MĄŻ I ŻONA

W nowych dekoracjach

Jarosław Kilian z powodzeniem przeniósł akcję komedii Fredry na schyłek międzywojnia. „Mąż i żona” zamiast w dworku szlacheckim rozgrywa się w eleganckiej willi w stylu art deco. Znajdujemy się w ogromnym salonie z przeszklonymi drzwiami i panoramicznym, zaokrąglonym oknem wychodzącym na ogród. Wnętrze zostało zaprojektowane z powściągliwym wykwintem przez Dorotę Kołodziejską. Ze znajdującego się w salonie odbiornika radiowego dochodzą od czasu do czasu dźwięki modnych przebojów miłosnych („Miłość ci wszystko wybaczy” itp.), fragmenty przemówień polityków, a nawet kazań. Na koniec rozlega się przejmujący alarm – zbliża się nalot, wyją syreny.

Państwo zajęci są swoimi sprawami, podchodami w grze erotycznej. Od czasu do czasu wpadają w rytm melodii międzywojnia, gustownie wykonują kroki modnych tańców, kamerdyner (Tomasz Błasiak) podgrywa na fortepianie i podśpiewuje. Jednak w ukrywanej, ekscytującej grze czworokąta coś się zacina i wszystko wreszcie wychodzi na jaw. Sprytna pokojówka Justysia (Lidia Sadowa), która pozornie wodzi za nos Hrabiego Wacława (Maksymilian Rogacki), jego żonę Elwirę (Marta Kurzak) i kochanka, niejakiego Alfreda (Piotr Bajtlik) przegra z salonowym konwenansem, interesami wielkich państwa.

Nie jest to świat miły, mimo pozorów zmysłowych rozkoszy – już w połowie pierwszej części wszyscy zakładają maski przeciwgazowe. Może to ćwiczenia przeciwlotnicze, a może, mówiąc nieoględnie, coś tu zalatuje, coraz trudniej oddychać.

Wprowadzając tzw. dekoracje akustyczne (precyzyjne dzieło Andrzeja Brzoski), Kilian dodaje nowej perspektywy komedii Fredry. Przy czym niczego w komedii nie niweczy, a zwłaszcza humoru, który dochodzi tu do głosu w pełnej krasie – scena odkrycia listów miłosnych, słanych przez Alfreda do Elwiry, w niepospolitej zresztą obfitości, wywołuje salwy śmiechu.

Aktorzy świetnie posługują się Fredrowskim wierszem, który leży im w ustach naturalnie, a więc pięknie. Słowem przedstawienie popisowe, a przy tym z mądrym zwątpieniem w życie beztroskie, gdy płoną lasy. Kilian daje do myślenia i nie zamęcza dydaktyzmem.

Wszyscy aktorzy wywiązują się ze swoich zadań, ale królową wieczoru jest Lidia Sadowa, błyskotliwie portretująca Justysię, która chce się wyrwać z pułapki, jaką zastawiło na nią życie. Jej pełen wdzięku ruch, taniec, mowę ciała, modulację głosu, każdy detal techniczny roli przenika wewnętrzna siła postaci. Ale Justysia skazana jest na porażkę. Kiedy na koniec odchodzi z jedną walizką, przez nikogo nie zauważana, jej dramat udziela się widowni.

Tomasz Miłkowski

MĄŻ I ŻONA Aleksandra Fredry, reż. Jarosław Kilian, scenografia Dorota Kołodyńska, ruch sceniczny Iwona Runowska, projekcje Jagoda Chalcińska, opracowanie muzyczne Jarosław Kilian, reż. światła Mirosław Poznański, dekoracje akustyczne Andrzej Brzoska, Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana, premiera 18 maja 2017

Dodaj komentarz