Festiwal jednego dyrektora

Spotkania teatrów jednego aktora organizowane przez Wiesława Gerasa to fenomen na skalę europejską. Z dyrektorem WROSTJA rozmawia Tomasz Miłkowski w tygodniku Przegląd.

17 października 1966 r. we wrocławskiej Piwnicy Świdnickiej, wówczas Klubie Młodzieży Pracującej ZMS, rozpoczął się przegląd teatrów jednego aktora, którego organizatorem i inicjatorem był szef klubu Wiesław Geras. Pół wieku później, 17 października 2016 r., we wrocławskiej Piwnicy Świdnickiej, dzisiaj restauracji, rozpoczęły się 50. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora, których dyrektorem artystycznym jest Wiesław Geras. Fenomen na skalę europejską.

Tomasz Miłkowski: Nazwa przeglądu była dość nowa. Termin teatr jednego aktora wprowadził parę lat wcześniej Ludwik Flaszen, opisując spektakle Wojciecha Siemiona ze Studenckiego Teatru Satyryków.

Wiesław Geras: Impuls szedł z STS – powstało tam kilka ważnych spektakli jednoosobowych, począwszy od „Wieży malowanej” (1959) i „Zdrady” (1961) Wojciecha Siemiona. Siemiona gościłem w toruńskim klubie Iskra, którym wcześniej kierowałem, i już wtedy badałem możliwości zorganizowania przeglądu spektakli jednoosobowych.

Twoja propozycja nie została wówczas przyjęta.

– Widocznie nikt się nie spodziewał, że pojawi się tyle nowych monodramów. Klub Iskra mieścił się po sąsiedzku, obok Teatru im. Wilama Horzycy. Podczas dorocznych festiwali teatrów Polski północnej organizowałem w klubie imprezy towarzyszące, spotkania z aktorami i wtedy zrodziła się idea festiwalu teatrów jednego aktora.

Nie udało się w Toruniu, spróbowałeś we Wrocławiu.

– Do Wrocławia trafiłem 1 kwietnia 1966 r. jako nowy szef klubu Piwnica Świdnicka. Marzeniem młodego aktora jest zagrać Hamleta. Dla mnie, chłopaka z Torunia, propozycja przejęcia Piwnicy Świdnickiej to był taki podarunek z nieba. Przyjechałem w Wielkim Tygodniu. Zastanawiałem się, od czego tu zacząć. I zaraz po świętach zgłosiłem w ZMS ideę zorganizowania przeglądu teatrów jednego aktora. Pomysł chwycił. Zjechało wtedy do Wrocławia

16 aktorów ze swoimi monodramami, w tym „rodzice założyciele” tego nurtu: Wojciech Siemion i Danuta Michałowska.

– A obok nich tacy aktorzy jak: Ryszarda Hanin, Kalina Jędrusik, Anna Lutosławska, Halina Słojewska, Andrzej Dziedziul, Ryszard Filipski czy Andrzej Łapicki.

Niezła stawka. Jak to się udało?

– Rozesłałem wici wśród przyjaciół, wykorzystałem dawne kontakty toruńskie, pomogły też anonsy w prasie. Nie wszyscy zdążyli nadesłać zgłoszenie na czas, dlatego np. Irena Jun nie wzięła udziału w pierwszym historycznym przeglądzie.

A wywołał niemałe wrażenie.

– Może dlatego zaraz po zakończeniu spotkań zrobił się szum, w prasie ukazało się mnóstwo recenzji i omówień. Niektóre zaskakiwały. Wojciech Giełżyński ironizował w „Dookoła Świata”: „Warszawka niech się uczy od Wrocławia”. Obszerny tekst w „Odrze” zamieścił Józef Kelera, napisali też inni.

Początkowo przegląd miał być imprezą jednorazową?

– Tak, to miała być przygoda na jeden raz.

A zrobiła się na pół wieku.

– Po pierwszym wrocławskim spotkaniu pojawili się aktorzy zainteresowani tym mało wówczas popularnym gatunkiem. W całym kraju powstawały spektakle i płynęły do nas pytania: czy możemy wziąć udział? Nieoczekiwanie zrodziła się swego rodzaju presja i od 1967 r. spotkania były już konkursowe. Minister kultury przyznał środki na główną nagrodę, 15 tys. zł. Wtedy to były ciężkie pieniądze. I tę pierwszą główną nagrodę, pierwszą w ogóle w historii całego festiwalu, dostał Tadeusz Malak za spektakl „W środku życia” według Tadeusza Różewicza.

Magia Piwnicy Świdnickiej przyciągała?

– Zapewne. Przychodziło tu coraz więcej artystów, zaprzyjaźnił się z nami Eugeniusz Get-Stankiewicz. Robił scenografię do spektaklu Andrzeja Dziedziula, podarował mi znak firmowy festiwalu – Hamlecika, który widnieje na wszystkich plakatach, afiszach, programach, zaproszeniach i książkach związanych z wrocławskim festiwalem. Kiedy odbywały się festiwale, ożywała cała przestrzeń. Wiesław Komasa przedstawiał „Moją bajkę” w dużej sali na bosaka, Kasia Deszcz zaskoczyła „Krokami” Becketta, które odbijały się echem w surowych wnętrzach…

Prezentowane spektakle musiały być kameralne.

– Z reguły. Chociaż niektóre rozgrywały się w większej sali, jak choćby „Tabu” Kaliny Jędrusik (1966). Tu mały wtręt – STS zapomniał uprzedzić, jakie mają oczekiwania techniczne. Nie wspomniał, że potrzebny będzie tapczan. Kalina Jędrusik przyjechała, obejrzała wnętrze i zapytała: w porządeczku, ale gdzie jest tapczan? Powiedziałem: pani Kalino, momencik. Idę do drugiej sali i mówię: kochani, potrzebny jest tapczan. Nie minęło pół godziny i pod piwnicą stanęło chyba 10 tapczanów do wyboru. Poprosiłem, aby wybrała jeden, ale żeby na każdym na chwilę usiadła, żeby chłopcy mogli opowiadać, że na tym tapczanie siedziała Kalina Jędrusik. Miała poczucie humoru i tak zrobiła. Teatr jednego aktora rodził się w dużym stopniu na kontrze do teatru instytucjonalnego.

-Taki był początek: Siemion, Michałowska, Malak, Jun – oni sami to robili, nie potrzebowali menedżerów, instytucji, po prostu tworzyli. Nie rozsyłali wici, że są gotowi. To do nich się zwracali dyrektorzy domów kultury czy kierownicy świetlic i zapraszali na występy. I raptem pojawia się Bronisław Wrocławski z Teatrem im. Stefana Jaracza w Łodzi, który staje się wylęgarnią monodramów. Okazuje się, że w teatrze instytucjonalnym powstają wartościowe spektakle teatru jednego aktora. To nowe zjawisko, przybierające na sile. W Jaraczu były przecież spektakle Gabrieli Muskały czy Kamila Maćkowiaka. Jednak wiele przedstawień jednoosobowych w teatrach instytucjonalnych jest zaprzeczeniem teatru jednego aktora. To raczej oszczędny sposób na wykonanie planu premier, bo są tanie w porównaniu ze spektaklami wieloosobowymi. Niewiele to ma wspólnego ze sztuką.

Nie da się tego zakazać.

– Niech te spektakle w teatrach instytucjonalnych powstają, to wzmaga konkurencję. Na szczęście w dalszym ciągu są aktorzy, którzy materię drążą sami i sami przygotowują autorskie przedstawienia. Takim przykładem jest twórczość aktorki młodego pokolenia Agnieszki Przepiórskiej. Wszystkie spektakle na dobrą sprawę zrobiła sama, korzystając z przyjacielskiej pomocy Teatru Konsekwentnego.

Jakie z tego wnioski wynikają dla WROSTJA?

– WROSTJA trwają, ale zmieniają skórę. Po pierwsze, coraz mniej stać mnie na spektakle, coraz mniej też jest takich, które powstają z potrzeby serca, a więcej wykalkulowanych „produktów” albo spektakli zgłaszanych przez teatry. Chlubnym wyjątkiem są dwa ubiegłoroczne spektakle Wiesława Komasy („Różewiczogranie”) i Krzysztofa Gordona („Śmieszny staruszek”), oba zresztą powstały na zamówienie WROSTJA.

Czyli na twoje zamówienie.

– Niech ci będzie, moje zamówienie. Komasa swój pierwszy monodram robił w roku 1971 w PWST w Krakowie u prof. Danuty Michałowskiej, ale kiedy się z nim rozmawia, zwykle mówi: „Ja monodramu w ogóle nie lubię. To jest mój bunt”. Z drugiej strony są aktorzy specjalizujący się w spektaklach jednoosobowych. To przypadek Janusza Stolarskiego, który spełnia się w teatrze jednego aktora. To także droga Anny Skubik, jeżdżącej ze swoimi spektaklami po całym świecie. Od lat istnieje też kuźnia młodych, których odkrywa Stanisław Miedziewski. Spod jego ręki wyszło ich sporo, z kręgów amatorów, którzy osiągnęli poziom profesjonalny, np. Wioleta Komar („Diva”, 2010) czy Mateusz Nowak („Od przodu i od tyłu”, 2014), którzy biorą udział w konkursach obok aktorów profesjonalnych i wygrywają.

Po 10 festiwalach, w roku 1976, Wrocław chciał się odwrócić od teatru jednego aktora. Dlaczego?

– Wrocław jest specyficznym miastem. We Wrocławiu dobrze się zaczyna, a potem to ginie i już nikogo nie interesuje. Festiwal władzom się znudził, zaczęły marudzić, że przychodzi niewiele osób, że to niszowa impreza, niemal dla nikogo. Potem ktoś się zmienił w wojewódzkim ZMS, też mniej go to obchodziło niż poprzedników. Wtedy organizatorzy zaczęli się rozglądać, gdzie można by ten festiwal zwoływać, zapewniając mu życzliwsze otoczenie.

Wybór padł na Toruń, a zaproponował to Lech Śliwonik jako prezes Towarzystwa Kultury Teatralnej, współorganizatora festiwalu. W toruńskim ZMS byli inteligentni ludzie, którzy pomysł podchwycili, m.in. aktualny prezydent Michał Zaleski, ówczesny wiceprzewodniczący zarządu wojewódzkiego. Warto przypomnieć, że Olgierd Łukaszewicz otrzymał od przewodniczącego wojewódzkiej organizacji ZMS Jana Mrozowskiego specjalną nagrodę za „Psalmy Dawida” (1986)!

Ale wrocławianie nie odpuścili.

– Kiedy w Toruniu odbywał się pierwszy festiwal, w listopadzie 1976 r., spotkaliśmy się przypadkowo z Remigiuszem Lenczykiem. Idziemy ul. Szeroką i komentujemy, że nędznie wygląda to, co oni tu robią, i wpadamy na pomysł, żeby we Wrocławiu, w Piwnicy Świdnickiej, zwołać Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora. Wracamy do Wrocławia i proponuję, żebyśmy się trzymali jedenastki, bo będzie to 11. spotkanie we Wrocławiu, choć pod zmienioną nazwą, i zapraszamy 11 aktorów.

Wstydu nie było, na WROSTJA przyjechali Zofia Rysiówna, Lidia Zamków i Leszek Herdegen, Kazimierz Borowiec, Tadeusz Malak, Daniel Olbrychski…

– Spotkania organizowaliśmy w ekspresowym tempie, ale zdążyliśmy jeszcze w tym samym roku, aby zachować ciągłość – miały miejsce tuż przed świętami, od 19 do 22 grudnia 1976 r. I tak się zaczęła kolejna faza wrocławskiego przeglądu. Też go modyfikowaliśmy, przy okazji drugiego spotkania pojawił się monodram telewizyjny, a w roku 2001 r. odbyła się pierwsza edycja międzynarodowych spotkań.

Rok później do Wrocławia wrócił Ogólnopolski Festiwal Teatrów Jednego Aktora, który już od pięciu lat nie odbywał się w Toruniu. Teraz też nastąpiła przerwa. Od roku 2015 zawiesiliśmy organizację konkursu wobec braku zainteresowania mecenasów.

Kłopoty mają dyrektorzy festiwali mono nie tylko w Polsce.

– To prawda, niektóre padają, inne wtapiają się w „duże” festiwale, np. szekspirowskie, w ramach których pokazywane są także monodramy, jak w Armenii czy Rumunii. Nie mogę jednak spokojnie przyjąć do wiadomości, że skoro istnieje taki jeden flagowy festiwal monodramów w Polsce, o randze międzynarodowej, trwający tyle lat, to próbuje się go dobić, zamiast dyskutować o tym, jak go wzbogacać, zmieniać, dofinansować, żeby nie był taki biedny i mógł np. zaprosić spektakle z teatrów repertuarowych, z reguły nietanie.

Festiwal miał otrzymać solidną bazę w szkole teatralnej.

– Owszem, kiedy szkoła przystępowała do remontu, w aplikacjach do Unii Europejskiej pisano, że będzie na stałe bazą międzynarodowych i krajowych festiwali teatrów jednego aktora i miejscem gromadzenia archiwaliów tego teatru. A teraz dostałem z niej sygnały, że być może ta współpraca się wyczerpała, może byśmy to zawiesili. Skoro tak, to trzeba było – wbrew wszystkim – doprowadzić do 50., jubileuszowych spotkań. Tym bardziej że elegancko zachowała się Piwnica Świdnicka – bez płatnie udostępnia podwoje. A w jej wnętrzu przeżywać będziemy premiery nowych monodramów nestorów teatru jednego aktora: Ireny Jun i Tadeusza Malaka. Otwarte zostanie Muzeum Teatru, budynek już stoi, będzie nosiło imię Henryka Tomaszewskiego, ale pozwolono nam przed otwarciem zrobić Dzień Wrocławskiego Monodramu.

A co potem?

— Zmieniamy formułę, nawiązując do nazwy Wrocławskie Spotkania. Będziemy je organizować nie co roku, ale co kwartał w Muzeum Teatru. A w październiku 2017 r. hasłem wyjściowym będzie jeden, bo to w końcu mono – jeden autor, jeden aktor. Na pierwszy ogień idzie Tadeusz Różewicz. Tak więc kończy się we Wrocławiu konfrontacja aktorów szukających swojej formuły teatru jednego aktora.

Trudno ominąć pytanie o twoją wierność teatrowi jednego aktora. Co to właściwie jest?

– Nie chcę użyć słowa posłannictwo. Tak to wymyśliłem, taki sposób bycia, model życia. Nie wyobrażam sobie, żebym tego nie robił. Kiedyś napisałem, że kocham moich aktorów. „Moich” to może za dużo powiedziane, ale tak ich traktuję. Trzeba kochać to, co się robi. Co pewien czas załamuje mnie blokada ze strony tych, którzy, wydawałoby się, powinni być życzliwie usposobieni – idziesz z ofertą, propozycją, prośbą o pomoc i spotykasz się z odmową. Nikt nie chce z tobą rozmawiać, nikt nie chce cię wysłuchać. Można się załamać. Po chwili refleksji wraca jednak postanowienie: robimy, idziemy dalej. Krzysztof Kucharski napisał kiedyś, że „Geras chodzi z kapeluszem po prośbie”. Teraz już nie ma do kogo wyciągać kapelusza.

Jaka jest recepta na sukces?

– Systematyczność działania, ciągłość. To jest najważniejsze. Nie wyobrażam sobie życia bez takiej roboty. To mi sprawia przyjemność. Nikt mi nic nie każe. Nigdzie już nie pracuję, nie jestem na żadnym etacie, ale rano, o godz. 7.00, już jestem za biurkiem. Uważam, że muszę to robić. Bo jeśli nie ja, to kto?

Trzeba było – wbrew wszystkim – doprowadzić do 50., jubileuszowych spotkań.

Musisz to robić, bo ty jesteś dyrektor „konkursowy”… Właściwie skąd się wzięło to określenie?

– Tak kiedyś zażartował mój przyjaciel, artysta plastyk Fredo Ojda. Coś było na rzeczy. Jeszcze jako uczeń technikum mechanicznego w Toruniu, a był to rok 1957, wziąłem udział w konkursie „Gazety Toruńskiej”, która zwróciła się do młodych czytelników z pytaniem: „Jakie rozrywki kulturalne interesują młodzież?”. Odpowiedziałem na ankietę i zdobyłem pierwszą nagrodę – skórzaną teczkę i drzeworyt. Napisałem, że młodzi ludzie z Torunia czekają na otwarcie Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki, co wkrótce stało się faktem, i marzą o swoim klubie młodzieżowym, którego szefem zostałem 3 grudnia 1957 r.

Sam sobie przepowiedziałeś przyszłość?

– W którymś momencie życia stajesz przed pytaniem, co robić. Byłem młodziakiem i sam siebie o to pytałem. Pamiętajmy: to były siermiężne czasy, wszystkiego brakowało, był tylko jeden raczkujący program telewizyjny – jeździłem do Warszawy do Pałacu Kultury, aby tam przez godzinę oglądać telewizję. Takie to były czasy, dziś młodzi ludzie nie rozumieją, że takie mogły być fascynacje i warunki. Kiedy przygotowywaliśmy pierwszy festiwal we Wrocławiu, program drukowaliśmy na spirytusowych powielaczach. A informacje o aktorach wystukiwaliśmy na maszynie do pisania na papierze przebitkowym.

„Festiwal jednego dyrektora”
Tomasz Miłkowski
Przegląd nr 42/17.10
19-10-2016

Dodaj komentarz