W stronę autobiografii… Anny Lejby portrety zwielokrotnione w malarstwie i tkaninie

Powtarzając, za współczesnym teoretykiem i historykiem sztuki, Ernstem Gombrichem, paradoksalne, zabarwione pewną nutą kokieterii stwierdzenie, że „Nie ma w istocie czegoś takiego jak sztuka – istnieją tylko artyści.”1 – należałoby docenić znaczenie ukrytego w dziele wizerunku, portretu psychologicznego autora. Znaczenie autoportretu nieujawnianego bezpośrednio, tak by odbiorca mógł snuć biograficzne domysły na temat tego, co w rysunku, malarstwie lub rzeźbie celowo przysłonięte, zakryte – nabiera wagi wówczas, gdy nie jest nam dane kontemplować realistycznie namalowanego, pokazanego z charakterystycznym rekwizytem (zwykle upozowanego we wnętrzu pracowni, z paletą i pędzlem w dłoni) wizerunku inicjatora i sprawcy, rozgrywającego się najczęściej w zaciszu prywatnego atelier, żmudnego, twórczego procesu, którego końcowym etapem staje się publiczna demonstracja dzieła.

Nie dysponując zapisaną na płótnie wizją, konkretyzacją osobowości artysty – mamy zatem możliwość odczytywania jego domniemanego wizerunku poprzez obecność pozostawionych (mniej lub bardziej świadomie) śladów w każdej z eksponowanych prac, wielokrotnie, zawsze jednak w emocjonalny i przez to niepowtarzalny, wyjątkowy sposób.

Dzieje się tak w szczególnie istotnej chwili, gdy stajemy „twarzą w twarz” z dziełem sztuki, gdy doświadczamy jego (dzieła) intensywnej, niemal fizycznej obecności, postrzegając je z bardzo bliskiej perspektywy. Wydaje się zatem, że obraz, grafika, rysunek, stanowiąc jakiś fragment dłuższej, linearnie prowadzonej, uporządkowanej w czasie opowieści, narracji – budzi w świadomości odbiorcy tęsknotę do konstruowania domniemanej autobiografii artysty i skłania lub może usprawiedliwia – potrzebę coraz to innego odczytywania niby znajomych, w istocie nieustannie „oswajanych”, intrygujących (bo niemożliwych do jednoznacznego nazwania) obiektów.

W twórczość Anny Lejby przenikają się dwa, pozornie dość odległe światy, dwie różne perspektywy postrzegania sztuki, wynikające zarówno z potrzeby wyboru odpowiedniej dla temperamentu artystki formy ekspresji, wyrazu, jak i z zainteresowań literackich (Anna bywa poetką, autorką krótkich, ascetycznych narracji) czy wreszcie – z właściwej naukowcom potrzeby teoretycznych analiz, rozważań. Jedną z owych perspektyw (tę bardzo kobiecą, subtelną) wyznacza fascynacja tkaniną unikatową, nawiązującą do form organicznych i miękkich, kojarzących się z fakturą abstrakcyjnego reliefu, wykorzystującego szlachetną materię aksamitu, weluru, jedwabiu, epatującego kolorystyką zapożyczoną z bogatej gamy oliwkowych brązów i czerni, głębokich fioletów, zieleni, kojarzących się z barwami Ziemi. Drugą, bardziej racjonalną i „męską” – malarstwo, przypominające precyzyjnie wykonane, przemyślane w najdrobniejszych szczegółach „konstrukty” godne oka i ręki grafika, myśliciela analizującego świat przez pryzmat estetyki i filozofii, badacza i teoretyka zarazem.

Tkaniny, nawiązujące swą organiczną strukturą i wyrafinowaną, bogatą kolorystyką do form występujących w Naturze, do pulsujących życiem, miłych w dotyku, przyjaznych, nieznanych „stworów”, wiodących swój własny, dotknięty piętnem antropomorfizmu żywot, wpisany w rytm zmieniającego się, emanującego duchową energię światła, w rytm płynnie zmieniających się nastrojów – zdają się zapraszać do uroczystej kontemplacji zjawisk i stanów przyrody. Tutaj każde pokazane z rozmysłem przeszycie, złączenie, odsłonięty szew płożącej się miękko materii – ujawnia krąg zainteresowań i pasji autorki. Jawi się nam zatem autoportret Anny, zapisany w cyklach tkanin i form przestrzennych – jako wizerunek modernistycznego piewcy tajemniczych żywiołów, rozkochanego w owej mocy wiecznie odradzającej się do życia, obdarzonej atrybutem zmysłowości i ruchu, zmiennej, nieokiełzanej, pełnej witalizmu Natury.

Każda z (abstrakcyjnych w istocie) kompozycji ewokuje w naszej świadomości syntetyczny, poddany rygorom warsztatowym obraz, niezależnie od faktu, że wykorzystana do jego stworzenia materia utwierdza nas w przekonaniu, że podział na to co ożywione i martwe, podział sztuczny, wyznaczony tradycją i kulturą – w istocie nie istnieje. Zatem materia owa, raz kojarzyć się będzie ze strukturą unerwionego, mięsistego liścia, kiedy indziej ze zgrubieniami, naroślami lśniącej po deszczu kory, z supłami miękkich w rysunku, poddających się woli artysty łodyg, połyskliwych „wężowisk” konarów, giętkich pni i gałęzi drzew, których bujnego życia możemy się tylko domyślać. To tutaj, w świecie materii, powierzchnie gładkie, odbijające światło skontrastowane z załamaniami aksamitnej w dotyku tkaniny i cieniem wypełniającym rozpadliny, zagłębienia, wgniecenia – przypominają o walce, jaka toczy się wewnątrz pulsującego życiem organizmu, o walce której przyczyną i ostatecznym celem staje się wykluwanie nowych, rozrastających się, obdarzonych atrybutem zmienności i ruchu, wydartych Naturze – form.

Głęboką prawdą o formach owych, trójwymiarowych, przestrzennych, o kompozycjach budowanych lub może narastających wokół będących w ciągłym ruchu, migoczących wielością ciemnych, intensywnych brązów, ciepłych, niekiedy oliwkowych, zrudziałych zieleni, przechodzących w przejrzałe, spatynowane, połyskliwe złoto okręgów, spirali i wirów – staje się przejmujące poczucie jedności (powstałych w pracowni „organizmów”) z Uniwersum, z Naturą, z nieustannie obecnym, a przecież niezgłębionym ostatecznie i niepoznawalnym do końca, nadrzędnym wobec odwiecznych zmagań materii i ducha, jakimś domniemanym i ledwie przeczuwanym Absolutem.

Odmienny portret Anny, niż ten możliwy do odczytania w tkaninach – zapisany został w malarstwie, w wielkoformatowych obrazach i rysunkach, szkicach, które zdają się wypełniać sekwencje i ciągi, pasma i chmury, strumienie liter. Liter uporządkowanych w rzędy, tworzących zbiory, swoiste katalogi, liter ułożonych po formie koła, spirali, liter budujących struktury, zamkniętych w wielobarwnych trójkątach jak promień rozszczepionego w pryzmacie światła, wreszcie – liter poukładanych w warstwy, tworzących teksturę obrazu, lub spontanicznie rozsypujących się na płótnie, nonszalanckim gestem artysty – eksperymentatora.

Tak, więc patrząc na malarstwo Anny odnosi się wrażenie, że konfiguracje, strumienie, wiry i spirale skłębionych, poruszonych liter, precyzyjnie wyciętych lub wydartych, zapisanych na strzępach papieru lub misternie ułożonych –  tworzą własną realność, pozostający poza czasem i miejscem, afabularny konstrukt, żyjący życiem własnym, niezależnym, niepodanym kontroli intelektu i emocji człowieka.

Budując swe dziwne, enigmatyczne, bo dotykające Tajemnicy Bytu, abstrakcyjne przestrzenie – malarka dokonuje zarówno aktu kreacji, jak i aktu destrukcji, zniszczenia. Drąc zapisane drukiem słowa na strzępy, odbierając im warstwę zrozumiałych, czytelnych znaczeń – konstruuje nowe, ledwie przeczuwalne światy, w których zmagają się ze sobą różne środki ekspresji, tak charakterystyczne dla popularnej niegdyś formy collage’u.
I tak na przykład w jednej płaszczyźnie pojawiają się litery połyskliwe i chropawe, z wyraziście zakreskowanymi polami, litery zestawione na prawach kontrastu, położone, postawione w pionie, imitujące poprzez zmianę skali i świadomie stosowaną multiplikację – rodzaj wyizolowanej, rządzącej się własnymi prawami, nadrealnej przestrzeni.

Jeżeli przyjąć, że u źródeł stworzenia było słowo – to litera staje się nie tylko znakiem graficznym, ale archetypem i symbolem, reprezentacją jakiejś cząstki, niewielkiego fragmentu Uniwersum, z którym odczuwamy podświadomą jedność i ku któremu nieuchronnie zmierzamy. Patrząc z tej, jakże osobistej (nie wolnej od determinizmu) perspektywy – postrzegamy literę w oderwaniu od przypisywanych jej przez badaczy języka, czy uczestników procesu komunikacji treści i zaczynamy traktować na prawach doskonałego, skończonego, bo zamkniętego w konkretnej, geometrycznej formie – dowodu naszego (jakże ulotnego i niedoskonałego) istnienia.

Na gruncie sztuki przedstawiającej, szczególnie tej spełniającej funkcje utylitarne, służebne wobec narzucającego kanon estetycznych i moralnych wartości społeczeństwa, uznającego prymat ideologii nad swobodą, wolnością, niezależnością artysty – tworzenie autoportretów należało do usankcjonowanych konwencją, tradycją, uświęconych politycznym obyczajem – wątpliwych przywilejów twórcy.

Jednakże we współczesnym, pozbawionym cienia humanistycznej myśli i piękna świecie, w świecie w którym dobrze namalowany obraz, czy prowokująca do własnych przemyśleń książka przegrywa z „markowym” samochodem – poszukiwanie utajonego śladu obecności człowieka, owego ujawniającego swój wewnętrzny portret „podmiotu”, skrywającego pod warstwą znaczeniową dzieła wizerunek własny, wizerunek intensywnie obecnego, wyrazistego „Ja” twórcy i „sprawcy” – urasta do rangi misji i posłannictwa artysty.

W efekcie rozpoznajemy artystę po stylistyce i charakterze jego prac, prac niepodobnych do niczego, co zdarzało się nam widzieć wcześniej, o czym mawiamy, że „było”. Prac, których największym walorem okazuje się prawda o człowieku, o jego wewnętrznym świecie, prawda o jego emocjonalnych potrzebach, jego grze podejmowanej z tym co minione, jego dyskursów prowadzonych (ponad głowami odbiorców) z artystami, którzy odeszli utrwalając swój rozpoznawalny ślad w dziedzictwie kulturowym epoki.

W tej właśnie mierze artystyczny autoportret Anny, zapisany delikatną kreską gdzieś na obrzeżach, na marginesie Jej prac – jawi się jako polifoniczny wizerunek humanistki, kochającej sztukę i ludzi, afirmującej urodę Natury i świata, wybierającej perspektywę opartego na odwiecznym porządku i ładzie, wrosłego z potrzeby rozmowy – spotkania. Spotkania z własnym, zwielokrotnionym w dziele wizerunkiem i poprzez to dzieło, poprzez medium obrazu, rysunku, traktowanej jak relief tkaniny – spotkania także z „tym drugim”, czy jak pisał był twórca filozofii personalizmu, ks. Józef Tischner – „z drugą personą dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj...”, z drugim, poszukującym swego powtórzonego odbicia w czystej tafli, w zwierciadle sztuki – człowiekiem.

Małgorzata Dorna (Piła, maj 2017)

[za zdj. Anna Lejba, „Epitafium”]

1 E. Gombrich, O sztuce, Wyd. REBIS, Warszawa 2013, s. 14

Dodaj komentarz