O Don Kichocie, co z drzewa się wykluł

Wokół tego przedstawienia, (Teatr Lalka – Don Kichot, premiera 10 czerwca 2017), zgromadziło się kilka nazwisk.

Najpierw supłał narracyjne wątki dzieła Erich Kästner, nota bene autor cudownych lektur dla dzieci, rodziców i dziadków, że wspomnę tylko Latającą Klasę czy 35 maja. Potem, idąc Kästnerowską ścieżką oraz przekładem Emilii Bielickiej, wiązała epizody dla potrzeb sceny Marta Miłoszewska. Ale mimo różnorakich – ciekawych zresztą – redakcji tekstu, kluczową funkcję w spektaklu pełni fakt współobecności dwóch światów. Literackiego malowidła Cervantesa i teatralnych projekcji Adama Walnego.

Do meandrów symboliki, ironii autobiograficznych planów oraz humanistycznych wyzwań tej arcypowieści nawiązywali często i twórcy i krytycy. Bo też syndrom wiecznej wędrówki, tak jak świadectwo wiecznej walki z utopią i o utopię niemal automatycznie przywodzą wizerunek błędnego rycerza. W natłoku odniesień zdarzały się oczywiście mdłe repliki. Bywało, że slogan gubił metaforę, a kabaretowa donkiszoteria zastępowała drogę Don Kichotowi. No cóż, taka jest specyfika ikon kultury. Otacza je interpretacyjny chaos, w którym talent i refleksja pływają obok miernoty i pozerstwa.

Z tym większą przyjemnością rekomenduję małej oraz dorosłej widowni premierę w Lalce. Adam Walny – artysta wyjątkowy, laureat szeregu festiwali, twórca penetrujący sztukę lalkarską wedle sobie tylko znanych sposobów – od dawna chodził tropem Don Kichota.

Pierwszy scenariusz został zrealizowany w formie kina manualnego. A więc projektor na korbkę, głos reżysera – lektora, śpiew z offu. Na ekranie rysowane czarną kreską sylwetki. Niespieszny rytm kolejnych zbliżeń. Ascetyczne środki przekazu kształtowały, kreśloną jakby mimo woli gorzko – zabawną historię walki o marzenia. Ciąg dalszy marszruty w kierunku słońca przecinał ekran, zostawiając widza z pytaniami. Czy nowy horyzont ukrywa bądź gasi nowe źródła światła? Czy nadzieja zwycięży bądź ulegnie porażce?

Obecna wersja posiada inną czasoprzestrzeń. Osią akcji są lalki zrealizowane w szczególnie cenionej przez reżysera materii drewna. Grubo ciosane figury odsłaniają urodę przydrożnych świątków, którym artysta nadał rys szaleństwa i smak deformacji. Główka jak makówka Sancho Pansy niesie ten sam błysk oka co towarzyszący mu osiołek. Rozdziawiona gęba Don Kichota odbija się w ustawionych na sztorc chrapach Rosynanta. Zew natury przedrzeźnia zew rycerskiej wyprawy. Wokół pary wędrowców krążą mocno kulfoniaste ludziki, podobne turlającym się pieńkom.

Walny nie wikła bohaterów Cervantesa we współczesne spory. Nie szuka doraźnych aluzji. On przywraca ich ziemi, którą przemierzają wzdłuż i wszerz płaskowyżu, gdzie kurz, piasek, zwierzaki cudaki oraz ludzka mizeria w jednym stają szeregu. A wszystko to robi gestem artysty sztukmistrza, ciesząc się na przemian metamorfozą, paradoksem i deformacją. Stąd wywodzi się nostalgiczno-przewrotny styl inscenizacji.

Co tu dużo gadać. Frapująca, ale też piekielnie trudna robota dla aktorów, którzy musieli się zmierzyć z nieokiełznaną wyobraźnią Adam Walnego. I trzeba powiedzieć, że wszyscy weszli w proponowane przez reżysera animacyjne działania. Dlatego wymieniam całą obsadę począwszy od barwnych solistów (Wojciech Pałęcki, Piotr Tworek, Wojciech Słupiński) po znakomity drugi plan (Mirosława Płońska-Bartsch, Beata Duda-Perzyna, Anna Porusiło-Dużyńska, Tomasz Mazurek). Magii obrazu towarzyszyły muzyczne (Maciej Harna) i choreograficzne (Bartłomiej Ostapczuk) ramy.

Teatr Lalka i niezwykły głos niezwykłego artysty. Bardzo dobra prognoza na dalsze sezony pod nową dyrekcją. Moje gratulacje.

Jagoda Opalińska

[fot. Marta Arkiensztejn]

Dodaj komentarz