Numer 7566

Można tego numeru na okładce książki nie zauważyć, jest widoczny tylko pod pewnym kątem. Ten niski numer wytatuowano na ramieniu Zofii Posmysz w Auschwitz.

Kilka jej koleżanek usunęło po wyzwolenia te ślady upodlenia. Ale Zofia Posmysz – nie: „Dziś już na moje 7566 nie zwracam uwagi. Zżyłam się z tym numerem – mówi Michałowi Wójcikowi w wywiadzie-rzece „Królestwo za mgłą” – tak jakbym go miała od urodzenia. Kiedyś zauważyłam, że na pierwszej cyfrze, na siódemce, pojawił się mały pryszczyk. Pomyślałam, że numer sam zniknie. Ale tak się nie stało. Pryszcz zniknął, siódemka pozostała”.

Podobno z Auschwitz nie wychodzi się nigdy. Ale Zofii Posmysz się udało, dzięki pisaniu. Tak naprawdę to jej literatura obozowa o trudnej do przecenienia wartości, otworzyła jej bramy obozu. Pomógł jej w tym mąż, Jan Piasecki, prozaik i twórca radiowy. To właśnie on, kiedy po wojnie usłyszała na ulicy głos esesmanki z Auschwitz, Aufsherin Anneliese Frank, która wybrała Zofię Posmysz na swoją sekretarkę poradził żonie, aby to zdarzenie opisała.

Wcześniej nie wyobrażała sobie, aby pisać o rzeczywistości obozowej. To było zbyt dotkliwe „Mnie wówczas do głowy nie przyszło – zwierzała się swemu rozmówcy – że mogłabym o obozie napisać. To moim zdaniem było nieopisywalne”. Tę niezachwianą opinię zburzyło spotkanie w Paryżu: „Poleciałam do Paryża – wspomina – aby zrobić reportaż o otwarciu połączenia lotniczego Warszawa Paryż. Na placu Zgody, gdzie było bardzo wielu turystów, usłyszałam ten głos (…) To był głos moje aufzejerki. Aż się odwróciłam. Ciarki mnie przeszły”. To wtedy mąż powiedział: Napisz to!

Tak też zrobiła. Najpierw powstało słuchowisko „Pasażerka z kabiny 45”, bo przecież Zofia Posmysz była wówczas reporterką radiową, potem spektakl telewizyjny, opowiadanie, powieść, wreszcie scenariusz filmowy i na koniec opera, która w ostatnich latach triumfalnie obchodzi wielkie sceny operowe Europy i świata.

Na „Pasażerce”, najgłośniejszej i sławnej powieści, w dużej mierze za sprawą filmu Adama Munka, się nie skończyło. Powstały inne ważne utwory, przede wszystkim „Wakacje nad Adriatykiem” niedocenione w pełni arcydzieło literatury obozowej, w którym pisarka zgłębiła najmroczniejsze tajemnice fabryki śmierci, jej społeczne i psychologiczne podglebie.

O bezpośredniej inspiracji, która skłoniła autorkę do zajęcia się przeszłością, czyli o tym nieoczekiwanym spotkaniu z głosem Anneliese Frank (bardzo to radiowe!), pisarka opowiadała wielokrotnie, zaspakajając ciekawość czytelników i dziennikarzy, dlaczego do spraw obozowych wraca dopiero teraz. Tymczasem okazuje się, że kiedy Zofia Posmysz słyszała jej głos na placu Zgody, Annelisese Frank już od lat nie żyła. Zmarła 29 sierpnia 1956 roku w Arnsbergu. Pamięć i wyobraźnie pisarki uruchomił więc miraż. Złudzenie na jawie.

Tak jak wcześniej sen, w którym aufzejerka ją opuściła. Prawda jest przecież taka, że to Lizie zawdzięcza przetrwanie w obozie, niezależnie od motywów, dość skomplikowanych psychologicznie, które sprawiły, że Frank poczuła się jej „aniołem stróżem”. Tymczasem przyśniło się jej, że Frank opuściła Auschwitz, ale tylko raz, bo „częściej śniło mi się coś innego. O wiele gorszy sen, Że tracę pracę w magazynie żywności. Tracę tę bezpieczną przystań. Nagle jestem bezbronna. Zagrożona, Największa trauma przecież to stracić grunt pod nogami. Ten straszny sen powtarzał się regularnie, to były koszmarne noce. Przestałam śnić, gdy napisałam „Pasażerkę”.

Przewodnikiem po świecie książek i wspomnień Zofii Posmysz jest Michał Wójcik, który namówił pisarkę do rozmowy. Nie było to łatwe. Nie dlatego, że autorka „Pasażerki” unika wspomnień. Przeciwnie, wciąż bierze udział w spotkaniach z młodzieżą, opowiada o życiu obozowym, o strasznej epoce pieców. Co pewien czas sięga po pióro. Jej kalendarz wypełniają też kolejne premiery opery „Pasażerka”. Okazało się, że ponad dziewięćdziesięcioletnia pisarka nie ma czasu na rozmowy. Na szczęście jednak uległa perswazjom i do kilkunastu spotkań doszło. Dzięki temu powstała jedna z najważniejszych książek w polskiej, a może światowej literaturze o czasach zagłady. Ponad 70 lat po zakończeniu wojny i wyzwoleniu obozów koncentracyjnych przerażająca prawda o ich charakterze, o upadlającym systemie i bezkarności oprawców znalazła pełny wyraz. Zofia Posmysz nie epatuje brutalizmami, ale też niczego nie skrywa. Rzeczywistość obozową kreśli w kolorach szarości, unika jaskrawych kontrastów, dociera do wielu pomijanych szczegółów, zgłasza wątpliwości, pyta i przestrzega przed nienawiścią.

Zaczyna od spraw zwykłych, codziennych, a przecież podstawowych, od holendrów, od przeklętych obozowych trepów: „Trepy wymyślono pewnie po to, aby w nich nie biegać. Ale tu w obozie dostałyśmy je, chyba żeby nie uciec. Były ciężkie, niewygodne i potwornie raniły stopy. Po dniu chodzenia nogi nam krwawiły, nie dali nam żadnych skarpetek. Następnego dnia wracając z pracy, szłyśmy na bosaka, niosłyśmy te trepy w rękach”.

Niezwykłość tej opowieści polega jednak nie na tym, że przywołuje wiele detali i zachowań charakterystycznych dla łagrowego bytowania, ale że te dokumentalne i zmysłowe zarazem zapisy łączy z komentarzem i poetyckim ujęciem. Tak może opowiadać tylko pisarka o szczególnej wrażliwości, czuła na świat wszystkimi zmysłami i obdarzona darem nazywania rzeczy. Ten dar dźwięczy już w tytule książki: „Królestwo za mgłą”. Tytuł wywołuje mnóstwo skojarzeń, ale nie wygląda na typowy dla książki zawierającej refleksje i wspomnienia obozowe. To tytuł, który przystoi baśni albo opowieści fantastycznej. Sugeruje, że mowa będzie o jakiejś dziwnej krainie, która wyłania się zza mgły, której kontury są niejasne, a może nawet istnienie niepewne. Źródło tego tytułu wyjaśnia się w książce – najwyraźniej nawiązuje do baśniowych porównań, jakie wcześniej pojawiły się w powieści „Wakacje nad Adriatykiem”. To po tej powieści posypały się pod adresem pisarki zarzuty, że przyrównuje świat za drutami do terytorium bliskiego wyobrażeniom braci Grimm. Nie po raz pierwszy miano jej za złe, że po swojemu, inaczej patrzy na doświadczenia obozowe. Po ogłoszeniu „Pasażerki” również odezwały się głosy krytyczne, że nie dokonuje wyrazistego, czarno-białego podziału na złych i dobrych, niemieckich ciemiężców i ofiary, że używa wielu zniuansowanych odcieni, aby opisać rzeczywistość obozową i panujące w niej relacje.

Pisarka jako autorkę tej alegorii obozu jako królestwa, w którym rządzi Zakon Rycerzy Trupiej Czaszki wskazuje swoją przyjaciółkę z Auschwitz, Zofię Jachimczak, numer obozowy 7546: „wizja obozu jako świata z bajki towarzyszyła mi od lat – wyjaśnia. Wydaje mi się, że Ptaszka (tak nazywa swoją przyjaciółkę) widziała obóz w konwencji mitologicznej, jej ojciec był germanistą. Znał dzieje tych wszystkich Odynów i Zygfrydów. Dumnych bogów, mściwych herosów”. Takie spojrzenie wprowadzało psychiczną zaporę, dystans, właściwie niemożliwy do osiągnięcia: „Obóz to było Królestwo. Wieże strażników to wieże zamkowe Strażnicy na wieżach to rycerze. O psy też, psy-rycerze. Może to rozbrajało grozę, może łatwiej jej było tę łagrową rzeczywistość oswajać”.

A mgła? O mgle się nie pamięta, ona się we wspomnieniach rozwiewa. Tymczasem Zofia Posmysz w tej lepkiej mgle, która ogarniała obóz, wciskała się wszędzie, dostrzega jeszcze jedną, biologiczną katuszę, jakiej doznawały ofiary, jakiej sama doświadczała. Mgłę i fetor sugestywnie pisarka przywołała we wspomnianej już powieści „Wakacjach nad Adriatykiem”. Teraz te opisy dopełnia, opisując chwile po przebudzeniu, kiedy wychodziła z baraku i szła do latryny: „atmosfera była zupełnie nieziemska. Bajkowa. Zaraz za drzwiami wchodziło się w mgłę. To była ciężka zawiesina. O prawie stałej konsystencji. (…) Była taka wilgoć, że dym z komina nie leciał w górę, ale opadał na ziemię. I tak wisiał – jak mgła – między barakami. (…) Ta mgła wydzielała odór. Odór palonego mięsa. Jak w kuchni, gdy się coś przypali”.

Oto królestwo za mgłą. Albo jak w innych miejscach powiada pisarka – kolonia. Świat zagłady. Nikt tego tak nie opisywał. I prawie nikomu z tego piekła nie udało się uciec.

Zofia Posmysz uciekała długo. Po wyzwoleniu zbierała skrawki chleba i chowała do woreczka. Wciąż myślała, że wojna się nie skończyła, a wtedy nie ma większego skarbu od chleba.

Tomasz Miłkowski

Zofia Posmysz, „Królestwo za mgłą. Z autorka „Pasażerki” rozmawia Michał Wójcik, Kraków 2017

[Szkic opublikowany w „Dzienniku Trybuna”, 31 marca 2017]

Dodaj komentarz