Zbyszek – anatomia mitu

Biegł spóźniony. Zwykle się udawało. Ale tym razem, 8 stycznia 1967, nie udało się. Zginął pod kołami pociągu na dworcu we Wrocławiu. Taki obraz Zbyszka Cybulskiego pozostał w pamięci kilku generacji.

Zginął jak żył? Tak sugerują jego przyjaciele, koledzy, współpracownicy. Zawsze w pośpiechu, zawsze gdzieś gnał. Kazimierz Kutz mówił, że siłą sprawczą Zbyszka był „lęk (…) Na mnie robił wrażenie zbiega”. Jego biografowie powtarzają, że i w życiu, i na ekranie „ustawicznie wskakiwał i wyskakiwał z jakichś pociągów”. Wciąż miał poczucie spóźnienia, napędzany obawą, że nie zdąży.

***

„Sztuka posiada silny narkotyk i on przeważnie decyduje o jej jakości. Tym narkotykiem jest możliwość przemawiania do ludzi, możliwość ich wzruszania, nawiązywania rozmowy, dyskusji, pokazywania ich samych, opowiadania o sobie, możliwość działania na ogromny wachlarz wyobraźni, marzeń – na to, co potrzebne każdemu człowiekowi, jak potrzebny jest do życia pokarm i powietrze. To jest narkotyk. A jeżeli zda się sobie sprawę, że przez to wszystko można i człowieka, i świat ulepszyć, można mu pomóc, można go rozkochać w pięknym życiu – narkotyk ten staje się jeszcze silniejszy. Bo najważniejszym partnerem aktora, reżysera, pisarza jest człowiek, ten odbiorca jego sztuki, który nieznany, szary, często w podartych rękawach siedzi w 7 rzędzie (…) Chodzi tylko o to (…), żeby uczciwie przemawiać, pokazywać, rozmawiać, wzruszać. A jakim językiem i w jakiej konwencji – to trudno określić z góry, trudno planować. Nastrój chwili, pomysł, umiejętność – sam odbiorca i jego zapotrzebowania, i tzw. zapach czasu – jak mówił nasz wielki rzeźbiarz Xawery Dunikowski – wskażą tę drogę najlepiej”.

Słowa te pisał Cybulski, przepływając Atlantyk w czasie lekkiego sztormu, „pod wpływem typowego splinu – towarzyszącemu nieodparcie morzu”, w czerwcu 1966 roku, kilka miesięcy przed tragiczną śmiercią pod kołami pociągu. Przez splot okoliczności słowa te nabrały wagi testamentu. I choć różnie można je traktować (że naiwne?, że nieprofesjonalne?, że fantazyjne, że pompatyczne?, że ignorujące warsztat aktora?), to na pewno nie można postawić Cybulskiemu zarzutu nieszczerości. Tak bowiem nie tylko pisał i myślał artysta, ale tak tworzył i tak żył. Potwierdzają to wszyscy, którzy się kiedykolwiek z Nim zetknęli, nawet ci bardzo krytycznie obserwujący Jego drogę artystyczną. Autentyzm, szczerość, fizyczna niemal potrzeba dialogu z odbiorcą – oto zespół cech, których nie zdradził nigdy. Wiedział, że stał się kimś bliskim widzowi i nie chciał tego intymnego związku utracić. Spotykał się ze swymi widzami ponad miarę nie tylko powszechnie obowiązujących obyczajów, ale ponad możliwości. Z tych spotkań czerpał doświadczenia twórcze. Jakże inaczej rozpoznałby ów „zapach czasu”?

Nie powiem nic oryginalnego ani nowego, jeśli przypomnę oczywistość, iż dla milionów Polaków i widzów Zbyszek Cybulski zrósł się na zawsze z postacią Maćka Chełmickiego. Żadna późniejsza jego rola nie pozwoliła mu się wyrwać z zaklętego koła Wajdowskiego „Popiołu i diamentu”. Był to dla aktora sukces ogromny, na gruncie polskim nieoczekiwany i niepodobny do żadnego przedtem. Ale było to też dla aktora swoiste przekleństwo. Kiedy zagrał Rawicza – mięczaka, tchórza i mitomana w „Jak być kochaną”, widzowie mieli mu za złe, zarzucali zdradę postawy. Bronił się przed tym zarzutami prawie każdą rolą, bronił również piórem, pomieszczając na lamach tygodnika harcerskiego „Na Przełaj” swoje felietony. Była to jednak walka bez szansy zwycięstwa. Cybulski pozostał Maćkiem.

Byłoby naiwnością sądzić, iż niezwykłą popularność zawdzięczał Zbyszek-Maciek dość typowemu zjawisku, zwłaszcza dla widowni małoletniej, utożsamiania się z bohaterem. W Cybulskiego-Chełmickiego nie bawiły się dzieci, choć czyniły to zapamiętale imitując Zorro czy przygody „Czterech pancernych”. Byłoby też niedorzecznością przypuszczać, iż film historyczny wzbudził na nowo namiętności, dotyczące wyboru drogi po rozbiciu hitleryzmu, choć tak dzisiaj próbuje się to zinterpretować.. Film Wajdy nie ukrywał, iż jest spojrzeniem na historię najnowszą, ale nie był czytanką historyczną: był właśnie spojrzeniem na wydarzenia, na powikłanie ludzkich losów sprzed kilkunastu lat, ale z perspektywy końca lat pięćdziesiątych. Intencja filmu została w pełni odzwierciedlona w kreacji Cybulskiego. Cybulski również nie ukrywał, że opowiada o przeszłości – choć przecież zaprezentował styl gry nowego typu, żywiołowy, witalny, naturalny, antyteatralny – oczyma młodego człowieka, który był jeszcze dzieckiem, gdy rodziła się nowa Polska. Ów nieuchwytny z pozoru dystans, a raczej należałoby rzec – perspektywa historyczna – znajdował wyraz nawet w stroju. Maciek Chełmicki wystąpił co prawda w battle-dressie, ale zarazem w dżinsach i ciemnych okularach. I tu powracamy do przywoływanego za Dunikowskim przez Cybulskiego „zapachu czasu”. Dzięki różnym zabiegom aktorskim, nowemu stylowi gry – przypowieść o Maćku Chełmickim poza swoimi walorami rozliczeniowymi zyskała wymiar opowieści o rozterkach wewnętrznych towarzyszących wyborowi postawy. Ukazała młodego bohatera, uwikłanego w splot wykluczających się konieczności, gdzie naturalnej potrzebie radości życia przeciwstawiony został ciężar podjętych wcześniej zobowiązań. W filmie Wajdy konflikt ów nabrał ekstremalnego wyrazu jako wybór między życiem i śmiercią. Artyzm Cybulskiego sprawił, że tragedia Maćka Chełmickiego stała się symbolem – jak już wielokrotnie podkreślano – „zdezorientowanego młodego człowieka w ogóle”. Tym przede wszystkim należy tłumaczyć sukces filmu pod wszystkimi szerokościami geograficznymi. Dość przypomnieć fascynację Eugenia Barby, który film obejrzał wielokrotnie i pod wpływem jego siły, kreacji Cybulskiego, podjął decyzje o wyjeździe do Polski, a potem pracy z Jerzym Grotowskim. „Maciek stał się popularny nie dlatego, że bronił określonych racji politycznych, a te całkiem się zdezaktualizowały – pisał Konrad Eberhardt – lecz, że w ogóle bronił jakichś racji, że doznał zawodu i że poniósł oczyszczającą – jak w każdej tragedii – klęskę”.

Sukces Cybulskiego zaskoczył wszystkich: Cybulskiego, filmowców, publiczność. Ta ostatnia oczekiwała kolejnych wcieleń Maćka Chełmickiego. Krytyka doszukiwała się kontynuacji linii w następnych rolach. Powstał „casus Cybulski”. Zarzucano aktorowi, że się powtarza. Grał więc różne role: komediowe, marginesowe.

Po raz pierwszy mieliśmy własnego, niewypożyczonego z innych kinematografii idola.. Porównywano Cybulskiego z Jamesem Deanem, który stał się aktorem-powiernikiem młodzieży. Cybulski uważał, że to porównanie jest zbytnio zaszczycające, że daleko mu do Deana. Dzisiaj nie tylko polska krytyka uważa, że Cybulski był po prostu aktorem lepszym, który niezależnie od Deana – w tym samym czasie – wybrał drogę dialogu z młodym widzem. Wyszło przy okazji na jaw, jak ogromne istnieje zapotrzebowanie młodego widza na bohatera filmowego, któremu nie tak łatwo sprostać. Musi bowiem dojść do zespolenia dramatycznego scenariusza z osobowością aktora, który czuje i umie wyrazić swoją emocją – zapach czasu. Jak trudne to zadanie, najlepiej świadczy fakt, że sukces Cybulskiego nie został powtórzony nawet przez Cybulskiego. Szanse takie miał Daniel Olbrychski, niestety, niewykorzystane. Stąd poczucie niespełnienia u aktora, które wyraził Olbrychski w rozmowie pomieszczonej w miesięczniku „Kino”: „Nigdy nie otrzymałem roli, która dałaby mi – podobną szansę jak Zbyszkowi Cybulskiemu rola Maćka w »Popiele i diamencie«. Niestety, nigdy już nie stanę się wyrazicielem rozterek i dramatów ani też rzecznikiem spraw pokolenia dojrzewającego w latach sześćdziesiątych. A przecież wiedziałem, czułem, że mógłbym nim zostać”.

Historia kina poucza, że era idoli – odzwierciedlających niepokoje i tęsknoty swoich czasów nie minęła, choć mit Zbyszka Cybulskiego i dla niego samego zrodził się nieoczekiwanie. Idąc na premierę „Popiołu i diamentu” nie wiedział, czy zostanie zaakceptowany. „Wydostałem się z publicznością na duży taras, słabo oświetlony – opisywał sytuację po premierze filmu Cybulski. – Nagle poczułem, że ktoś mnie ciągnie za rękaw. Odwróciłem się myśląc, że to któryś z moich kolegów czy współrealizatorów. Ujrzałem twarz starszego człowieka, w drucianych okularach, siwego. Wyglądał na wzruszonego. Był niski, w wytartej jesionce. Chwycił mnie za rękę i ciągnął w kierunku latarni. Gdy weszliśmy w krąg światła – położył mi ręce na ramionach i zaczął mi się przyglądać. Patrzył na mnie i nic nie mówił. Wydawało mi się, że był wzruszony. Po chwili potrząsnął mną i powiedział szeptem: „Jak ja się cieszę, pan jednak żyje”.

To wydaje mi się najlepiej tłumaczy wielką tajemnicę, ten nieodparty urok sztuki, jaką jest film, to jego ogromne zaczarowanie”.

To najlepiej tłumaczy narodziny mitu Zbyszka.

Tomasz Miłkowski

[Tekst opubliko9wany w „Dzienniku Trybuna” 13 stycznia 2017]

Dodaj komentarz