysław Czechowicz (w roli XX), w reżyserii Jerzego Kreczmara. Najwyraźniej reżyser poszedł tym razem po linii najmniejszego oporu, nawiązując do kabaretowych sukcesów duetu Michnikowski-Czechowicz. Któż nie pamięta ich przesławnych „Tanich drani” z Kabaretu Starszych Panów, którzy budzili powszechny zachwyt. Jednak kabaretowa zasada w ogóle nie pasowała do „Emigrantów”. Najwyraźniej reżyser nie dostrzegł potencjału tragicznego tej wybitnej sztuki Mrożka (ani tragicznego potencjału aktora) i dlatego ani spektakl, ani ta rola nie mogła się Michnikowskiemu udać.

Ale to doprawdy wyjątek potwierdzający regułę. A regułą u Michnikowskiego był sukces. Zawsze przygotowany, z „naczytaną” rolą, dokładny, budził szacunek swoim rzemiosłem. Doceniali to w pełni widzowie i recenzenci, zachwyceni jego rolą Podkolesina w Gogolowskim „Ożenku” w reżyserii Ewy Bonackiej (1976). To był spektakl telewizyjny, często potem powtarzany i uważany za klasyka klasyków. Wszystkie pieniądze można oddać za scenę, w której Koczkariew, grany przez Czesława Wołłejkę, usiłuje wywabić Pokolesina z pieleszy domowych i przywlec do kandydatki na żonę w konkury. Wydawało się, że zainteresowany panną i przekonany do tej eskapady Podkolesin wreszcie zbierze się w sobie i ruszy do potencjalnej wybranki. Kiedy jednak wszystko wskazuje na to, że tak się stanie, stary kawaler poczyna mnożyć wątpliwości, Michnikowski jako Podkolesin miesi się w sobie, serią obojętnych i umęczonych min daje do zrozumienia, że nie jest gotów, opiera się, marudzi, zamęcza na śmierć swoją ślamazarnością i niezdolnością do podjęcia decyzji. Koczkariew w energicznym wcieleniu Wołłejki bliski jest samobójstwu, lata jak bąk wokół Podkolesina, a ten tkwi jęczący jak kołek albo drzazga w stopie w jednym miejscu, ospały i znudzony. To pokaz najwyższego mistrzostwa komediowego w wykonaniu obu wspaniałych partnerów.

Wiesław Michnikowski nie przypuszczał, że prawdziwą sławę, ba!, nieśmiertelność przyniosą mu piosenki kabaretowe, choć z kabaretami rozmaitymi związany był niemal całe życie, od Wagabundy, przez Kabaret Starszych Panów po Dudka, w którym błyszczał w porywającym przedwojennym skeczu „Sęk” Konrada Toma. „Taki skecz trafia się raz na sto lat” – powtarzał Dziewoński, który razem z Michnikowskim dali tym skeczem prawdziwy popis kabaretowej maestrii – i tym razem Michnikowski (tak jak w „Ożenku”) dał pokaz krańcowej ślamazarności i nader powolnego kojarzenia faktów. Jego Kuba Goldberg tak umęczył swego rozmówcę, że na koniec Beniek Rapaport gotów mu był sprzedać las, tartak, a psa oddać mu za darmo. Publiczność niezmiennie umierała ze śmiechu na tym skeczu, skręcając się konwulsyjnie przed radioodbiornikami, kiedy tylko słychać było jego powtórkę.

Cudowne piosenki Michnikowskiego, jego „Addio pomidory” czy „Odrobinę mężczyzny na co dzień” pozostaną nie tylko w historii, ale w żywym obiegu. Chociaż sam Michnikowski nie bardzo te pomidory lubił, to jednak stworzył z nich kabaretowe arcydzieło. Ale wolał inną piosenkę Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego („Inwokację”):

Bez ciebie jestem

tak smutny

jak kondukt w deszczu pod wiatr

Bez ciebie jestem wyzuty

z ochoty całej na świat.

W roku 2003 Wiesław Michnikowski odbierał na scenie Teatru Narodowego Złote Spinki – nagrodę ufundowaną przez telewizyjną Dwójkę i redakcję „Tele Tygodnia” za tak zwany całokształt (a było za co). Były owacje na stojąco, kwiaty, mowy, ale Wiesław Michnikowski w złotych spinkach nie chodził. W ogóle coraz rzadziej bywał.

„Szczerze Pani powiem – zwierzał się Teresie Gałczyńskiej na łamach „Tele Tygodnia” – że nie wytrzymuję już imprez, na których jest tłum ludzi. Męczy mnie to, więc ich unikam. Nie przepadam też za spacerami, najlepiej czuję się w domu. Czasami wychodzę tylko na balkon.

– Ale zachował Pan pogodę ducha…

– Można to tak nazwać. Staram się uśmiechać, chociaż jestem już mocno przeterminowany”.

„Tani drań” schował się przed widzami, ale nie obraził, czasem wychodził, aby pogadać głosem papy Smurfa.

To wtedy krążyła po Warszawie taka anegdota: Michnikowski wbrew swym zwyczajom miał się pojawić na jakieś imprezie, chyba to była wystawa jego syna rzeźbiarza. Wernisażowy tłumek już narastał, pan Wiesław był na miejscu, kiedy wpadł na salę zziajany paparazzi i wrzasnął na cały głos: „Który to Michnikowski”?

No cóż, miał na niego zlecenie.

Addio…

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz