Nie wie, kim jest

O HISTORII JAKUBA Tadeusza Słobodzianka w reżyserii Ondreja Spišaka (Scena na Woli Teatru Dramatycznego) pisze Wiesław Łuka:

Ksiądz katolicki z grubą księgą, zapewne Biblią, ma na głowie żydowską kipę. Wielkie zdjęcie plakatu teatralnego (podobny plakat zapowiada przedstawienie poprzedniej sztuki tego autora) na wielu szybach warszawskich przystanków tramwajowych i na słupach reklamowych. Kpina to z dwóch religii, czy kolejna prowokacja artystyczna z podtekstem społeczno- politycznym? Ciekawe, czy to się okaże następnym powodem do lamentowania „lepszego sortu”, że „gorszy sort” wzmaga teatralne ataki na religię i polskość w ogóle – jak w przypadku Golgoty Picnic w Poznaniu i ostatnio Klątwy w Teatrze Powszechnym?

Reklama nowej sztuki Tadeusza Słobodzianka granej na wolskiej scenie Teatru Dramatycznego. Tytuł – Historia Jakuba – mało przyciągający, ale ta otwarta księga w rękach, ta koloratka pod brodą, ta jarmułka na głowie, ta myśląca twarz duchownego – te znaki mogą z pewnością widza zaintrygować.

W pierwszej scenie przedstawienia (w reżyserii Ondreja Spišaka ze Słowacji) główny bohater retrospektywnie pyta: Mamo, a dlaczego nazywam się Marian? Słyszy odpowiedź: „Nazywasz się Marian na cześć mamy Pana Jezusa”. Więc znów pytanie siedmioletniego wówczas Marianka: „A kto to Pan Jezus”? Odpowiedź mamy: „Pan Jezus, to Syn Boży, którego Żydzi ukrzyżowali dla naszego zbawienia”. No to roztropny Marianek docieka: „A kto to Żydzi tata”? Mocno tajemnicza, intrygująca odpowiedź ojca: „Żydzi, to Żydzi Marian”. Synek natychmiast równie tajemniczo, a nawet z nutką groźby uderza: „Jak ja jestem Żydem, to zobaczycie, co sobie zrobię”!

Minęło ponad dwadzieścia lat od chwili, kiedy Marian, już jako wikary w jakiejś prowincjonalnej parafii, odmówił podpitemu mężczyźnie spowiedzi. Zraził tym penitenta do sakramentów i pewnie do Kościoła w ogóle, bo pijaczek odgroził się: „… Już nigdy nie przyjdę do spowiedzi”. Gdy usłyszał od młodzieńczego duszpasterza zdecydowaną ripostę: „Pański problem…”, wyciągnął zza pazuchy swój „argument”: „A wie ksiądz, jak księdza nazywają? Nie słyszał ksiądz? Żyd!”

Już wiemy, w jaką atmosferę wprowadza nas Słobodzianek. Historię Jakuba odbieram jako drugą część dyptyku zapoczątkowanego Naszą klasą (czekam na część trzecią, dopełnienie tryptyku) napisaną przed prawie dziesięciu laty. Ozdobiono ją już wielką liczbą zasłużonych krajowych i międzynarodowych nagród, a także recenzyjnych ocen – naj… naj… naj. Ciągle jest grana na kontynentach i na warszawskiej scenie im. Tadeusza Łomnickiego. Oto grupa kolegów z tej samej klasy szkoły podstawowej (rok 1925) spotyka się po latach na koleżeńskim zjeździe, by powspominać dziecięce i młodzieńcze (szaleńcze) lata, po których przyszło im przeżyć kataklizm wojny i drugi kataklizm – totalitaryzm tzw. realnego socjalizmu. Na scenie zderzyły się ze sobą różne biografie, różne wybory i doświadczenia życiowe; jak najdalsze od uporządkowanych osobistych życiorysów. Jeden z bohaterów podsumowuje je do drugiego: „Heniek, przesraliśmy to nasze życie… Gdzie był Bóg?”. Heniek to ksiądz katolicki; milczy, zabrakło mu pomysłu na optymistyczną ripostę – puentę. Ten miks szkolnych i dojrzałych biografii ludzi zrodził się u Słobodzianka po drugim (już w demokratycznej ojczyźnie) „odkryciu” barbarzyństwa Polaków z 1941 roku dokonanego na sąsiadach, Żydach w Jedwabnem. Autor w wywiadzie przyznaje, że męczyła go ta zbrodnia po obejrzeniu przedwojennej fotografii kilku mieszkańców z miasteczka; w tym członków rodzin spalonych w stodole. Dramaturg1. autor dramatu (-tów); 2. w teatrze rosyjskim stanowisko ... wspomina: „Próbuję dociec mechanizmu tragedii dotykającej ludzi, którzy w pewnym miejscu i czasie znaleźli się w pewnym, szczególnym splocie rozmaitych społecznych i psychologicznych – historii, ideologii i religii. I próbuję pytać o ludzka kondycję w tym splocie, który doprowadził do zbrodni, zemsty i cierpienia…”.

Słobodzianka zainspirowała kilkanaście lat temu fotografia z czasu wojny, zapewne podniszczona dość odległymi latami. To inspiracja dziennikarska, reporterska; jak mi bliska. Teraz, podczas niedawnej premiery teatralnej Historii Jakuba chciałem porozmawiać z wybitnym dramaturgiem o nowej sztuce, zainspirowanej filmowym dokumentem o głównym bohaterze – księdzu katolickim, filozofie z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Romualdzie Jakubie Wekslerze – Waszkinelu. Został on uratowany z getta i wychowany w tradycji katolickiej przez polską rodzinę Waszkinelów. Rzecznik prasowy Teatru Dramatycznego (przypominam – scena na Woli) nie mógł (nie zechciał?) umożliwić mi tego spotkania z dramaturgiem i równocześnie dyrektorem Dramatycznego (proszę o wybaczenie małego donosiku!). Słobodzianek wyznaje w jednym z wywiadów, że nie zajmuje się wydarzeniami historycznymi, choć inspiracje czerpie z różnych źródeł, w tym również archiwalnych, również dziennikarskich.

Powtarzam – jeden z bohaterów z Naszej klasy dzieli się z drugim (księdzem) refleksją na temat przebytej przez nich drogi życiowej: „Heniek, przesraliśmy to nasze życie… gdzie był Bóg?”. Czy ksiądz doktor Marian z Historii Jakuba – filozof, specjalista od Tomasza z Akwinu i Bergsona, a także lekarz dusz, czyli kapelan zakonnic, samarytanek ma powody do podobnego podsumowania swego życia? Oczywiście, nie może pamiętać krótkiego czasu przeżytego za murem getta, ale słowa rzucone nieopatrznie kilka lat później przez siostrę Stefę – „ty do nikogo nie jesteś podobny…” – mocno zaniepokoiły nieco starszego Marianka. Czy już wtedy coś żydowskiego odezwało się w duszy chłopaczka? Nie wiemy. Po latach, jako ksiądz z namowy przybranej mamy, dowiaduje się z listu zakonnicy, również Żydówki, że jest Żydem, że biologiczny ojciec, Jakub Weksler, był ostatnim krawcem w getcie w Wasilkowie. Tę wiadomość przyjmuje raczej spokojnie. Właśnie w tym momencie, nad trumną mamy, w kazaniu pogrzebowym przypomina, że przywódca Mojżesz, który wyprowadził swój naród z niewoli egipskiej, również urodził się i uchował od śmierci w dramatycznych okolicznościach. A chłopiec o imieniu Jezus, który zbawił świat, musiał ponad tysiąc lat po Mojżeszu uciekać z żydowską Matką do Egiptu, ponieważ groziła mu śmierć z wyroku Heroda. Filozoficznie puentuje przywołane fakty: „…Najwyższy pisze ludzki los nieznanym pismem…”.

Nad trumną przybrany syn, ksiądz nieoczekiwanie żegna zmarłą jako Marian i równocześnie informuje ją przy trumnie, że po biologicznym ojcu, ostatnim krawcu w wasilkowskim getcie, przyjmuje imię Jakub. Czy ten fakt nie uprawomocnia mnie do wspomnienia jednej z najznaczniejszych w treści i najznakomitszych literacko scen polskiej sztuki dramatycznej? Gustaw z III Części Dziadów wieszcza Adama, kochanek zawiedziony w miłości, przeistacza się w Konrada, też kochanka, ale całego narodu pozostającego w niewoli. Woła on w Wielkiej Improwizacji: „kocham cały naród… wszystkie jego pokolenia”. Chce walczyć o ich szczęście, wadzi się w tej walce z Najwyższym.

Marian nie wadzi się z Nim, ale w poczuciu zagubienia szuka własnego miejsca pod słońcem obydwu ojczyzn – Polski i Izraela. Najwyższy sprawił męskie, dorosłe odkrycie jego „drogiej połowy”, którą przyniósł na niedobry świat z krwią biologicznych rodziców. Przyniósł ją w jednym z najtragiczniejszych tego świata okresów. Bohater Naszej klasy pyta, gdzie jest Bóg? Natomiast bohater Historii Jakuba czuje Jego istnienie, więc także Jego działanie, dzięki któremu odnalazł swoją „drugą połowę”. Chce ją zgłębić i pielęgnować, ale z całą pewnością nie chce wyrzec się także własnej „pierwszej połowy”. Tę sprawili polscy, przybrani rodzice dzięki Synowi Najwyższego.

To jest ten „szczególny splot” Mariana-Jakuba, o którym mówi Słobodzianek w wywiadzie, gdy przywołuje sformułowanie prof. Leonarda Neugera (polonisty i slawisty, wykształconego w Krakowie, a pracującego obecnie w Sztokholmie). Neuger pisze w eseju- posłowiu do Historii Jakuba: „…Słobodzianek napisał tragedię o człowieku głębokiej wiary, głębokiej miłości, człowieku uczciwym i prawym, który zostaje radykalnie odrzucony…”. Odrzuca go jednak dalsza rodzina, ocalała po Holokauście, gdy ją poznał w Izraelu, dokąd przyjechał, ponieważ chciał do końca życia godzić w sobie dwie własne „połowy”. Głównym powodem odrzucenia w Izraelu stała się religia, bo Marian-Jakub nie chciał się wyrzec Jezusa, choć już, pod presją wujka rabina, wyrzekł się księżowskiej koloratki. Religia doprowadziła go na Ziemi Świętej do rozdarcia wewnętrznego. Jeden z bohaterów w Naszej klasie mówi o „przesranym życiu”. Bohaterowi Historii Jakuba, jako kapłanowi, nie przystoi posługiwanie się żargonem kolesiów przy piwie. Ma jednak świadomość, że Najwyższy także nieźle namieszał w jego życiorysie. Wojujący sam ze sobą Marian-Jakub nie złorzeczy Najwyższemu w tym miejscu pod słońcem, choć Najwyższy właśnie tam sprawił narodzenie się trzech religii głoszących pokój, ale w rzeczywistości powodujących od wieków ludzkie „wodzenie się za łby” (Kochanowski). Na Ziemi Świętej zrozpaczony Żyd, skrywający pod koszulą na szyi łańcuszek z krzyżykiem, nie złorzeczy; nie odmawia Bogu miłości (jak bohater Mickiewicza), nie hamletyzuje pytaniem: gdzie On jest? Przeżywa natomiast sen rozdrapujący psychiczne rany. Nie chciał być z niego obudzony, ale stało się; wychodzi na ulicę niezatrzymywany przez nikogo. Raczej nie rozpacza, choć wyznaje, że nie wie, kim jest. Zamyka za sobą drzwi. Dokąd idzie z nierozpakowaną jeszcze walizką? Kolejny Żyd, wieczny tułacz? Ale może pozostała w Polsce, przybrana siostra Stefa go przytuli? To transcendentny wymiar sztuki Słobodzianka. Może nieco „przeginam” doszukując się w dyptyku (na razie w dyptyku) pozaziemskich wartości. Ale chyba nie przeginam.

Jest też bardzo ziemski wymiar nie tylko dyptyku, ale całego, bogatego dorobku dramatycznego autora Wierszalina, Turlajgroszka, Proroka Ilji, Młodego Stalina, i kilkunastu innych dzieł. Słobodzianek penetruje przyczyny i skutki bardzo trudnych, czysto ziemskich relacji polsko-żydowskich oraz dramatów pogranicza polsko-wschodniego, katolicko-prawosławnego. Widzi w tych relacjach śmiertelne grzechy po wszystkich stronach historycznych konfliktów. W Historii Jakuba prawie po reportersku przywołuje takie fakty, jak polskie szmalcownictwo w czasie okupacji niemieckiej, jak zbrodnicze zachowania funkcjonariuszy komunistycznej bezpieki z jej powojenną, personalną nadreprezentacją żydowską, przywołuje nawet wołyńskie ludobójstwo. Przykłady można by mnożyć.

Przedstawienie w reżyserii Ondreja Spišaka (podobnie jak w Naszej klasie) bez udziwnień i manierycznego awangardyzmu (często widocznego u naszych młodych twórców sceny), bliskie jest poetyki reportażu. Ten gatunek sztuki – literatura faktu – zaleca się czytelnikowi czy telewidzowi konkretem, „dzisiejszością”, aktualnością, dosłownością, nie zaś fikcją, zmyśleniem. Ale w tym non fiction znajduje odwieczną uniwersalność. Słobodzianek i Spišak potrafią ją znajdować i przekazywać na scenie.

Wiesław Łuka

[Tekst publikowany na portalu pisarze.pl]

Dodaj komentarz