SHAKESPEARE Szpigiel: Środa 2 sierpnia

Anna Rzepa-Wertmann notuje na festiwalu szekspirowskim w Gdańsku:

Z nie do końca odczyszczoną Duszą jadę tramwajem na Bogusławskiego(1757-1829), aktor, reżyser, dramatopisarz, trzykrotny dyre... z nadzieją na skuteczny „powrót do samej siebie”. Rytm kołysze, giba, buja; czeka mnie „nareszcie prawdziwy Hamlet”. Na swoje szczęście nie wiem jeszcze, jak bardzo ten spektakl wywróci moje życie, sądy, opinie, rozwali prywatne „Shakespeare’s Top of The Promps”… William wespół z Losem pozwalają mi trwać w nieświadomości, kpiarsko się nawzajem ze mnie śmiejąc.

Czekamy naprawdę długo: nie ma przeproś, za jasnymi drzwiami trwa próba! Nagle, pośrodku rozmów i powitań słyszę rozgrzewający się i rozśpiewujący Cud. Mezzosoprano dramatico, sześć oktaw Głosu powleczonego Esencją Piękna! Pierwszą reakcją mimowolny okrzyk: „Oni tam Syrenę w zespole mają? Jak nie otworzą po dobroci, sama sforsuję drzwi, natychmiast chcę resztę i więcej!” (Zakładam, że wiecie jak wyglądają drzwi wiodące na widownię w Teatrze Szekspirowskim? Czego to nie zrobi wściekło-zniecierpliwono-zachwycony krytyk…?!) Stojąca obok Szekspirowska Dama Świetlista uśmiechnęła się wymownie, kwitując moje zniecierpliwienie „Chciałabym to zobaczyć, znaczy się to forsowanie…”. W tym momencie cud się staje, drzwi powoli się uchylają. Zaraz za nimi czeka pierwsza z niespodzianek. Po obu stronach nieme, nierzeczywiste cztery postaci mniszych braci; mimowolnie przystaję na moment zastanawiając się: „Statyści? Aktorzy? Elementy scenografii?”. Drugi dzwonek, Elfy kierują mnie do ostatniego rzędu. Z samego brzegu elegancki mężczyzna z …otwartym I-Padem; z lekka dębiejąc proszę po angielsku (z racji ESRA Conference w tym roku w Teatrze częściej słychać angielski niż polski!) o przepuszczenie. Wstał, uśmiechnął się pięknie, przepuszczana słyszę dźwięczne: „Izwinitie, proszu…”; znaczy się mamy Wieczór Cudów i Zadziwień, ten był wtóry.

Trzecim jest Scena: gotycko-techno-metalowe wcielenie; rampy z kątowników, łuki, schody, nad wszystkim góruje, chwilowo samotny, cudnej urody lutniczy kontrabas. Oksydowana czerń metalu potęguje wrażenie niecodzienności, coraz bardziej wodzi moją wyobraźnię na manowce. Ktokolwiek ją wymyślił i zaprojektował, zaiste miał wyobraźnię; chylę kark i kolana w czystym zachwycie!

Poniżej podwójny zestaw kotłów, rockowa wzmocniona i rozszerzona perkusja (raczej wersja deep gothic metal), samplery i klawisze (jak ze studio Ricka Wakemana!), pulpity „dęciaków”(przez moment dłuższy podejrzewałam owo niezwykłe instrumentarium nawet o theremin, choć tym razem akurat się pomyliłam). Od tej chwili postanawiam się nie domyślać, nie analizować: skupiona, Tylko i Wyłącznie czekam! Wtedy słyszę przedsmak cudu czwartego: ciężkie, mocne, głębokie, niesamowite, metalowo-transowe dźwięki, dosłownie wbijają w fotel, nogi i palce same wybijają rytm; mimowolnie zaczynam wibrować, dusza i mózg wariują. Na pewno czekam na spektakl być może nawet i operowy, nie jestem przypadkiem na koncercie black methal?!

Widownia powoli ciemnieje, gęstnieje, mrocznieje; jeszcze chwila i słychać tylko tupanie ciężkich glam obcasów, mrok rozświetlają okrągłe LED-owe reflektorki trzymane w dłoniach trzech czarnych wysokich Dam. Moje wyczekane Wiedźmy Syreny przeczesują widownię, wyraźnie kogoś szukając, Mnisie Postaci z Wejścia podążają za nimi. Od momentu, gdy słyszę nawoływanie: „Hamlete, Hamlete, o Hamlete…!”, wiem jedno: czeka mnie ostra teatralna jazda bez trzymanki, czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam!

Trzy Wiedźmy o syrenich głosach (dwie mezzosopranistki i alcistka) były Eryniami, którym Mroczny Włodarz (władający z góry orkiestrą, Księciem Kontrabasem i dzierżący w dłoniach wszystkie Sznury Losu) przydzielił nader trudne zadanie. Niech dadzą duńskiemu Dworowi wtórą szansę na to, by naprawić, wyprostować, rozsupłać węzły. Losu i przeznaczenia okpić i oszukać się nie da; one to wiedzą, Hamlet & Company dopiero się przekonają. Zadanie nie tyle niemożliwe, co horrendalnie trudne. Ludzie, nawet ci ożywieni Czarną Mocą „na poprawę”, wciąż pozostają tylko i wyłącznie ludźmi z wszystkimi ich wadami, przywarami, niedoskonałościami. Powielają błędy, schematy myślowo- sytuacyjne, idą na łatwiznę, myślą sztampowo i szablonami, prawie zawsze na poczesnym miejscu stawiając siebie i swoje miałkie materialistyczne interesy.

Pośrodku nadwrażliwy Hamlet z dziurą w duszy, prawdą zatruwającą i ciążącą mu na sercu, przedwcześnie dorosły i po bandycku ograbiony ze spuścizny. Może i szczerze kochający, lecz zbyt głęboko zatruty jadem depresji, by być szczery i prawdziwy. Stłamszony przez urodzenie, geny, pozycję, dziedzictwo…

Laertes, głodny świata, wiedzy, własnych sądów i poglądów. Z wyznaczoną mu przez Ojca od urodzenia drogą i przeznaczeniem, stłamszony serwilizmem Rodziciela, niekoniecznie chcący wybrać jego Ścieżkę. Odpowiedzialny starszy brat, kochający siostrzyczkę ponad wszystko…

No i jest jeszcze nieledwie Dziecię, której już zaprojektowano Przyszłość, nie dając ni krztyny prawa do własnych Ofeliowych marzeń, pragnień, uczuć. Wieczne kontrolowanie, szpiegowanie, traktowanie córki jak szczebla w drabinie Kariery musiało się tak skończyć!

Piękni, młodzi, szczerzy, beztroscy, niewinni i prawdziwi jak melodyjka z dziecinnego pianinka – pozytywki. Jeszcze nie zatruci, wciąż z nadzieją na szczęście. Grają w berka pomiędzy mrocznymi zakamarkami sceny, stale mijając Erynie lub Mrocznego Włodarza. Czworo par oczu ich obserwuje, choć wie, przeczuwa, że to się nie może powieść, choć zamysł zaiste był szczytny…

Prócz Cudów były też zagwozdki, i to nieliche. Najpierw Kyrie, potem Alleluja, Benedictus, Ave Maria – zaczynam niejasno podejrzewać, że Roman Grygoriv (po drodze jeszcze tajemniczy Mroczny Włodarz, epizodycznie będący duchem starego króla Hamleta) oraz Illia Razumeiko (najzabawniejszy i najbardziej niezwykły Yorick, jakiego w życiu swoim na scenie widziałam!) stworzyli muzykę, która stała się swoistą gothic methal mszą. Tak cudnej urody, iż kto raz te dźwięki słyszał, marzy już tylko o jednym: mieć je bezapelacyjnie na płycie, słuchać, zachwycać się bez końca…! Zaraz, zaraz, gdzież moje maniery?! Panie, Panowie, przed Wami trzy Syreny Wiedźmy Erynie: Halyna Barankevych, Nadiya Levchenko, Olesya Pasichniak!

Spektakl doskonały: tu wszystko do siebie pasuje, ze sobą współgra, uzupełnia się, dopełnia. Zachwyca od pierwszej do ostatniej sekundy, uwodzi, wciąga, skupia na sobie całą uwagę widza. Deklasuje wszystkie „Hamlety”, które dane mi było widzieć: byłoż ich naprawdę wiele, w różnych tłumaczeniach i językach. Gdy to piszę, jest sobotnia noc, mój umysł i wrażliwość wciąż mentalnie tkwią na widowni Szekspirowskiego. Cóż, widać jestem typem widza zupełnie nieodpornym na czary i zaklęcia Erynii o Syrenich Głosach; niebotycznie się z tego cieszę! Jakaś repeta będzie…??!

[fot. Dawid Linkowski]

Dodaj komentarz