Osobiste rozgrywki z czasem

Refleksje Małgorzaty Dorny na marginesie wystawy poplenerowej „Człopa 2016”:

„Czymże, więc jest czas?” – zapytuje św. Augustyn w XI Księdze Wyznań i odpowiada w sposób zagadkowy, podkreślając efemeryczną, niejasną istotę przedmiotu swych rozważań – „Jeżeli nikt mnie o to nie pyta – wiem. Jeżeli pytającemu usiłuję wytłumaczyć – nie wiem”1.

Wydaje się, że dla współczesnego człowieka, dzielącego swe życie między światem realnym i wirtualnym, między tym, co minione, i tym, co dopiero nastąpi, tak że faktycznie zdaje się on nieobecny „tu i teraz” – czas pozostaje pewną umownością. Jest on bowiem kreacją myśli, abstraktem, dziełem szalonego matematyka lub fizyka, co to istniejąc niezależnie od intencji tego, kto dzieło to nazwał, zmierzył, dookreślił – paradoksalnie przejmuje kontrolę nad jego (kreatora) losem. Czasu nie sposób przekupić, oszukać, oswoić, czy nawet odnaleźć, mimo że czas odnajdywany i tracony, czas poszukiwany, obdarzony walorem duchowego przeżycia – panował niepodzielnie na kartach (dotkniętej piętnem charakterystycznego dla epoki schyłkowej dekadentyzmu) głośnej powieści Prousta.

W przypowieściach i mitach czas biegnie linearnie, po prostej, jak strzała puszczona z łuku. W poezji modernistycznej czas wznosi się i opada melodyjnie, ulegając niekiedy zatrzymaniu, zbaczając na porośnięte zielskiem dygresji manowce, pachnące macierzanką metafor, rozdokazywane, rozświergotane jak słońce na ściernisku. Poemat romantyczny celebruje czas przesłonięty matową bielą mgły, przeniknięty nieuchwytnym Duchem oniryzmu, sennego, upiornego widziadła. Literatura klasycystyczna porządkuje czas w sekwencje obrazów, o wyraźnie wydzielonych ramach. W filozofii wyrosłej na gruncie nauk przyrodniczych – czas układa się w cykle owych „wiecznych powrotów”, gdyż „Poczucie czasu zostało wbudowane w mechanizmy życia razem z samym życiem. Wydaje się, że cykliczność procesów jest istotna właśnie dla biologii”2.

Niezależnie jednak od tego, jak postrzegamy czas, doświadczanie jego iluzorycznej obecności – zawsze wydaje się mocno podejrzane i zwodnicze. Podejmując artystyczne „Gry z czasem”, tak jak pragną tego organizatorzy pleneru, przyjmujący niebezpiecznie pojemną formułę dla twórczych (estetycznych i formalnych) poszukiwań – człowiek stawia siebie w bardziej uprzywilejowanej pozycji gracza lub może partnera w rozgrywce, niż ma szansę uczynić to w życiu. W życiu bowiem czas kojarzy się z destrukcją, z procesem niszczenia, prowadzonym konsekwentnie i metodycznie przez wyrafinowanego przeciwnika, silnego i bezwzględnego, demaskującego brutalnie bezsens ewentualnej gry. W życiu czas nie jest godnym partnerem, dzierży w garści wszystkie atuty i jeżeli porównać zmagania z nim do rozgrywki brydżowej – to zawsze trzyma Asa w rękawie. Finał kolejnych rozgrywek wydaje się przesądzony. Czas jednak można przechytrzyć. Zasiadając do niezupełnie uczciwej gry, konstruując opowieść o sobie samym (dzieło sztuki jawi się w kategoriach takiej, subiektywnej narracji właśnie) artysta proponuje rozdanie znaczonymi przez siebie kartami.

I tak Rafał Łuszczewski (ciągle jeszcze po gombrowiczowsku dzieckiem i ekspresjonizmem „podszyty”) rzuca na stół archetypy i symbole, elementy runicznego pisma, zapraszając czas do sfery sacrum, gdzie ulega on nagłemu zatrzymaniu. Kompozycja zatytułowana „Kawa i słowo” [na zdjęciu], pełna tajemnych znaków, pokazanych symultanicznie, przywodzących na myśl rytualne, magiczne zaklęcia, znaków epatujących geometryczną, wyważoną formą i intrygującym, nieco chropawym konturem, wreszcie znaków opartych na zdecydowanym kontraście czerni, czerwieni i bieli – niesie w sobie wyraźne, nieco ironiczne, z pewnością groteskowe – przesłanie. Czas zatrzymany, zamknięty w pułapce sacrum, zapisany w słowach, oswojony (lub może – oswajany, przez ową powtarzalność rytuału) całkiem spokojnie, „przy kawie” – traci swą siłę, swą moc.

Bogata tekstura obrazu, celowe odrzucenie głębi, sprowadzenie rytualnego pojedynku z czasem do prostych linearnych, geometrycznych form – wszystko to sprawia, że przeciwnik ulega demitologizacji, dekonstrukcji, zostaje poddany swoistej wiwisekcji, analizie.

W konsekwencji czasowi zostaje odebrany najważniejszy atrybut, owa linearna ciągłość, która (zderzona w tradycji nowożytnej kultury) z kruchością ludzkiego istnienia – czyniła go przeciwnikiem wielkim i niepokonanym. Powrót do tego, co pierwotne, zakorzenione w Naturze, w mistycznym obrzędzie zapisanych na pulsującej brązami, plamami żółci i bieli płaszczyźnie, a co przywodzi na myśl ryty, malarstwo naskalne, wszystko to zdaje się powoływać do życia świat, sprzed momentu, w którym wynaleziono zegary.

Podobne reguły gry (mimo odmiennego sposobu ekspresji, odmiennej konwencji wypowiedzi) narzuca czasowi Alfred Aszkiełowicz, autor literowych kompozycji, przypominających połyskliwe, kamienne płyty nagrobne. To znowu wejście w sferę sacrum, tyle że bez tej groteski i ironii, która znamionuje malarstwo Łuszczewskiego, wejście spokojne, wyważone, naznaczone potrzebą spojrzenia z oddalenia, z filozoficznego dystansu.

W kompozycji Aszkiełowicza czas jest martwy, pozbawiony atrybutu ruchu, zmienności, zapisany w rzędach równych, kaligraficznie stawianych liter. Pokazana na wystawie monochromatyczna kompozycja, utrzymana w całej gamie szarości i bieli, kompozycja intrygująca ascezą, wyrafinowanym umiarem – sugeruje, że czasu nie było i nie ma. Czas to bowiem wytwór wyobraźni, iluzja, tak samo surrealna i niedorzeczna jak słowo, gdyby spróbować je odczytać z zapisanych na płótnie znaków, nie tworzących logicznych ciągów, nieprowokujących skojarzeń z tym, co realne, wiadome, możliwe do jednoznacznego nazwania.

W monumentalnych, klarownych, dobrze skonstruowanych kompozycjach autorstwa Jakuba Malinowskiego, w owych zapisanych fragmentach minimalistycznej, surowej architektury – czas zostaje brutalnie ubezwłasnowolniony, zamknięty w pułapce światła i gęstej, niemal dotykalnej, zmysłowej ciszy. W przeciwieństwie do czasu historycznego, czasu wojny i pokoju, czasu zmagań osobistych i zmagań zbiorowych, czasu dynamicznego – czas utrwalony na płótnie zostaje skazany został na anonimowe, samotne trwanie, równie samotne jak trwanie człowieka w architektonicznych bryłach, w surowych prostopadłościanach, w blokowiskach ponowoczesnego miasta. To tutaj w milczeniu, w dojmującym spokoju, w bezruchu i w martwej, porażającej ciszy – rozgrywają się największe dramaty, zapisane oszczędnie, syntetycznie, po męsku, bez niepotrzebnych ozdobników, bez znieczulenia.

Obrazy Malinowskiego to wynik konsekwentnego przełożenia literatury faktu na język malarskich poszukiwań, to efekt wkroczenia z pasją i rzetelnością odpowiedzialnego za słowo reportera, uważnego, bacznego obserwatora w świat realny, w przestrzeń skamieniałego (metaforycznie i dosłownie) czasu. Tak jak powieść Trumana Capote „Z zimną krwią” stała przed laty się symbolem The New Journalism, nowej ery w światowym dziennikarstwie – tak (nie waham się przyznać bez patosu) oszczędne kompozycje Malinowskiego zwiastują nadejście nowego stylu myślenia i odczuwania sztuki, która (podobnie jak ekspresja „młodych dzikich” z początku lat osiemdziesiątych XX wieku) powinna być postrzegana w kategoriach głosu młodego pokolenia. Ten sam minimalizm, tę samą próbę mówienia stylem kolokwialnym, potocznym, ostrego mówienia „wprost”, próbę konstatacji faktów, zapisu przestrzeni przy pomocy syntetycznych, skondensowanych obrazów i form odnajdziemy także we współczesnych, pospiesznie zamykanych teatrach, w literaturze, skazanej na niszowe, „wyklęte” wydawnictwa i (zda się) niepotrzebne nikomu, akademickie dyskursy3.

Jesteśmy zatem świadkami artystycznego buntu, skierowanego przeciwko mocno ograniczającej wizji tradycji kulturowej, estetycznej, etycznej, wyrosłej z gruntu i na gruncie wartości rodzimych, przypisanych konkretnej ideologii. To bunt „obywatela świata”, przekonanego o wadze i znaczeniu artystycznego gestu, o jedyności dokonywanych wyborów, wreszcie o wadze owego tak odpychanego, usuwanego ze świadomości zbiorowej, dramatycznego „tu i teraz”, czasu zatrzymanego, czasu ulicy i sprzeciwu, czasu teatru poza przestrzenią sceny i malarstwa poza przestrzenią martwego salonu sztuki, galerii.

Małgorzata Dorna, Piła, luty 2017

1 Św. Augustyn, za: Z. Danielewicz, Nie taki prosty. Meandry linearnej koncepcji czasu w chrześcijaństwie [w] Studia Koszalińsko-Kołobrzeskie, Nr 22/2015, s. 230

2 G. J. Whitrow, za: M. Heller, Genezis czasu [w] Zagadnienia Filozoficzne w Nauce, Nr V/1983, s. 15

3 Patrz: Transfer! Teksty dla teatru, pod red. J. Krakowskiej, Warszawa 2015, czy narastający skandal wokół Teatru Polskiego we Wrocławiu

Dodaj komentarz