Czy jesteśmy kulturalni?

Takie podchwytliwe pytanie na majowe święta stawia Tomasz Miłkowski:

Odpowiedź na tak postawione pytanie może być tylko twierdząca. Zawsze jesteśmy „jakoś” kulturalni.

Mniej lub bardziej. Kryteria „kulturalności” są trudne do zdefiniowania, a zwłaszcza trudno oceniać stopień zakorzenienia w kulturze. Toczą się na ten temat spory i dyskusje specjalistów, niełatwo o bezwzględnie precyzyjne miary, ale mniej więcej coś powiedzieć można. Znacznie prościej posłużyć się wskaźnikami ilościowymi. Znacznie trudniej – jakościowymi. Zbyt wiele tu niewiadomych i znaków zapytania. Bo przecież z samego faktu, że ktoś czyta książki, wcale nie wynika, że je rozumie. Albo, że z powodu częstej obecności na sali kinowej, staje się człowiekiem o bogatszej wyobraźni od innych, rzadziej zaglądających do kina. Można się tego wprawdzie spodziewać, ale jeśli wybiera takie gatunki filmowe, które rozwojowi zdolności poznawczych niezbyt sprzyjają, co wtedy?

Na równi pochyłej

Nie zagłębiajmy się lepiej zbyt głęboko w te niuanse. Dość zapytać, jak się sprawy mają pod względem ilościowym. A patrząc tylko na wskaźniki ilościowe, łatwo się przekonać, że dno kryzysu mamy za sobą. W porównaniu bowiem do pierwszej dekady tego wieku, kiedy wszystkie dane opisujące stan dostępu i uczestnictwa Polaków w kulturze pikowały w dół, teraz sytuacja sprawia wrażenie mniej więcej stabilnej. W latach 2000-2008 bowiem kurczyła się gwałtownie widownia teatralna, kinowa, spadało czytelnictwo, a te wskaźniki porównywane z danymi z okresu PRL, budziły niepokój, że mamy do czynienia z systemowym uwstecznieniem.

Dzisiaj wszystkie te parametry doszły mniej więcej do poziomu z końcowego okresu Polski Ludowej, a widownia kinowa, która w zeszłym roku przekroczyła 44 milionów widzów, zwiększyła się nawet o 2 miliony kinomanów w porównaniu do okresu sprzed transformacji ustrojowej. Nie jest to przesadny sukces, jeśli zważyć, że przez minione niemal 30 lat nie poprawiły się warunki uczestnictwa polskich obywateli w kulturze. Skoro po upływie trzech dziesiątków lat udało się zaledwie przywrócić stan z końca lat 80. ubiegłego wieku, powodów do świętowania nie ma.

Jeśli więc dane nie wskazują na rozwój, co najwyżej możemy mówić o stagnacji. Dobre i to. Powód do pewnego zadowolenia budzi jednak tendencja. Odwrócony został bowiem niebezpieczny trend, prowadzący nieuchronnie do kulturalnej zapaści.

Biedni czy bogaci?

Łatwo się przekonać o zmianie wspomnianej tendencji, przeglądając „Rocznik kultury polskiej, 2016”. To pierwszy tom z planowanej serii dorocznych opracowań Narodowego Centrum Kultury. Nawet jeśli można zgłaszać wątpliwości do zastosowanych kryteriów pomiaru i interpretacji, nie sposób odmówić sensowności takiej publikacji.

Nareszcie mamy do czynienia z rodzajem raportu, opisującego stan rzeczy. Możemy czerpać z tego raportu informacje pełnymi garściami, popadając nawet w nastrój zadowolenia czy ukojenia. Bo i więcej na kulturę łożymy pieniędzy i więcej na kulturę jako poszczególni obywatele wydajemy. Okazuje się, że wydatki budżetowe na kulturę w roku 2016 wyniosły nieco ponad 4 miliardy złotych, co stanowiło 1,01 procent ogółu wydatków budżetowych państwa i 0,2 proc. produktu krajowego brutto. Dużo to czy mało? Zważywszy, że wydatki na obronność wynoszą dziesięciokrotnie więcej – niezbyt dużo. Wprawdzie wydatki na kulturę zwiększyły się o 6 procent w stosunku do roku poprzedniego (2015), ale do postulowanego od lat poziomu 1 procenta PKB droga bardzo daleka. Niemniej znacznie poszerzają się możliwości korzystania z zasobów rozmaitych instytucji kultury. Sytuacja nie ma się jednak już tak dobrze, jeśli rzutować ją będziemy na szersze tło. Okaże się wtedy, że nasze osiągnięcia sytuują Polskę poniżej średniej europejskiej.

Mniej niż przeciętnie

Takim wskaźnikiem, który studzi samozadowolenie, jest przytoczony w „Roczniku” tzw. indeks praktyk kulturalnych w Unii Europejskiej. Jest to wyliczany na podstawie dość złożonych szacunków wskaźnik charakteryzujący aktywność kulturalną w poszczególnych krajach UE. Jakie elementy składowe winny wchodzić w zakres owego indeksu, oto pytanie. Na przykład uczęszczanie do galerii handlowych traktowane jest jako jedna z takich praktyk kulturalnych, a także rozmaite zainteresowania hobbistyczne, by wymienić najbardziej dyskusyjne składniki. Tak czy owak, taki indeks praktyk ustalono, aby zorientować się w poziomie uczestnictwa w kulturze. Wprawdzie dane, na które się autorzy „Rocznika” powołują, pochodzą z roku 2013 (w tym roku Eurostat obiecuje opracowanie aktualnego indeksu), daje to jednak orientację, gdzie się znajdujemy.

Indeks posługuje się wskaźnikiem intensywności aktywności kulturalnej. Operuje czterema poziomami: bardzo wysokim, wysokim, średnim i niskim. Wedle takich przyjętych poziomów na czele europejskiej tabeli indeksu aktywności znajduje się Szwecja, w której aż 16 procent ludności praktykuje aktywność kulturalną na poziomie bardzo wysokim, 27 procent na wysokim, 49 – średnim i tylko 8 procent na poziomie niskim.

Ostatnie miejsce w tabeli indeksu aktywności zajęła Grecja, gdzie tylko 4 procent ludności uprawia aktywność kulturalną na poziomie wysokim, 32 procent na poziomie średnim i aż 63 procent – niskim. Polska sytuuje się nieco wyżej, ale dość słabo, bo z aktywnością wysoką tylko 9. procent ludności, średnią – 39. i niską – 54. To znacznie poniżej średniej unijnej i powinno dawać do myślenia.

Wtórny analfabetyzm

Niepokojąco przedstawia się w Polsce spadek czytelnictwa. Możemy się wprawdzie pocieszać, że już bardziej wskaźnik czytelnictwa nie spada, a nawet leciutko pnie się ku górze. Przed paru laty było nieco gorzej. Ale wiadomość, że tylko 37 procent obywateli sięga co najmniej raz w roku po książkę to sygnał więcej niż alarmowy. I to pomimo rozmaitych wysiłków, aby przywrócić książce należne jej miejsce wśród praktyk kulturalnych.

Ponad 60 procent Polaków, którzy zrezygnowali z czytania książek, to złowrogi dla przyszłości prognostyk. Szczególnie groźny jest rosnący wskaźnik zarzucania praktyk czytelniczych przez ludzi młodych. Okazuje się bowiem, że aktywność czytelnicza zamiera po ukończeniu 15. roku życia, a więc przed zakończeniem edukacji w szkole średniej. Jeśli książek nie czytają nawet studenci (a jako były belfer akademicki mogę to potwierdzić z własnego doświadczenia), to już naprawdę bardzo niedobrze. Jedno jest pewne: dotychczasowe działania, podejmowane przez promotorów książki, choć powstrzymały proces odchodzenia od lektur, nie zdołały jednak wytworzyć silnej presji czytelniczej.

Nadal brak atrakcyjnych programów radiowych, telewizyjnych, internetowych, promujących książkę, trwa upadek lokalnej prasy kulturalnej, lektury zostały zepchnięte na daleki plan w wymaganiach szkolnych. Do tego doszło lekceważenie porządnego wykształcenia ogólnego, a pewno można by wskazać jeszcze wiele innych powodów, które złożyły się na ten obraz duchowego zubożenia. Sprawców zaniedbań jest więc bez liku. Większość z nich nie zdaje sobie sprawy z wkładu w postępujący proces kulturalnego zdziczenia. Warto pamiętać o przestrodze z legendarnego filmu „Miś”: „Klient w krawacie jest mniej awanturujący się”. Podobnie rzecz się ma z „klientem czytającym”.

I tak wracam do pytania, postawionego na początku: czy jesteśmy kulturalni? Jednak – nie bardzo. Brakuje społecznego paktu, który łączyłby zwaśnione strony politycznego sporu w przekonaniu, iż budowanie silnego kulturą państwa, to cel wspólny. Niezależnie od tego, kto aktualnie rządzi. Tak właśnie dzieje się w Szwecji, gdzie wytrwała edukacja kulturalna przynosi najwyraźniej dobre owoce.

Tomasz Miłkowski

[Tekst publikowany w „Dzienniku Trybuna” 28 kwietnia 2017]

Dodaj komentarz