Młodzieży chowanie, albo lektury

Tomasz Milkowski o lekturach szkolnych (i nie tylko) pisze w „Dzienniku Trybuna” (15 września):

Z okazji rozpoczętego nowego roku szkolnego z towarzyszeniem wiadomych zmian w systemie wróciło pytanie, z jaką młodzieżą mamy do czynienia?

Niedawne badanie zapatrywań młodzieży, wykonane na zlecenie Rzecznika Praw Obywatelskich, okazało się zimnym prysznicem na rozpalone głowy entuzjastów, upatrujących w lipcowych demonstracjach w obronie sądów z licznym udziałem młodych twarzy oznakę wielkiej przemiany. Oto młoda generacja miała się ocknąć z letargu i przemówić własnym głosem. Wrażenie mogło być złudne, zwłaszcza że liczne inne dowody zdają się świadczyć o

totalnej klapie „chowania młodzieży”

jaką III Rzeczypospolita zafundowała młodemu pokoleniu. Klapa to wspólnie wypracowana przez szkołę, media, kościół i pewnie domowe ogniska, które w harmonijnej współpracy wyhodowały gatunek polityczny wartościom europejskim niechętny, ksenofobiczny, homofobiczny, choć jeszcze ze śladami jakiegoś ładu w głowie – bo na temat faszyzmu i patriotyzmu jako tako poukładany. Ale pewnie i z tym wkrótce jakoś sobie poradzimy: dziarscy chłopcy maszerują, sztandary powiewają, trąbka gra.

Zależy jednak z jakiego punktu widzenia taki rezultat wychowawczy oceniać – jeśli okiem prawicowym, to wyniki okażą się więcej niż obiecujące. Dawniej mawiało się, że za młodu każdy niemal lgnie do lewicy, a potem, wraz z negatywną korektą rzeczywistości, z jaką się styka, nawet zapalony rewolucjonista przemienia się w potulnego kotka systemu. Jeśli jednak już u samego wejścia w dorosłość jest takim kotkiem, to kim będzie potem?

Przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele i winnych całe legiony, ale na czele listy postawiłbym zaniechanie edukacyjne

Tak nazywam minimalizację wymagań dotyczących programów i lektur szkolnych, zastępowanie całości lektury fragmentami, wypisami i brykami, a wreszcie testami, czyli postępujący proces wymóżdżenia. Można sobie wyobrazić, że ktoś obdarzony sprytem i tupetem może prześlizgnąć się przez całą szkołę średnią, nie przeczytawszy porządnie ani jednej książki. Rzecz inna, że sama lektura może jeszcze o niczym nie świadczyć. Bo nie każdy potrafi czytać ze zrozumieniem, a bardzo wielu po prostu samego czytania nie znosi. Przy czym skąpi się środków na pobudzanie zainteresowania książką, na gustowanie w lekturach, także w głośnej lekturze. Popularne kiedyś niezwykle konkursy recytatorskie wprawdzie nadal się odbywają, ale wciąż cierpią na kłopoty finansowe, mimo że tak naprawdę kosztują grosze.

Przetoczyła się niedawno wstępna debata (a właściwie początkowy lament) nad listą lektur do liceum przygotowaną przez ekspertów Ministerstwa Edukacji, która ma obowiązywać od roku 2019. Była to swego rodzaju zabawa w chowanego, bo pewnego dnia z listy znikał Miłosz, aby następnego się pojawić. Podobne zabiegi toczyły się wokół wielu pisarzy, choćby Gombrowicza czy Iwaszkiewicza. Zniechęcony tym najwyraźniej modny pisarz średniego pokolenia Jakub Żulczyk (scenarzysta serialu „Belfer”) napisał w mediach społecznościowych, że właściwie byłby zwolennikiem rezygnacji z lektur obowiązkowych. Uznał, że mają one sens co najwyżej do poziomu VI klasy podstawówki, a potem jest już za późno: „Jestem pewien, że jeśli w człowieku nie wyrobi się nawyku czytelniczego do mniej więcej dwunastego roku życia, to generalnie jest po frytkach. Siedemnastoletniej osoby, jeśli lekturowo nie sięgnęła dalej niż forum Minecrafta, nie wykształci się na siłę, ani Iwaszkiewiczem, ani Rymkiewiczem. Zamknięcie tematu czytania na siłę w szkole mniej więcej na etapie piątej, szóstej klasy podstawówki rozwiąże problem tych niepotrzebnych, pojawiających się przy okazji każdej zmiany warty upolitycznień, a do tego odciąży ludziom głowę. A literaturę i literaturoznawstwo należy przenieść do zajęć fakultatywnych. Na nich może ktoś rzeczywiście polubi wtedy Schulza, Kafkę, Bułhakowa i Iwaszkiewicza. Problem z głowy”.

Może

z głowy, ale kłopot

Bo rzeczywiście nie będzie się o co spierać z chwilą zaniechania lektur obowiązkowych. Ale czy to jest rzeczywiście jakieś rozwiązanie? To prawda, że wielu pisarzy boi się jak ognia, że trafią na listę lektur szkolnych i tym samym zostaną upupieni. Przed takim losem przestrzegał nader sugestywnie i malowniczo Witold Gombrowicz w „Ferdydurke”, prezentując lekcje polskiego z profesorem Bladaczką. To był jakiś proroczy koszmar, bo przecież los klasyka dotknął w pewnym momencie pomijanego przez wiele lat Gombrowicza. I wtedy jął szydzić z jego przewrotnego szczęścia Tadeusz Różewicz.

W jego „Kartotece rozrzuconej” (1992) całe społeczeństwo pogrąża się w językowej niemocy. W ten sposób poeta odmalowuje paraliż kultury. Widoczny był już w poprzedniej „Kartotece”. Teraz jednak Różewicz poddaje analizie kulturową zapaść, nie szczędzi szyderstwa. Dotyczy to zwłaszcza sceny „Salon warszawski”, w której nie przypadkiem nawiązuje do „Dziadów”. Już sama prezentacja bohaterów tej sceny mówi sama za siebie: Kombatant z Długą Brodą, Profesor z Wielkimi Uszami, Duży Różowy Krytyk (który piszczy), posągowa Kobieta w Czerni. Oto elita narodu. Poeta szydzi z kanapowych rządców dusz, skłóconych i unieważniających się wzajemnie. W rozbudowanym didaskalium barwnie odmalowuje stan moralnego rozchwiania i degrengolady obyczajów:

Twarze mają odęte, zachmurzone (jakby „obrażone”), Profesor z Wielkimi Uszami parska dookoła śliną… jedni drugim się przyglądają, czasem z daleka, czasem z bliska (…) Ten się odwraca, tamten zawraca, wszyscy się mijają, rozmijają. W ciągłym ruchu, nic nie mówią, ale wargami poruszają i z tego ruchu warg pilny widz może odczytać jakieś krótkie, nieprzyzwoite słowo na literę sk… lub k…, d… się zaczynające.

W tym czasie młodzi (z brodami) ciągle podskakują. Ktoś sobie brodą twarz wyciera. Profesor śliną parska wkoło. Ktoś oczy przeciera. Kobiety czasem padają na kolana. Ludzie zaczynają gryźć się ze sobą. Ten tego w ucho lub inną część ciała gryzie”.

Z równym niesmakiem, jak koryfeuszy kultury, wykpiwa Różewicz nauczycieli. W pierwszej „Kartotece” wyśmiewał egzamin dojrzałości, przed którym staje jeden ze starców. Odpowiada na idiotyczne pytanie zdziecinniałego belfra, popisuje się encyklopedyczną wiedzą, powtarza tandetne frazesy. Wzbudza to entuzjazm profesora, który orzeka, iż „młodzieniec” jest doskonale przygotowany do życia. W „Kartotece rozrzuconej” tę scenę wspomaga poemat „…a Hela wzięła i umarła” i następująca po nim scena, w której rzeczona Helena jest karmiona przez oprawców Gombrowiczem. Różewicz kpi w ten sposób z edukacji szkolnej, która zdolna jest obrzydzić każdego pisarza (na przykład Gombrowicza), nawet takiego, który ze szkoły szydził: „tak to często mszczą się różne kawały: na ich autorach”.

Może te właśnie kpinki sprawiły, że ostatecznie „Kartoteka”, najważniejszy polski utwór dramatyczny drugiej połowy XX wieku (ani jej pierwsza wersja, ani rozrzucona) nie trafiła na listę lektur obowiązkowych, a jedynie uzupełniających, co prawdopodobnie zapewni jej długi żywot. Toteż nie można dziwić się pisarzom, jeśli grymaszą na wiadomość, że grozi im lista lektur – tak reagował na wiadomość o wejściu do kanonu Marcin Świetlicki.

Nie w liście jednak tkwi niebezpieczeństwo, ale metodach edukacji, w umiejętności krytycznej lektury i takim ich doborze, aby nie powstawał

absurdalny obraz rzeczywistości

zarówno tej współczesnej, jak i przeszłej.

Dla przykładu: Staranne pomijanie krytycznych tekstów dotyczących epoki międzywojennej i czasów wojny prowadzi do krańcowego zafałszowania rzeczywistości. Kilka dni temu Krzysztof Lubczyński pisał w „Trybunie” o obrazie września 1939 roku w polskiej literaturze. Obraz to był nader krytyczny, a czasem nawet jadowity, nic jednak z niego nie ostało się w lekturach. Nie przetrwała nawet nowela „Lotna” Wojciecha Żukrowskiego, która tak podobała się Andrzejowi Wajdzie i elektryzowała czytelników. Zniknęła z lektur uzupełniających także „Polska jesień” Jan Józefa Szczepańskiego. Tak ministerialni eksperci niechcący pogodzili zwaśnionych za życia prezesów literatów.

Nie wymaga wielkiego wysiłku wykazanie, że nowa lista lektur – przy pewnych koncesjach na rzecz noblistów i tzw. kulturalnej ogłady – skłania się ku bogoojczyźnianej wersji literatury i starannie pomija pisarzy lewicowych czy liberalnych. Dość zauważyć, że w liceum nie będziemy już sięgać po wiersze Broniewskiego, Słonimskiego, a nawet Tuwima. Bojownik o prawa kobiet Tadeusz Boy-Żeleński wyparował. Zapewne wedle twórców projektu lektur już dawno „Piekło kobiet” nie istnieje i zniknęli „Nasi okupanci”.

Tomasz Mkowski

Dodaj komentarz