Fenomen żywiołu Ziemi i Światła… Fenomen prawdy o człowieku

O malarstwie Grzegorza Ratajczyka pisze Małgorzata Dorna:

Powszechnie uważa się, że współczesna sztuka, teoretycznie „trudna” w odbiorze – wymaga od odbiorcy nie tylko przygotowania, konkretnej wiedzy z zakresu estetyki i kultury, ale także zrozumienia intencji artysty, języka jakim posługuje się twórca, podejmując (eksponując swe dzieła) trud rozmowy z niezupełnie świadomym – odbiorcą. Studiując wypowiedzi artystów, zamieszczane w katalogach wystaw ulega się przemożnemu wrażeniu, jakoby autorzy czuli obowiązek wyjaśniania swoich intencji, emocji i gestów, prowokując widza do głębszej (ukierunkowanej i zaprogramowanej) refleksji nad konkretnym obrazem, rzeźbą, czy grafiką.

Oglądając wystawy plastyczne można dojść do dość ponurego wniosku, że sztuka nie służy odbiorcy, tak jak nie służyłaby mu nawet najbardziej wyrafinowana potrawa, podana w renomowanej restauracji z załączonym przepisem kulinarnym, listą ingrediencji, kalkulacją kosztów oraz szczegółową informacją na temat ewentualnych doznań smakowych.

Artyści przemawiają ex cathedra, odbiorcy (lub może raczej coraz bardziej bezkrytyczni „biorcy”) owych dobrodziejstw jakie niesie sztuka – przyjmują grzecznie i ze zrozumieniem, przekazane przez autora treści, owe interpretacje i „intencje” dopisane, dołączone (jak ulotka reklamowa) do dzieła.

Inaczej dzieje się w przypadku, pokazywanej ostatnio w galerii BWA w Pile, wystawy prac malarskich, poznańskiego artysty, profesora tutejszej Akademii Sztuk Pięknych – Grzegorza Ratajczyka.

Jeżeli malarstwo jest rozświetlaniem tego, co materialne to równocześnie jest także materializowaniem światła” – czytamy w katalogu – „Światło jest dla mnie zasadniczym przesłaniem obrazu”. Ta prosta, lapidarna wypowiedź sytuuje pokazane na wystawie cykle, sekwencje obrazów w konkretnym nurcie poszukiwań artystycznych, w tradycji malarstwa, w którym dominująca wartością jest (obok dbałości o walory warsztatowe pracy) próba podjęcia dyskursu z najważniejszym elementem dzieła, z owym motywem dominującym, także archetypem, kulturowym i religijnym symbolem, jakim dla malarza okazuje się światło.

Ono to właśnie staje się wszechobecnym bohaterem pokazanych w galerii kompozycji. Ono to pełni zarówno rolę metafory, symbolu, jak i wyzwania rzuconego odbiorcy, by podjął trud spojrzenia na swój świat, swoje „Ja” z należnej Mu (człowiekowi, myślicielowi, humaniście) perspektywy. Ono to wreszcie inicjuje swoistą wędrówkę w czasie ku tym wszystkim epokom, w których sposobem przekazywania uczuć, twórczych niepokojów i rozterek, owych walk wewnętrznych – stawały się (jakże niewdzięczne i ryzykowne) poszukiwania formalne.

Wydaje się zatem, że Ratajczyk, jak przystało na przedstawiciela niegdysiejszej, artystycznej Bohemy – podejmuje z odbiorcą, opartą na ekstremach grę, grę szalonego hazardzisty, który stawiając wszystko na jedną kartę – nieustannie podbija stawkę. Stawkę najwyższą z możliwych, jaką staje się prawda o człowieku, o jego odbiorze Natury, Kosmosu, domniemanego, zasugerowanego w dziele Absolutu, mistycznego Bytu, być może nieupostaciowionego, bo znaczonego rozproszonym światłem – Demiurga, Stwórcy, Boga.

Uzbrojona w dobrze wydany katalog – wchodzę do galerii. Duże formanty prac, zwykle wkomponowanych w prostą, ascetyczną formę prostokąta lub kwadratu, sugerującą ową umowność okien, otwartych ku przeczuwanym, a jednak nienazwanym, nieoswojonym światom. To tutaj kłębią się żywioły, to tutaj substancja wody i ziemi przenika się z gęstą, niemal poznawalną zmysłowo materią matowego, sączącego się zwykle gdzieś z wnętrza obrazu – światła. To tutaj wreszcie dane nam zatrzymać się w zachwyceniu wobec owego odwiecznego Teatrum Uniwersum, w którym dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... stawania się i rozpadu, dramat kreacji i niszczenia stworzonych, pozornie „gotowych” struktur – rozgrywa się nieustannie poza konkretnym miejscem i czasem, poza intencją i wiedzą obserwatora.

Odrzucając balast kulturowych przyzwyczajeń, postrzegając świat takim, jakim jawi się poprzez fenomeny, obiekty, zdarzenia, zjawiska – wchodzę (ważąc każdy krok i słowo) w świat malarskich wizji Grzegorza Ratajczyka, autora wystawy zatytułowanej w sposób odbierający złudzenia – „Malarstwo, Pragnienie – Spełnienie”.

Przywiodły mnie tu różne i dawno nieodwiedzane drogi: szerokie, pozornie znane trakty Freudowskiej psychoanalizy (gdyż to, co nieuświadomione budzi największe emocje), wyraźnie wytyczone ulice, modnej u schyłku ubiegłego stulecia fenomenologii (postrzegamy dzieło sztuki na prawach „fenomenu”, w „nagłym błysku świadomości”, intuicyjnie i intencjonalnie zarazem).

Przywiodła mnie tutaj także pewna wąska i ledwie naszkicowana ścieżka „wyobraźni poetyckiej” Gastona Bachelarda, piewcy materii Ziemi, powietrza, wody, ognia i światła, badacza żywiołów i uczuć, dla którego istotą marzenia jest „zakorzenienie się” w uniwersalnie pojmowanym świecie, a nie w konkretnej, zdominowanej kultem materii realności.

Przed kilkoma laty, malując fragmenty Rzymu, Asyżu, Wenecji, postrzeganej przez pryzmat cieplej, łagodzącej kontury form architektonicznych – materii, charakterystycznego, miękko kładzionego światła – Ratajczak pozostawał był jeszcze wierny owej estetyce, wyrosłej na gruncie poszukiwań formalnych mistrzów impresjonizmu i koloryzmu.

Tworzył wówczas kompozycje polifoniczne, odwołujące się do wielości doznań zmysłowych, metaforyczne, jakby senne pejzaże, w których pobrzmiewały echa muzyki klasycznej, a rozmigotane, rozświetlone plamy układały się w tajemną melodię przenikających się, odrealnionych cieni lub może powidoków, fantomów: bram i frontonów budowli, fragmentów renesansowych pałaców, portali, latarni, ginących w perspektywie ulic.

Powstawały w ten sposób wizje jedyne, rozpoznawalne stylistycznie, pozwalające domyślać się obecności owego ducha miasta, którego ledwie uchwytną obecność sugerowało subtelne, sączące się gdzieś z wnętrza obrazu światło.

Fascynacja zmaganiem się z tym, co pozornie nieuchwytne i kruche powraca też w ostatnio pokazywanych cyklach kompozycji, składających się na wystawę „Pragnienie – Spełnienie”, ale tutaj emocje ulegają materializacji, tworząc niemal reliefową teksturę obrazu.

Podążając tropem myśli Gastona Bachelarda, francuskiego krytyka i filozofa, twórcy tak zwanej „krytyki tematycznej”- można przyjąć, że malarstwo Ratajczyka pozwala nam zbliżyć się do Tajemnicy Natury, do owych zmagań, podskórnego buzowania żywiołów, zmagań które zaprzecza tradycyjnym podziałom na materię obdarzoną atrybutem ruchu, życia, energii i materię pozornie martwą lub po prostu – nieożywioną.

Ratajczyk nie oddziela sztuki od życia, dla niego sens artystycznego gestu, sens zmagania się z żywym organizmem obrazu – stanowi najgłębszą istotę życia. „Przyznaję, sztuka jest dla mnie przeżyciem religijnym” – wyznaje na kartach katalogu i czyni to bez egzaltacji, naturalnie, z jakąś bolesną szczerością.

Tę prawdę widać wyraźnie w nonszalanckich pociągnięciach szpachli i pędzla, w owych szerokich, pełnych ekspresji gestach zapisanych na płótnie, w owej ekspresji i mocy, jaką zda się pulsować żywa tkanka (powstającego in statu nascendi) obrazu. Malarstwo Ratajczyka przemawia sugestywnością i pasja, bezinteresownością uczuć, szczerością, potrzebą prawdy doprowadzoną do ostateczności, do granicy, po której przekroczeniu groziłoby już tylko unicestwienie, mistyczne całopalenie na ołtarzu ofiarnym Sztuki.

Tutaj wszystko dzieje się w obecności i jakby „na oczach” odbiorcy. Ciężkie od balastu tworzywa, nasycone kolorem, zastygające w węzły, zgrubienia i supły, w żłobione z pasją rowy i bruzdy, owe „kilogramy farby”, o których wspomina artysta w programowej wypowiedzi do katalogu wystawy – okazują się początkiem jakiejś morderczej, mistycznej wędrówce ku światłu… Zapewne także ku (tkwiącemu gdzieś głęboko w podświadomości człowieka) archetypowi ognia, ku owym onirycznym przestrzeniom skąpanym w blasku wirujących słońc, jaśniejących gdzieś u kresu drogi, w sercu nieznanego Uniwersum.

Małgorzata Dorna

Dodaj komentarz