W pogoni za rzeczywistością… uwagi na marginesie konceptów Marcina Berdyszaka

Małgorzata Dorna o instalacjach Wiesława Berdyszaka:

Instrumenty precyzyjnie obszyte kawałkami jeansu, opakowane i ustawione na martwym podeście sceny, ostro zielony fotel o kwadratowych kołach i kaskada zsuwających się z sufitu (jak grom z jasnego nieba) równie zielonych lasek, elegancki melonik wieńczący misternie ułożoną piramidę pretensjonalnych, złoconych kawałków ram, czy wreszcie sylweta pochylonego manekina i rzędy wkomponowanych w formę równoramiennego krzyża, plastikowych, prawdziwie żółtych bananów, niekiedy odzianych w wojskową panterkę, kiedy indziej oklejonych tabletkami – wszystko to okazuje się przewrotną, pełną ironii drwiną z naszego jakże iluzorycznego, umownego, dalekiego od realności – świata.

Instalacje autorstwa Marcina Berdyszaka stawiają odbiorcę w trudnej, bo wymagającej nie tylko wiedzy, ale także odrzucenia konwencjonalnego sposobu myślenia o dziele sztuki – sytuacji. Artysta (kreator, inspirator, prowokator) – odwołujący się do roli nonszalanckiego, demaskatorskiego gestu – przekonuje nas, podobnie jak czynił to w swych esejach poświęconych kulturze masowej Jean Baudrillard – że żyjemy w świece symulacji, w świecie przedmiotów, które przyjmując cechy swych oryginałów pozostają tylko atrapami.

Skazanym na symulację, czyli udawanie, imitowanie, doświadczanie egzystencji w „matriksie” – pozostaje wiara w istnienie czegoś, co w istocie już nie istnieje i być może – nie istniało nigdy. Skazanym na symulację zatem – nie jest dana umiejętność rozróżniania prawdy od fałszu, rozpoznawania tego, co rzeczywiste od tego, co wyobrażone, czy wykreowane w wirtualnej przestrzeni.

Zdaniem Baudrillarda przestrzeń ponowoczesności – to przestrzeń „symulakrów” znaków nieodsyłających do niczego innego niż tylko sam znak. W efekcie podstawową aktywnością społeczną człowieka staje się produkcja i wymiana znaków, symboli, „ikonek”, piktogramów, które utraciły punkt odniesienia. W konsekwencji tego, co widać według francuskiego filozofa po prostu nie ma, przedmioty nie kryją treści, obrazy tajemnych znaczeń, czy metaforycznych sensów. Wszystko staje się imitacją fragmentów realności, która przestała istnieć, zwielokrotniona w tysiącach lub może miliardach sfałszowanych po mistrzowsku egzemplarzy.

Instalacje i aranżacje M. Berdyszaka (nierzadko przygotowywane z myślą o jednej, wybranej przestrzeni, o charakterystycznym miejscu) przypominają nieznośną w swej nieubłaganej logice, niekwestionowaną prawdę. Przedmioty żyją dłużej, niż człowiek i to, co po nas zostanie może okazać się tylko zbiorem, nobilitowanych poprzez artystyczną kreację, niezwykłych, bo obszytych tkaniną, spreparowanych, przerażająco trwałych i groteskowo nieużytecznych – obiektów. I tak plastikowe banany, impregnowane kolorem laski, czy upozowane manekiny – trwają sterylne, obojętne i nienaruszone po wieczność. Ich byt okazuje się doskonały, równy samemu sobie, niezależny od woli posiadacza, całkowicie obiektywny i uniwersalny, niezwiązany z nikim i niczym.

Autor instalacji i obiektów przemawia do widza „tekstem”, specyficznym kodem, odwołującym się nie tylko do sfery kultury, sztuki opartej na zaskakującym, wyrafinowanym pomyśle, ale także do potocznych, niewolnych od stereotypów i schematów – wyobrażeń. Tworząc rodzaj hiperrzeczywistości udawania, że nie rozumiemy i nie jesteśmy w stanie zgłębić nietrwałości i braku tego wszystkiego, czego obecności okazujemy się tak pewni.

Być może także dlatego, by zwrócić uwagę na umowność i zmienność świata kultury i cywilizacji – M. Berdyszak kreuje w czystej, nieskażonej bieli przestrzenie „ogrodów”, w których monstrualnych rozmiarów wentylatory rozpylają olejki eteryczne, formy rzeźbiarskie z tworzywa, swoiste hybrydy imitujące kształty cytrusowych owoców i pachnące intensywną wonią „owocowości”. To również z tego powodu dokonuje przewrotnej unifikacji codziennych przedmiotów, okrywając je, opakowując w granatową materię europejskiej, wygwieżdżonej flagi lub w barwy militarne, dając dowód, że nawet drewniany stół, talerz, czy kubek może budzić niepokój, jeżeli oderwać go od zwyczajowo przypisanych mu funkcji i sensów.

W jego kompozycjach, organizujących w szczególny sposób wystawienniczą przestrzeń – powracają te same obiekty, pokazane w coraz to innych układach, konfiguracjach i rolach. Na wystawie „Biały cień” zorganizowanej w ubiegłym roku w galerii Wozownia, w Toruniu – pokazano świecące bielą, sterylne, anonimowe, powieszone w rzędy, uporządkowane w ramach prostej, geometrycznej struktury – laski. To właśnie te obiekty, podtrzymywane przez elegancko odziane dłonie – przypominały o wielce umownym, zatomizowanym lub może tylko fragmentarycznym istnieniu człowieka (sprowadzonego do formy bezdusznego, martwego manekina), o poszukiwaniu tego, co jeszcze „naturalne” w sztucznym, wykreowanym świecie kultury, w świecie, w którym brak nawet cienia realności.

Oglądając kolejne odsłony instalacji M. Berdyszaka można dojść do wniosku, że awangarda(fr. avant-garde = straż przednia), nowatorskie ruchy artys... XX wieku, do której programowo odwołuje się artysta – nadal bulwersuje i poraża, prowokuje gniew słuszny i pełen godności u widzów nieprzyzwyczajonych do tego typu, ciągle uznawanych za niekonwencjonalne – demaskatorskich gestów i działań.

Małgorzata Dorna (Wendrychowska)

Dodaj komentarz