Kląć czy nie kląć?

Tomasz Miłkowski o języku we współczesnym teatrze pisze w „Dzienniku Trybuna”:

Amerykańscy scenarzyści dawno odpowiedzieli pozytywnie na to pytanie. Dialogi w filmach hollywoodzkich, osobliwie filmach akcji i thrillerach, ociekają przekleństwami.

W nobliwych polskich stacjach telewizyjnych omija się na ogół szerokim łukiem te wyzwiska, zastępując „fuck” łagodniejszymi określeniami albo w ogóle je wykreślając, bo skoro pełnią tylko rolę przecinków… Wyjątek od tej niepisanej reguły stanowią dialogi w serialu „Gra o tron”, gdzie co pewien czas pada malownicze określenie „piz..”, używane ze szczególnym upodobaniem w stosunku do mężczyzn. Tak obelżywe ich potraktowanie służy charakterystyce postaci, świadczyć ma bowiem o szczególnie wyrafinowanym zaprzaństwie antybohaterów tak właśnie nazywanych.

Polskie seriale kryminalne przejęły podobny styl postępowania. Toteż klnie się w nich na potęgę, ale w komediach romantycznych i operach mydlanych raczej nie – tam panuje mowa nieskażona chwastami przekleństw.

A na scenie?

Rozmaicie bywa, choć tendencja do ubarwiania dialogów soczystymi słowy najwyraźniej się wzmaga, nie zawsze przynosząc oczekiwane owoce, to jest zbliżenie do tzw. prawdy. Prawdę bowiem mają na względzie autorzy, pragnąc wiernie oddać rzeczywistość, miast zakłamywać ją słodką jak karmelek gadaniną. Czasem jednak skutki takich założeń bywają opłakane. Podczas ubiegłorocznego festiwalu „Miasto Gwiazd” w Żyrardowie Henryk Talar, jeden z honorowych gości opowiadał, jak to publiczność w pewnym niewielkim mieście praktycznie zbojkotowała przyjazd teatru. Zaniepokojony artysta próbował rzecz wyjaśniać z szefową domu kultury, gdzie spektakl się odbywał, ciekawy powodów, czemu tak niewielu widzów pospieszyło na przedstawienie. Okazało się, że widzowie wystraszyli się przekleństw. Poprzednim razem, kiedy przyjechali artyści ze stolicy, na scenie rozprawiali językiem mocno ubarwionym soczystymi wyzwiskami. To najwyraźniej odstręczyło tutejszych teatromanów. Uznali, że to nie dla nich. Henryk Talar, że dociekliwy, udał się na przedstawienie, które tak wypłoszyło widownię, I, rzeczywiście, naliczył ponad 50 razy użyte słowo na „k”, co mogło jednak budzić niejakie wątpliwości części widzów.

Wnioski z tej przygody wypływają co najmniej dwa. Po pierwsze, trzeba wiedzieć, do kogo się mówi, do jakiej publiczności. Po drugie, po co się tak właśnie mówi, to znaczy być przekonanym, że sięgnięcie po wulgaryzmy niesie rzeczywiście jakiś ładunek emocjonalny, treściowy, a może i artystyczny…

Jak wiadomo, specjalistą od wyrafinowanego przeklinania był Stanisław Ignacy Witkiewicz. Witkacy to uwielbiał

wyżywał się w wytwarzaniu takich słów czy powiedzeń, brzmiących zawadiacko, dowcipnie, a z wyraźnie wulgarnym, erotycznym podtekstem. Dość przypomnieć fontanny wyzwisk kierowane przez I Czeladnika w „Szewcach” do Księżnej Iriny Wsiewołodownej Zbereźnickiej-Podberezkiej: „Tylko bez blagi, jasna pani. Instytucje som wyrazem najwyższych dążeń, z nich się wykonstruowujom – a jak tej funkcji nie spełniajom, to wont z nimi – rozumiesz, jasna landrygo? (… ) Cichojcie – niech ta ścierwa, guano jej ciotka, wypowie się raz do końca. (…) To ci sturba, psia ją cholera w suszą by ją wlan! (…) Roztrajkotała się, psia ją jucha mierzi, jak ostatnia bamflondryga. W mordę ją, w tę anielską kufę raz by zajechać, a potem niech się dzieje to, co chce”. W tej erupcji przekleństw pomysłowe neologizmy łączą się ze słowami pospolitymi, tworząc istny fajerwerk językowy.

Nie wszyscy jednak mają talent do twórczego przedrzeźniania języka, choć tradycje takich zabaw są bardzo stare, by wspomnieć tylko pomnikowy „Słownik języka polskiego” Samuela Lindego, który odnotowuje urocze słówko „murwa”, utworzone dla złagodzenia innego słowa powszechnie uznanego za obraźliwie. Wśród antenatów Witkacego i współczesnych autorów wyzwisk wymienić można by hrabiego Fredrę jako twórcę sprośnej „Piczomiry” czy pomysłowego Juliana Tuwima (jego słynne: „caf się fruwa twoja mać”). A patronuje im sam ojciec poezji polskiej Jan Kochanowski. To on stworzył pamiętne fraszki, którymi delektuje się nadal młódź obojga płci, „Na matematyka” czy „Na ucztę”: „Szeląg dam od wychodu, nie zjem jeno jaje:/ Drożej sram, niźli jadam; złe to obyczaje”. Nie każdemu jednak, jak wspomniałem, idzie to tak chwacko, by napomknąć tylko o wykoślawionym wulgaryzmie, który zawędrował nawet do reklamy, gdzie powiada się z podziwem, iż dany produkt jest „zajefajny”.

We współczesnym dramacie także

coraz więcej przeklinania

W przepisanych przez Pawła Demirskiego Mickiewiczowskich „Dziadach” w Teatrze Polskim we Wrocławiu („Dziady. Ekshumacja”, reżyseria Monika Strzępka, 2007) Konrad tak rozpoczynał swoją improwizację ku rozpaczy polonistów: „Wypierdalać! Będę improwizował”. To była, oczywiście, prowokacja, ale Rubikon został pokonany. Od tego czasu już nikt (wśród krytyków) specjalnie mowie szpetniej się nie dziwuje, czasem tylko napomykając lub pytając półgębkiem, czy aby publika to zniesie. Jak wspomniałem, rozmaicie z tym bywa, nie zawsze znosi, ale jednak wszystko zależy do kontekstu.

Słów niecenzuralnych nie brakuje na przykład w programach bardzo lubianego „Pożaru w Burdelu”. Gustuje w nich szczególnie Burdel Tata, w znakomitej kreacji Andrzeja Konopki. Ale rzecz osobliwa. Te gejzery wyzwisk wyrzucanych przez Burdel Tatę przechodzą gładko, słuchane przy tym są chętnie i rzęsiście oklaskiwane. Słowa szpetne wcale tu nie rażą, konwencja szalonego kabaretu, jak się okazuje, daje więc licencję na przeklinanie. Przypuszczam jednak, że nie każdemu. I gdyby ktoś, podpatrując sukces „Pożaru w Burdelu”, próbował naśladować tę metodę, mógłby się boleśnie rozczarować. Po prostu „Pożar w Burdelu” wyrobił sobie tak silną markę, że to mu uchodzi, ba!, stało się nawet niezbywalną częścią jego poetyki.

Czy taka licencja nas przeklinanie może również znaleźć zastosowanie w teatrze dramatycznym? Przekonałem się o tym niedawno podczas festiwalu teatralnego w Astanie (Kazachstan), gdzie w miejscowym teatrze rosyjskim zobaczyłem spektakl wedle dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... ukraińskiej autorki Anny Jabłońskiej „Poganie” [na zdjęciu]. To opowieść o rozpadającej się rodzinie, która pod presją codzienności traci wewnętrzną więź i sens życia.

Dialogi w tej sztuce często gęsto mieszają wulgaryzmy z językiem poetyckim. Wulgaryzmów jest tu wyjątkowo wiele, a trzeba wiedzieć, że na Wschodzie widownia jest znacznie bardziej niż w Europie uwrażliwiona na język, na ogół teksty wulgarne odrzuca, uważa za niesmaczne. Ale nie tym razem. Wychodzi na to, że szpetne słowa pasują jak ulał, kiedy użyte są dla oddania mentalnej, moralnej, a nawet ekonomicznej sytuacji bohaterów. Wtedy

nikogo nie rażą

Nawet tak mocno na to uwrażliwionych wyznawców islamu. Może dlatego, że szpetota języka „Pogan” obnaża szpetotę duchową bohaterów tego dramatu, kompromituje ich, ale jednocześnie dosadność mowy uwyraźnia głębię przeżywanego kryzysu psychicznego. Tak czy owak, nikt tu się nie gorszy stekami wyzwisk czy paskudnych określeń miotanych ze sceny, a to dlatego, że Jabłońska, obdarzona wyjątkowym słuchem językowym, użyła ich z niesłychaną intuicją i trafnością.

To była zresztą jej ostatnia sztuka i najlepsza. Leciała z Odessy do Moskwy, aby odebrać za tę sztukę nagrodę, przyznaną jej przez rosyjski magazyn filmowy. Nie odebrała już tej nagrody. Anna Jabłońska (1981-2011) zginęła tragicznie w zamachu terrorystycznym na lotnisku Domodedovo. Kto wie, może ten kontekst wzmacnia wymowę dramatu, który nabiera bardzo osobistego, tragicznego tonu. W takim kontekście nawet „brzydkie słowa” brzmią jak rozpaczliwe wołanie o pomoc.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz