Bezdomny Żydowski

Ostatnie dzieje warszawskiego Teatru Żydowskiego są dramatyczne. Wygnani artyści najpierw grali pod gołym niebem na Placu Grzybowskim, aż znaleźli sobie przytułek w Klubie Garnizonowym. O teatrze na wygnaniu pisze Tomasz Miłkowski w „Dzienniku Trybuna”:

Ta scena to prawdziwa łupinka, 10 kroków wzdłuż i 6 wgłąb. Widzów zmieści się z trudem pół setki.

Na maleńkiej estradce można postawić stół i trzy krzesła, z boku wieszak, z drugiego zawiesić maleńki ekranik, a na „horyzoncie”, czyli tylnej ściance, biały prostokąt do wyświetlania tekstu po polsku, Więcej się nie wciśnie.

Niewielkie miejsce, ale choć ciasne, to prawie własne, bo wynajmowane. Sami sobie artyści Żydowskiego ten kąt przy Senatorskiej 35 znaleźli. Po wygnaniu z placu Grzybowskiego zostali bezdomni. Rozstanie z tamtym miejscem było dramatyczne. „Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce (TSKŻ) sprzedało cały majątek deweloperowi – mówi Gołda Tencer. – Zapewniano nas, że kiedy będą pół budynku burzyć, to nie przerwie eksploatacji Teatru Żydowskiego, że przeniesiemy się na drugą stronę. Ale tak się nie stało. A teraz czekamy, co będzie dalej. Pierwsi zostaliśmy wygnani, choć ten budynek przy placu Grzybowskim był budowany dla Idy Kamińskiej, dla teatru, za pieniądze amerykańskiego Joint-u. TSKŻ nie interesuje, co się z nami dzieje. To strasznie boli, ale może jest tak, że musimy to przeżyć”. W desperacji zagrali parę razy pod gołym niebem na Placu Grzybowskim, a potem zaczęła się

walka o przetrwanie

czyli okres przejściowy. Oby nie stało się tak, jak w Polsce często bywa – okres przejściowy lubi się utrwalać.

Na razie grywają gościnnie. Za główną scenę służy Klub Garnizonowy w Alejach Niepodległości, w którym rezydują dzięki życzliwości dowództwa. Nie wszystko tam można grać, warunki sceniczne są skromne. Na przykład „Boga zemsty” nie da się tam pokazać, a z tym spektaklem Żydowski wybiera się do Rumunii, ale próby wznowieniowe odbędą dopiero na miejscu. Czasem grywają i na innych scenach, premierę „Soszy” dali w Warszawskiej Operze Kameralnej, choć warunki tam nietęgie, a koszty wysokie.

– Może to i prowizorka, ale działamy – mówi Gołda Tencer. – Jak na teatr na „uchodźstwie” pracujemy pełną parą. Teatr jak nie gra, to nie żyje. Zaczynamy teraz cykl w synagodze – „Mistrzowie czytają” od Andrzeja Seweryna tekstem Tuwima „My, Żydzi polscy”. A to, że gramy miesięcznie 19 przedstawień, zakrawa na cud. Zaczynamy próby „Golema”, który będzie robiła Majka Kleczewska. Dużo się u nas dzieje, bo jest fantastyczny zespół. Dlatego stawiliśmy czoło sytuacji. Na szczęście mamy tę maleńką scenę, a na piętrze nawet dwie salki prób po 20 metrów. Teraz zaczynamy sztuki w języku jidysz. Jest trudno. Kiedy gramy, rano trzeba jechać do magazynów aż za Wilanów. Na Śliskiej mamy wynajętą salę gimnastyczną na próby. Potem gramy w Garnizonie, potem tutaj na Senatorskiej i w różnych innych miejscach. Tak pracujemy, ale potrzebna nam jest normalna duża scena. Reżyseruje u nas wielu świetnych artystów, prowadzimy rozmowy z Krystianem Lupą, ale straciliśmy „po drodze” teatr”…

„Miasteczko Kasrylewka” wedle Szolema Alejchema to już

piąta premiera

w tym „bezdomnym sezonie”. Po „Soszy” [na zdj., fot. Monika Kuc], opartej na ostatniej powieści Izaaka Singera, była komedia „Szabasowa dziewczyna” Daniela Simona w reżyserii Marcina Sławińskiego w Klubie Garnizonowym. Potem „Wielka wygrana” Marty Guśniowskiej, kameralny musical wg sztuki Szolema Alejchema, też w tym samym Klubie. Wielkie echo towarzyszyło premierze „Malowanego ptaka” na podstawie powieści Jerzego Kosińskiego w reżyserii Mai Kleczewskiej, koprodukcji z poznańskim Teatrem Polskim (wkrótce odbędzie się warszawska premiera w hali ATM, we współpracy z TR Warszawa), Pod koniec kwietnia w dawnej siedzibie Instytutu Weterynarii SGGW przy ulicy Grochowskiej można było wziąć udział w jednorazowym zdarzeniu wg „Sanatorium pod klepsydrą” Schulza, przygotowanym przez Agatę Dudę-Gracz. Trudno nie zgodzić się z panią dyrektor Tencer – niezłe tempo, którego nie powstydziłby się niejeden teatr cieszący się stabilnymi warunkami pracy.

Rzecz nie tylko w tym, że Teatr Żydowski gra często i wiele nowych tytułów, ale że to produkcje więcej niż przyzwoite artystycznie, budzące żywe zainteresowanie, przygotowane „jak gdyby nigdy nic”. Uwaga ta dotyczy także najświeższej premiery, wspomnianego już „Miasteczka”, na Scenie Kameralnej im. Szymona Szurmieja.

Ten uroczy drobiazg sceniczny reżyserował Samuel Atzmon – Wircer, który także wystąpił w spektaklu obok znakomitych aktorów Teatru Żydowskiego, Henryka Rajfera i Jerzego Walczaka – razem stworzyli niedościgły tercet. Spektakl, entuzjastycznie przyjęty przez publiczność, grany jest w języku jidysz (z polskimi napisami), mieniąc się rozmaitymi odcieniami prozy Alejchema, z jego charakterystycznym poczuciem humoru i życzliwością dla każdego człowieka.

Ta premiera to wydarzenie, choćby ze względu na osobę reżysera. Samuel Atzmon – Wircer (ur. 1929 roku w Biłgoraju), od 1948 zamieszkały i tworzący w Izraelu, nestor aktorów żydowskich, to legenda teatru grającego w języku jidysz. Artysta jest twórcą i honorowym dyrektorem teatru Yiddishspiel (The Yiddish Theater in Israel). W Polsce występował w spektaklu przygotowanym kilka lat temu przez Fundację Kresy na zamówienie Festiwalu Singera, „Ostatnia miłość” wg Izaaka Singera. Grał wtedy u boku Alicji Jachiewicz i Stefana Schmidta. Z tym spektaklem objechali 20 miast w Polsce, począwszy od rodzinnego Biłgoraja, którego Samuel Atzmon jest honorowym obywatelem.

Na najnowszy spektakl Atzmona składają się scenki z „Miasteczka” i rozbudowana sekwencja o Tewje Mleczarzu i Menachemie Mendlu. Rzecz rozpoczyna się jak próba czytana. Atzmon i Walczak siedzą przy stole i czytają wprowadzenie do „Miasteczka”. Snują opowieść o biedakach

zamieszkujących to mityczne miasteczko, którego próżno by szukać na jakiejkolwiek mapie, wyczarowane bowiem zostało przez Alejchema.

Opowieść będzie się powoli „rozkręcać”, poczynając od scenki przywołującej wyprawę biedaka z Kasrylewki (Jerzy Walczak) do Paryża, gdzie, oczywiście, musi spotkać się z bogaczem Rotszyldem (Henryk Rajfer). Biedaczyna ubija z nim interes życia, sprzedając receptę na nieśmiertelność. Za 300 złotych oferuje mu niezawodny sposób: dość wyjechać do Kasrylewki, bo tam jeszcze nigdy żaden bogacz nie umarł.

Na pewno nie umarł z przejedzenia. W kolejnej scence odwiedzamy restaurację w Kasrylewce, której właściciel (Atzmon) potrzebuje sporo czasu, zanim się zorientuje, że ma gościa (Rajfer), który chce się najeść. Na pomoc wzywa żonę Ruchl (w roli żony-kucharki, zdolnej zadręczyć każdego – Jerzy Walczak), która niespiesznie przyjmuje zamówienie. To istna droga przez mękę dla gościa, który na koniec dostanie kasrylewską kiełbasę z gwoździem.

Teraz już egzemplarze sztuki idą w kąt, zaczyna się prawdziwe, pełne granie, bo oto Tewje Mleczarz (Samuel Alzmon) odpowiada na list Szolema Alejchema. W liście opisuje swoją przygodę życia, czyli niefortunny interes, który robi z maklerem-niedołęgą Mendlem (Jerzy Walczak) pod okiem gderliwej żony (przekomiczny w tej roli Rajfer). Na scenie pojawi się nawet koń! (ściślej wycięty z dykty łeb koński), który wydaje efektowne rżenie, panowie suną bryczką do Anatewki, podrygując na wybojach, a potem odbywa się królewska uczta z pierogami i blinami, które pochłania rozanielony Mendel.

Doprawdy rozkręca się to przedstawienie coraz bardziej, publiczność znająca i nieznająca jidysz rozrzewnia się, chłonie dźwięki, czasem rymujące się z polskim, czasem z niemieckim, o melodii dziwnie bliskiej, choć zapomnianej.

Skromniutkie, świadomie staroświeckie, pełne delikatnego ciepła, dobrych uczuć dla świata przedstawienie, które dowodzi, że w każdych warunkach zespół tego teatru potrafi tworzyć piękne zdarzenia. To ubóstwo z konieczności stanowi nawet pewien atut spektaklu. Staje się do pewnego stopnia manifestacją wagi każdego drobnego gestu, kiedy jest niełatwo. Wtedy pomocną dłoń podaje wieczny optymista – Tewje Mleczarz.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz