W sanatorium Dudy-Gracz

O performansie Agaty Dudy-Gracz wg „Sanatorium pod Klepsydrą” pisze na swoim blogu Tomasz Miłkowski – http://takinawyk.dziennikarzerp.org.pl/sanatorium-dudy-gracz/:

Zanim w byłym Instytucie Weterynarii SGGW w Warszawie można było podczas festiwalu „Warszawa Singera” zobaczyć performans „Sanatorium pod Klepsydrą” Agaty Dudy-Gracz wedle tekstów Brunona Schulza, rok wcześniej (w czerwcu 2016) podobne zdarzenie miało miejsce w Zabrzu, w nieczynnym od dawna Hotelu Admiralspalast. Artystkę zainspirował Jan Bończa-Szabłowski, od lat z własnej a nieprzymuszonej woli trudniący się upowszechnianiem wiedzy o sztuce i wpływie Schulza na polską kulturę. Trzeba przyznać, że miał dobrą rękę – Agata Duda-Gracz ze swoją skalą wyobraźni, rozmachem, wyostrzającą widzenie deformacją to wprost idealna autorka takiego zdarzenia, zwłaszcza że łączy plastyczny talent scenografki z dramaturgicznym talentem reżyserki.

Performansu w Zabrzu nie widziałem, mówiono o nim z entuzjazmem, ten warszawski zobaczyłem. Nie tylko ja, ale bardzo wielu teatromanów, zwabionych niecodzienną realizacją, powtórzona zresztą po kilku miesiącach, bo już pod koniec kwietnia tego roku Teatr Żydowski po raz pierwszy prezentował to dzieło artystki.

Ważny dla powodzenia tego przedsięwzięcia stał się wybór miejsca, w którym performans się rozgrywał: była siedziba Instytutu Weterynarii, mocno sfatygowana, oczekująca na remont, który przemieni to miejsce w jeden z gmachów Sinfonii Varsovii, zaoferowała wnętrze naznaczone skazą schyłku, może nawet zagłady, a także charakterem labiryntu. Na geografię tego wnętrza, otwierającego się obszernym hallem i rozległą główną klatką schodową składają się bowiem rozmaite mniejsze i większe pomieszczenia, wewnętrzne klatki, klitki i zakamarki, w których mogły odbywać się powtarzające się ceremonie: lektury tekstów, śpiewy, niebezpieczne ewolucje fizyczne.

Wszystko to działo się zatopione w morzu pierza, czasem unoszącego się w powietrzu, jak w miejscu świeżo wypatroszonym ze sprzętów (w tym sanatorium nie ma łóżek, poduszek, kołder – pierze to ślad po nich), w którym pozostały tylko pedantycznie poukładane te same przedmioty: rzędy butów, rzędy okularów, ułożone równo na podłodze książki, zabawki, zdezelowane krzesła. Wśród nich niczym widma krążyli, siedzieli, opierali się o mur albo wisieli na poręczach aktorzy Teatru Żydowskiego zatopieni w tekstach Schulza, przepowiadający je sobie albo wygłaszający je z emfazą, statycznie albo w ruchu, spokojnie albo gwałtownie, bardzo dziwnie, jakby nieobecni albo obecni inaczej, jak we śnie. Pieśń śpiewana przez Gołdę Tencer przywodziła na myśl pożegnalną kołysankę, żałobną skargę.

Performans Dudy-Gracz nawiązywał nie tylko do prozy Schulza, ale także do pewnej fotografii Schulza z roku 1934, na której widać artystę podczas prowadzonej przez niego lekcji prac ręcznych w drohobyckim gimnazjum. Zdjęcie to było eksponowane na wystawie „I ciągle widzę ich twarze” Fundacji Shalom. Jego nastrój, uchwycenie żywej akcji, siłą rzeczy konfrontowanej z tragedią Holocaustu przenika wymowę performansu, który z jednej strony odwołuje się do sennej, onirycznej opowieści zapamiętanej z filmu Wojciecha Hasa, a z drugiej do niezbywalnej pamięci czasów zagłady. „Im dłużej chodzi się po salach i korytarzach tego „sanatorium” – pisała Grażyna Korzeniowska (portal www.aict.art.pl) – im wnikliwiej śledzi się usytuowanie jego pacjentów aktorów, ich zachowania – (…) – tym bardziej czuje się wzajemne przenikania materii teatralnej ze sferą obserwatorów. Można zaryzykować twierdzenie, że wpada się w rodzaj transu, w którym ci bardziej uważni, skupieni widzowie stają się w pewnym stopniu współuczestnikami wydarzenia. Wkraczają w otwarty przed nimi świat”.

Tomasz Miłkowski

SANATORIUM POD KLEPSYDRĄ wg Brunona Schulza, performans Agaty Dudy-Gracz, kurator Jan Bończa-Szabłowski, muzyka na żywo Maja Kleszcz, Wojciech Krzak, Teatr Żydowski om. Estery Rachel i Idy Kamińskich, Orkiestra Sinfonia Varsovia, Fundacja Republika Marzeń, 31 sierpnia 2017

Dodaj komentarz