Z fotela Maciejewskiego: FARSA JAK TA LA LA

POMOC DOMOWA w reżyserii Krystyny Jandy w Och-teatrze:

Czasami chodzi o uśmiech. Uśmiech – naprawdę ważna rzecz. Podczas oglądania „Pomocy domowej” Marka Camolettiego śmiałem się głośno: nie towarzyszyły temu wcale gogolowskie pytania („z kogo się śmiejecie”), nie było także ukąszeń heglowskich i dylematów szekspirowskich. Śmiech, po prostu, śmiech – wynikający z akcji przedstawienia, z kalamburów słownych, z aktorstwa sytuującego się równo o krok od tego, co byłoby już nadmiarem w złym guście, ale nigdy tego kroku niestawiającego. Jednym słowem: czysta radość w środku pesymistycznej polskiej jesieni. Taki spektakl to jak pastylka optymizmu, przyjemny – chociaż chwilowy – znieczulacz.

Farsa, a „Pomoc domowa” to dosyć typowa farsa, opiera się na kilku sztywnych zasadach. W warstwie narracyjnej oglądamy świat w mocno przekrzywionym zwierciadle. Nie warto, a nawet nie wolno doszukiwać się tutaj logiki postępowania bohaterów, głębi psychologicznej, czy sumy przyczynowo-skutkowej. Farsy tego nie wytrzymują. Zamiast postaci – zabawne karykatury, w miejsce psychologicznej głębi – głąby, czasami zaś głąby o gołębim sercu. Dobrej farsie potrzebny jest także rytm, szwung, naturalność dialogowa, oraz aktorstwo na najwyższym poziomie, właśnie po to, żeby tę umowność treści ze stałym schematem otwieranych i zamykanych bez końca drzwi oraz melodramatycznej szmiry wpisanej w każdy niemal test (kochanek jej kochanki jest mężem jego żony itd.) nie stała się grzechem głównym przedstawienia, tylko niewinną świeczką na torcie. Jako widz mogę znieść trzpiotowatość przedstawienia, ale szmiry nie zniosę nigdy. Szmira to jest zły teatr, trzpiotowata farsa – niekiedy czysta radość.

Krystyna Janda ma, jak dobrze wiemy, duże doświadczenie w reżyserowaniu i graniu w sztukach tego rodzaju. Ale nie odpuszcza. Sukces „Pomocy domowej” to – po pierwsze – świetne tłumaczenie Bartosza Wierzbięty, osadzające bohaterów w polskiej rzeczywistości, po drugie reżyserska sprawność Jandy w rytmizowaniu ze sobą scen, po trzecie i najważniejsze, doskonały wybór aktorów. Janda w partii tytułowej daje prawdziwy komiczny popis. Niesubordynowana, łasa na pieniądze, niestroniąca od alkoholu gospodyni domu małżeństwa z wysługą lat: Oli (Katarzyna Gniewkowska) i Norberta (Krzysztof Dracz), jest kwintesencją zaradności, lekkiego „bezczela” i w gruncie rzeczy dobrego serca. Tylko dzięki niej świat domowy w którym w przeciągu jednej nocy przejdą wszystkie możliwe tornada, trzęsienia ziemi, burze i mżawki, otrzepie parasol i wróci jakoś do normy. Celowo nie chcę w tej recenzji pisać zbyt wiele o samej fabule, żeby nie zepsuć państwu dramaturgicznych niespodzianek naszykowanych przez Camolettiego i zespół Och-teatru, skupię się zatem na charakterach, nie akcji. A owe charaktery, chociaż dla farsy typowe, są w spektaklu bardzo dobrze pokazane. Panowie: Krzysztof Dracz w roli męża i safandułowaty Mirosław Kropielnicki w roli kochanka stają na wysokości zadania, ale „Pomoc domowa” jest spektaklem w którym pierwsze skrzypce należą do kobiet. Katarzyna Gniewkowska, wybitna aktorka dramatyczna, w roli Oli wydaje się jak gdyby stworzona do komedii, i to od razu do komedii zagranej z wielkim wigorem. Jest seksowna, nonszalancka, chwilami grubiańska, ale to, co najciekawsze w tej postaci, to delikatnie zarysowana przez Gniewkowską bezradność bohaterki. Seksi kociaki również się starzeją i są w tym procesie bezradne. Tuszują tę bezradność złotymi radami wyczytanymi w pisemkach u fryzjera albo w poradniczych programach telewizyjnych. Obudź w sobie nowego demona, zacznij wszystko na nowo, znajdź sobie kochanka, zafunduj nową „dietę” zmieniającą twarz itd. Ola funduje sobie część z tych marzeń, ale jej świadomość coraz rzadziej odrzuca myśl, że to wszystko po nic, bez sensu, bo i tak szczęście na pewnym etapie to przyzwyczajenie. Constans u boku leniwego, miśkowatego, zepsutego, ale przecież sprawdzonego na złe i dobre dni męża… Odkryciem była dla mnie również Barbara Wypych w roli wprowadzającej w domu zamęt Mai. Tak grubą krechę mogą wytrzymać tylko najzdolniejsi. Młodziutka Barbara Wypych ma talent, wigor i czuje komediowy żywioł. Maja czyli Pszczółka ma być po prostu niemądra, infantylna, łasa na kasę i chyba w głębi serca poczciwa. Same stereotypy. Wypych nasyca jednak owe stereotypy energią nie tyle młodości, ile aktorstwa komediowego. Zagrać dobrze farsę, to jak zagrać wiarygodnie jednocześnie dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj..., komedię i tragikomedię. Być zabawnym i jednocześnie naturalnym. Pszczółka z „Pomocy domowej” tę sztukę posiadła w stopniu już niemal mistrzowskim.

I wśród tych wszystkich pochwał, jedno tylko właściwie popsuło mi dobrą zabawę w spektaklu: ohydne, nietwarzowe i wulgarne kostiumy. Z litości pominę nazwisko autora, chociaż głośne. Nie ma zgody na to, żeby myśląc farsa, wystroić bohaterki (mężczyźni w przedstawieniu wyglądają prawie przyzwoicie), w najbardziej prymitywne myślenie o postaci. Pomoc domowa – to oczywiście kuchta w zdezelowanym szlafroku, pani domu – podstarzała prostytutka w lamparcie cętki, kochanka – Lalka Barbie po przejściach w sex shopie. Nie ma zgody na takie traktowanie bohaterek, aktorek i publiczności. To, co miało być lekkie, stało się prymitywne. Trudno, zapomnijcie o „panterce” na ciele Oli, doceńcie jak Gniewkowska, i cała reszta ensemble’u, cudnie to wszystko gra. Wybitne aktorstwo zwycięża tandetny kostium, w jaki zostało odziane.

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz