O tych, co byli

Grażyna Korzeniowska o performansie Agaty-Dudy-Gracz wg „Sanatorium pod klepsydrą” Brunona Schulza:

Z początku publiczność jest trochę niepewna, jakby nieco zażenowana, omiata wzrokiem staromodne kapelusze ułożone na półce tuż przy wejściu przed marmurowymi schodami prowadzącymi na piętro. Nie zatrzymuje się przy mężczyźnie, który zaczepia skargą-prośbą o współtowarzysza, który ulżyłby mu w dźwiganiu odpowiedzialności za ludzkość…

Na półpiętrze mija czytającą na głos kobietę. Przez chwilę, wciąż niepewnie, przysłuchuje się wściekle wykrzykiwanej opowieści o człowieku psie. Rozbiega się po salach, wzbijając białe pierze, które zalega schody, sale, korytarze w pozbawionych blasku obszernych wnętrzach starego gmachu, który czasy świetności dawno ma już za sobą… Wreszcie, przybyli jakby się reflektując, powoli, coraz spokojniej, przystają w drzwiach, pod ścianami, zaczynają przysłuchiwać się słowom, zdaniom czytanym przez kobiety i mężczyzn, których spotykają w kolejnych pomieszczeniach…

Tak rozpoczęło się parateatralne wydarzenie, teatralny performance, jak nazwali je realizatorzy pod wodzą Agaty Duda-Gracz, jego reżyserki, z udziałem aktorów stołecznego Teatru Żydowskiego. „Sanatorium pod klepsydrą”, performance na podstawie tekstów Brunona Schulza (19 października br. minie 75 rocznica tragicznej śmierci tego pisarza, malarza, grafika) był zarazem wydarzeniem tegorocznego XIV Festiwalu Warszawa Singera.

Na miejsce zdarzenia Duda-Gracz wybrała piękny, choć mocno, jak wspomnieliśmy, zaniedbany budynek dawnego instytutu weterynaryjnego SGGW… Od parteru aż po drugie piętro – w różnorodnych salach małych i ciemnych lub z niewielkim oknem, wycinającym swymi ramami fragment widocznego za nim krajobrazu, albo w jasnych i przestronnych, wśród przedmiotów codziennego użytku: krzeseł, stołów, lamp, talerzy, sztućców, ubrań, butów, okularów, dziecięcych zabawek, książek jak labirynt rozłożonych na podłodze, zasypanych ptasim puchem, jakby wypuszczonym z wielkich pierzyn – kobiety i mężczyźni w mniej lub bardziej dziwnych ubraniach czytają fragmenty prozy Brunona Schulza; z powieści „Sanatorium pod klepsydrą” i „Sklepy cynamonowe”, zwierzenia, listy do przyjaciół i znajomych, wśród nich bardzo osobisty do Juliana Tuwima…

Każdy z aktorów wybrał inny sposób prezentacji słów Schulza. Jedni czytają jakby wyłącznie dla siebie, niemal bez interpretacji, zupełnie nie zwracając uwagi na tych, którzy przystanęli, żeby przysłuchać się tekstowi. Drudzy ze swoich krótkich fragmentów tworzą małe etiudy aktorskie, starając się zarazem wywołać reakcję widzów gości: Marek Węglarski z nadrealistycznym i nieco makabrycznym, ale jakże bujnym opisem wnętrza, które zdobi m.in. żona w charakterze dywanu (!); Ewa Dąbrowska czytająca opowieść o człowieku psie, na której gest Genady Iskhakov posłusznie intonuje kolejną pieśń, czy Piotr Wiszniowski – szukający współtowarzysza, który ulżyłby jego barkom…

Im dłużej chodzi się po salach i korytarzach tego „sanatorium”, im wnikliwiej śledzi się usytuowanie jego pacjentów aktorów, ich zachowania – kilku krąży mamrocząc nerwowo, kilku maniakalnie powtarza gesty i słowa: Ewa Greś zbiera biały puch i rozrzucając: „Już wiosna”, oznajmia; Maja Kleszcz prowadzi wokalizy od niskich dźwięków przechodząc nagle do wysokich, ostrych niemal raniących ucho – tym bardziej czuje się wzajemne przenikania materii teatralnej ze sferą obserwatorów. Można zaryzykować twierdzenie, że wpada się w rodzaj transu, w którym ci bardziej uważni, skupieni widzowie stają się w pewnym stopniu współuczestnikami wydarzenia. Wkraczają w otwarty przed nimi świat.

A przecież Agata Duda-Gracz pokusiła się o rzecz niełatwą, pozbawiła widzów i aktorów bezpiecznej odległości, jaka podczas przedstawień dzieli scenę od widowni. Zakłóciła poczucie bezpieczeństwa i jednej, i drugiej strony, a podobno – jak często mawia się o widzach – nie lubią być zaczepiani, niepokojeni, prowokowani. Jednak siła artystycznego wyrazu jej performance`u tę naruszoną granicę umiała zniwelować. Dała przybyłym pole wyobraźni do jego interpretacji. Bo czy oto znaleźliśmy się – jak chce tytuł zdarzenia w sanatorium (?), a sądząc z zachowań jego mieszkańców, dla obłąkanych, którzy czytają ulubione fragmenty z kartek wydartych z powieści znalezionych w obecnym miejscu ich pobytu? A może krążymy w zaświatach wśród duchów ludzi, których życie przeciął Holokaust? Bo czyż nie przywodzą go na myśl – ustawione w szeregu buty, kapelusze, oprawki okularów, białe bluzki damskie, męskie koszule, dziecięce, zabawki, mijane po wielokroć w kolejnych salach-celach bohaterów zdarzenia i czyż ich pamięci nie przywołuje tęskny śpiew Gołdy Tencer, będący zarazem pożegnaniem? A może?… Dopowiedzcie sami…

Grażyna Korzeniowska

*
„SANATORIUM POD KLEPSYDRĄ” PERFORMANCE AGATY DUDY-GRACZ NA PODSTAWIE TEKSTÓW BRUNONA SCHULZA Z UDZIAŁEM AKTORÓW TEATRU ŻYDOWSKIEGO

Reżyseria i inscenizacja: Agata Duda-Gracz,

kurator projektu: Jan Bończa-Szabłowski,

reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk,

ruch sceniczny: Tomasz Wesołowski,

muzyka na żywo: Maja Kleszcz, Wojciech Krzak

30 sierpnia 2017 r. podczas XIV Festiwalu Warszawa Singera

Dodaj komentarz