Hamilton od kultury

Tomasz Miłkowski o Janie Zbigniewie Słojewskim (HAMILTONIE) pisze w „Dzienniku Trybuna”:

Zawsze lubił pseudonimy i maski. Chował się za nimi. Był najpierw Hadrianem, potem Hamiltonem, na koniec HAMem. Najsławniejszy felietonista PRL-u nie żyje.

Jan Zbigniew Słojewski, bo o nim mowa, zmarł 9 sierpnia w wieku 83 lat, niemal równo w 60. rocznicę swego debiutu na łamach „Współczesności”, gdzie pisywał pod pseudonimem Hadrian. Największy rozgłos przyniósł mu Hamilton – tym właśnie pseudonimem podpisywał swoje felietony z cyklu „Perswazje”, publikowane na łamach „Kultury”, od których inteligencja polska lat 60. i 70. rozpoczynała lekturę tego tygodnika. Hamiltona czytali wszyscy, nawet jeśli głęboko się z nim nie zgadzali, jego aforyzmy i bon-moty były na ustach wszystkich. Grał rolę królewskiego Błazna, któremu wolno było więcej, ale który też dobrze wiedział, że świat się od jego uszczypliwości nie zawali, a może tylko trochę oprzytomnieje. Prawdopodobnie mógłby powtórzyć za jednym z bohaterów opowiadania Kornela Filipowicza, że „kultura to jest wygładzanie chropowatości” („Zabić jelenia”).

Tak czy owak, Hamilton „wygładzał”. Sam przecież pisał o Hamiltonie, już bez pseudonimu, jako krytyk Jan Zbigniew Słojewski we wstępie do zbioru felietonów „Mała złota szubieniczka” (1969) tak: „Ma bzika na punkcie maksymalnej kondensacji i krótkości, toteż wiele jego felietonów to są właściwie zbiory aforyzmów. Lubi wyrażenia skłócone ze sobą, z różnych parafii, z których robi jedną formułę (…) I on sam jest też trochę, taki jak jego paradoksalne formuły. Racjonalista, ale ze świadomością, że wszystkiego zrozumieć nie można, z szacunkiem dla spraw niedocieczonych, dla tajemnicy. Wolnomyśliciel i ateista tak zafascynowany teologią, że daj Boże ludziom wierzącym. (…) Intelektualista, który podejrzliwie odnosi się do abstrakcyjnych konstrukcji, który ma manię sprawdzania wszystkiego, którego fascynuje empiryczny konkret. Konserwatysta, ale rozwścieczony, choleryczny, gwałtowny (…) Ironista, ale przecież bywa poważny…”.

Ten fachowy portret autora odmalowany przez krytyka to oczywiście zabieg świadomy – Słojewski nie cierpiał na rozdwojenie jaźni, ale celowo uformował bohatera-autora felietonu „Perswazje” na kogoś jednak odmiennego od krytyka Słojewskiego, który bywał równie albo jeszcze bardziej złośliwy od swego bliźniaka felietonisty. Dość przypomnieć choćby fragment krytycznego eseju Słojewskiego o głośnym dramacie Sławomira Mrożka „Śmierć porucznika”, o którym bez najmniejszego skrępowania Słojewski pisał: „”Śmierć porucznika” składa się z Prologu, Aktu i Epilogu. W Prologu Poeta „uśmierca” Orsona, w Akcie okazuje się, że Orson żyje, ale Poeta nie chce go „wskrzesić”, w Epilogu kłopoty z Orsonem ma już tylko Mrożek, nie wiadomo mianowicie, co z Orsonem zrobić. Najlepszy jest Prolog, Epilogzamknięcie utworu epickiego (dramatycznego), poświęcone d... nie udał się do tego stopnia, że gdyby sztuka zaczynała się od Epilogu tylko wyjątkowo wytrzymały krytyk wysiedziałby na sali do Aktu”. Jak z tego wynika, Słojewski nie obawiał się wystawiać nazwiska na strzały – to był już czas, kiedy o Mrożku wypadało pisać tylko dobrze albo wcale. Jeśli jako felietonista posługiwał się pseudonimem, to po to, aby stworzyć kreację osobowości pisarskiej.

Ci, którzy z tą kreację się zetknęli, przywiązali się do niej szybko i upodobali rzekomo starszego pana (kiedy Słojewski uformował Hamiltona był zaledwie trzydziestolatkiem), pamiętającego czasy I wojny światowej, o nieco staroświeckich zapatrywaniach, oczytanego i bywałego, ktory nie da się nabrać na byle co. Wojciech Siemion zbudował z tekstów Hamiltonowych monodram, w którym sam wcielał sie w tę malowniczą postać. Stanisław Barańczak uważał, że stworzenie tej kreacji, domniemanego autora-bohatera „Perswazji” było największym osiągnięciem Słojewskiego, który dzięki temu nie tylko się od innych felietonistów odróżniał, ale wystawał ponad poziom literacką formą. Ten właśnie autokreacyjny rys Hamiltona zapamiętali ci, którzy lata temu czytali jego teksty. Jeszcze w tym roku w swoim felietonie („Siła felietonu”) Leszek Żuliński wspominał Słojewskiego z niejakim rozrzewnieniem, najwyraźniej stęskniony jego zadziornego pazura:

„Miał cudownie lekkie pióro i nie mniej cudowne poczucie humoru. Był arcyinteligentny, z lekka sarkastyczny i „na luziku” (a felieton bez luziku to tak jak wódeczka bez promili, tfu!). Czytało się jego teksty jednym tchem. Ale heca hecą, a Hamilton wyłapywał ważne sprawy, zwłaszcza nonsensy rzeczywistości. W okresie PRL-u dla inteligentnej inteligencji był to powiew świeżego powietrza. Dzięki takim osobom jak Hamilton nasz barak w obozie „demokracji ludowej” należał – tak uważano – do najweselszych.

Najczęściej czytywaliśmy Hamiltona w tygodnikach „Kultura”, „Polityka” i „Współczesność”. Sam autor lubił wcielać się w postać starca i z tej perspektywy nadziwić się nie mógł, co się dzieje. A góra absurdów rosła. Hamilton to było w jakiejś mierze późne wcielenie Stańczyka. A Stańczyków w obecnej Polsce mamy za mało. Słojewski ma obecnie 83 lata, nie wiem, czy jeszcze gdzieś pisze – jeśli nie, to wielka szkoda”.

Tak się dziwnie złożyło, że ten felieton opublikowany w marcu tego roku miał się okazać pożegnaniem Hamiltona, który rzeczywiście w XXI wieku rzadko już pojawiał się na szpaltach czasopism. Nie wiem, czy czas takich felietonów przeminął, ale sam Słojewski poniekąd zwijał żagle. Cykl „Perswazje”, który przyniósł mu największą sławę, sam zamknął. To właśnie „Perswazjom” poświęcił analityczny rozbiór Stanisław Barańczak na łamach elitarnego czasopisma „Teksty” („Perswazje „Perswazji”: (o retoryce felietonowej – na przykładzie Hamiltona, „Teksty” 1972, nr 6). Zajął się analizą twórczości Hamiltona, zainteresowany wewnętrznymi regułami felietonu, którego zresztą jako gatunku – co dziwne – nie cenił i oskarżał o przyrodzoną powierzchowność. Do analizy jednak Barańczak wybrał Hamiltona, ponieważ to temu felietoniście przyznał najwyższe miejsce na podium polskiej felietonistyki. Kreację Hamiltona opisał z niezwykłą trafnością: „Hamilton przedstawia się (…) jako sędziwy dziennikarz o bogatej przeszłości (szlacheckie pochodzenie, udział w bitwie pod Verdun, ideologiczne perypetie związane z pracą w redakcjach rozmaitych czasopism, znajomość z różnymi sławnym i postaciami epoki międzywojennej itd.) i typowo starczym usposobieniu (ciągłe powracanie do ulubionych wspomnień, zgryźliwość, weredyzm), niewykluczającym zresztą tzw. młodości ducha w innych dziedzinach. (…) Pomysł Hamiltona był jednak świetny również i dlatego, że niemal od początku ten „obraz autora” był dwuznaczny: wiarygodny i pełnokrwisty, ale demaskowany subtelnie jako literacka fikcja”.

Barańczak sugerował, że pseudonim zaczerpnął Słojewski od sir Williama Gerarda Hamiltona, żyjącego w latach 1729— 1796, oratora i autora teoretycznego dzieła o logice, taktyce i retoryce parlamentarnej… Jednak sam Słojewski nigdy tego nie potwierdził. Porzucił swego bohatera w glorii sławy i bez żalu, powołując w miejsce „Perswazji” nowy cykl felietonów „Perswazje i wycinki”, publikowany w „Tu i Teraz” i „Kulturze”, a potem w „Polityce” pod pseudonimem HAM. Ten kolejny pseudonim można odczytywać jako „kawałek, który został z Hamiltona”, ale można inaczej, a najpewniej o to Słojewskiemu chodziło. Tym razem to już nie był klasyczny felieton, ale raczej autorski przegląd prasy wraz z rozległymi, często erudycyjnymi przypisami. To wtedy go poznałem osobiście. Chociaż tak naprawdę nieco wcześniej – na wczasach w Zakopanem, gdzie zimową porą spotkałem zrzędę, dość kłopotliwego w towarzystwie.

Nie byłem świadomy, że święta spędzam w towarzystwie sławnego Hamiltona, i jak to bywa z uczniem zegarmistrza, traktowałem go jak kolegę wczasowicza, to znaczy na równej stopie. Tak się złożyło, że w pół roku później zacząłem pracować w „Kulturze” jako zastępca redaktora naczelnego. Wiedziałem, że w zespole jest Hamilton, ale nie wiedziałem, że go znam. Rozpoznałem go po charakterystycznym skrzekliwym głosie. Usłyszałem go przez drzwi i z okrzykiem „to znowu ty!” wyskoczyłem na korytarz redakcyjny i rzuciłem mu się w ramiona jako druha wczasowych trudów. Powiało chłodem. Przytomni temu koleżanki i koledzy czegoś takiego jeszcze nie widzieli, żeby Hamilton został zdemaskowany w takim zbrataniu z przedstawicielem kierownictwa redakcji… Nigdy nie ujawniliśmy koleżeństwu podstaw tej osobliwej zażyłości. Hamilton najwyraźniej czerpał zadowolenie z kolejnej mistyfikacji – nikt przecież nie mógł być pewien, że nie poznaliśmy się pod Verdun.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz