SAMOTNY BIAŁY ŻAGIEL. Wspomnienie Marcina Kuźmińskiego

„Twój ojciec leży w głębi mórz / Gdzie oczy były – perły już”. Ten cytat z „Burzy” Szekspira od kilku dni kojarzy mi się wyłącznie z Marcinem Kuźmińskim. Gdzie te perły?

Okres wakacyjny, wiadomo, prawie wszyscy gdzieś się porozjeżdżali. Akurat byłem w Sopocie, na festiwalu filmowym, kiedy od obecnej na festiwalu Magdy Łazarkiewicz usłyszałem tę tragiczną wiadomość. A przecież dopiero co się widzieliśmy, wysłałem Marcinowi entuzjastycznego esemesa po zobaczeniu świetnych „Dziejów upadków” w Małopolskim Ogrodzie Sztuki z jego udziałem. Odpisał mi: „Do zobaczenia”. Do zobaczenia na zawsze. Był Marcin, nie ma Marcina.

***

Nie pamiętam już, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, to musiały być lata moich studiów, zarazem niezbyt dobry czas dla Teatru Słowackiego. Biegałem wtedy przede wszystkim do „Starego”, ale pamiętam również przedstawienia z udziałem Marcina Kuźmińskiego: „Rodzinę” Słonimskiego w reżyserii Jerzego Golińskiego, „Wielką magię” Eduardo de Filippo w inscenizacji Bogdana Hussakowskiego. Spektakle były przeciętne, ale on już wtedy zwracał uwagę. Nawet na drugim albo trzecim planie ujawniała się charakterystyczna cecha jego aktorskiej odrębności. Cecha, którą nazwałbym dezynwolturą. Nie bezczelność w żadnym razie, ale właśnie dezynwoltura, czyli swoboda w ukazywaniu najbardziej okrutnych czy też przerysowanych portretów. W ujęciu Kuźmińskiego postaci z marginesu, święte potwory, albo malowniczy utracjusze zyskiwali coś w rodzaju nadświadomości, dzięki której ich grzeszność stawała się uczłowieczona, a wykroczenia zmniejszały siłę rażenia. Bo były to typy ludzkie, wciąż grzeszne – jednak ludzkie.

Nie był nigdy kokietem. Nie bronił bohaterów za wszelką cenę, ale starał się ich zrozumieć. Zrozumienie jest ważniejsze.

Pomimo znakomitych warunków nie pozwolił się zepchnąć do emploi(fr. = użytek), pewien typ ról, szczególnie dobrze pasuj... amanta czy aktora charakterystycznego. Lawirował pomiędzy skrajnościami, i chociaż nie zawsze otrzymywał zadania godne tych poszukiwań, z czasem dorobił się statusu jednego z najważniejszych, najchętniej obsadzanych i szanowanych artystów Teatru im. Słowackiego. Był autorytetem i świetnym kumplem, doskonałym profesjonalistą i nierównanym kompanem.

Pamiętam jego zauważalne role w „Demonach”, „Nondumie”, w przedstawieniu „Marat / Sade” gdzie z frenezją zagrał Jakuba Roux. Jako Senator w „Dziadach” Mickiewicza w reżyserii Macieja Sobocińskiego wzbudzał autentyczny strach i niepokój. Był też wymarzonym Pepperkornem w zmysłowej i chyba nienależycie przez nas docenionej w dniu premiery adaptacji „Czarodziejskiej góry” Manna w reżyserii Barbary Sass. Tyle lat upłynęło od tamtego wieczoru, a ja wciąż mam przed oczami sensualny nastrój spotkania Castorpa (Krzysztof Zawadzki) z Pieterem Pepperkornem. Rozmawiali w taki sposób, jakby chodziło o prognozę pogody, a to była przecież gra o życie. Wielka kreacja.

Do Teatru im. Słowackiego, gdzie przez długi czas współpracował z ukochanymi profesorami z krakowskiej PWST: Jerzym Golińskim, Bogdanem Hussakowskim i Mikołajem Grabowskim, trafił via Łódź. Pierwsze lata po studiach spędził bowiem w zespole Teatru im. Jaracza. Za rolę Władzia w „Ślubie” Gombrowicza w reżyserii Hussakowskiego otrzymał nagrodę na festiwalu w Kaliszu, zagrał także Mozarta w „Amadeuszu” Shaffera, Georgiego w „Mechanicznej pomarańczy” Burgessa czy Kaznodzieję w „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego. Teatralny Kraków dosyć długo pod względem ciekawych propozycji był dla Marcina Kuźmińskiego dosyć kapryśny, ale na pewno mógł być dumny z kreacji majora Steve’a Arnolda w „Za i przeciw” Harwooda, czy z udanego reżyserskiego debiutu – autotematycznego „Życia w teatrze” Davida Mameta ze scenografią Agaty Dudy-Gracz. Kuźmiński usunął się wtedy w cień, skupił na reżyserii, dając popisowe role swoim kolegom: Marianowi Dziędzielowi i Grzegorzowi Mielczarkowi. Zagrali wspaniale.

W ostatnich latach najwięcej artystycznej satysfakcji dawała mu chyba współpraca z Iwoną Kempą.

W niedawnym „Rytuale” Kempy według Bergmana, oraz wcześniejszych „Z miłości” według Petera Turriniego, oraz „Intymności” Hanifa Kureishiego, stał się idealnym wręcz odtwórcą reżyserskiego zamówienia adaptatorki. Grał mężczyzn pozornie silnych i witalnych, ukrywających jednak często drugie, wrażliwe, delikatne dno. Słabość i strach.

Ani kino (niewielkie rólki w „Wenecji”, „Zakochanym aniele”, węgierskim „Cudzie w Krakowie”, czy niedawnym „Czerwonym pająku”), ani telewizja, nie miały nigdy pomysłu na Marcina Kuźmińskiego, albo nie zdążyły mieć. Teatr był najważniejszy.

***

„Aktorstwo musi kosztować – mówił w opublikowanym w „Dzienniku Polskim” wywiadzie z Jolantą Ciosek – jest zarówno szczęśliwym odlotem, jak i depresją”.

Myślę, że znał smak i jednego, i drugiego uczucia.

Nigdy nie będzie zgody na tak nagłe odejście artysty w sile wieku, twórczego, pełnego pomysłów, którego talent chyba jednak nie został wykorzystany należycie. A jednak nie zobaczymy więcej Marcina Kuźmińskiego na scenie, nie porozmawiamy z nim prywatnie, najlepiej przy genialnej marsylskiej zupie rybnej „Bouillabaisse”, największym przysmaku niewielkiej restauracji na Kazimierzu której był właścicielem i gdzie tak chętnie się stołowaliśmy.

Kochał morze, był mistrzem żeglarstwa. 12 lipca wypłynął po raz ostatni.

Znowu sięgam po „Burzę” Szekspira (w tłumaczeniu Słomczyńskiego): „Brzęk słyszę wokół siebie; czasem głosy, / Które, choć ze snu bym powstał długiego, / Ukołysałyby mnie znów”.

Nie będzie ukojenia. Sen się nie skończy. Finałowy rejs potrwa w nieskończoność.

Przyjacielu, nie zapomnimy cię nigdy.

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz