Z fotela Łukasza Maciejewskiego: WITEK W ORANŻERII

PRZYPADEK Bartosza Szydłowskiego w teatrze Łaźnia Nowa:

Od razu należy się wyjaśnienie, a może i przestroga. Jeżeli ktoś wybierze się do nowohuckiej „Łaźni” na teatralną wersję klasycznego już Przypadku, filmu w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego, może poczuć się rozczarowany. Oryginalny scenariusz Przypadku posłużył bowiem Bartoszowi Szydłowskiemu zaledwie jako punkt wyjścia do bardzo współczesnej, chociaż osadzonej w PRL-owskim kostiumie, przypowieści o mechanizmach wyborów.

 

Od czasów Kieślowskiego sprawa jeszcze bardziej się zawikłała. Nie ma już wrogów, ani przyjaciół, wektor wartości staje się chybotliwy, a konflikt sumienia zastępuje furia, znajdująca ujście nie tyle na ulicach, co w jadowitym, często zwyczajnie chamskim poście na Facebooku. Wszyscy są dzisiaj odmieńcami, grzesznikami, złodziejami, brakuje jakichkolwiek mechanizmów nazewniczych określających prawdy moralne. Kieślowski już w Bez końca przewidział kompromitację kościoła katolickiego jako instytucji wskazującej na życie w ramach ogólnie przyjętych kulturowych zasad zapisanych w dekalogu i innych prawdach wiary. Dzisiaj tamta kompromitacja przeszła kolejne stadia, stała się demoralizacją zawłaszczającą nie tylko sam kościół, ale i pozostałe instytucje zaufania publicznego.

W tego rodzaju dekoracji moralnej swój spektakl osadza Szydłowski. Pamiętamy, że w Przypadku Kieślowskiego, Witek brawurowo zagrany przez Bogusława Lindę korzystał z kolejnych wariantów losu. Oto wciąż marzenie ściętej głowy: jak tę samą opowieść przeżyć ileś razy, być bogatszym o doświadczenia poprzednich rozczarowań, wykluczyć esprit d’escalier, przełamać wstyd… Można powiedzieć – jaka rzeczywistość, tacy bohaterowie. Zamiast frenezji Lindy, w „Łaźni” dostajemy apatię Witka-Macieja Sajura. Młody, do bólu przeciętny chłopiec coś niby mocno artykułuje, o coś walczy, czujemy niewygodę psychiczną w jakiej się znalazł, ale jest jak jego, nasze czasy: „człowiekiem bez właściwości”. Nieciekawym i kompletnie niezajmującym. Nie mają wielkiego znaczenia również pozostali uczestnicy jego historii. Być może poza Czuszką – zagraną czule, bez cienia minoderii przez Barbarę Kurzaj, wszyscy są współuczestnikami misterium pęknięcia. Im więcej atrakcji na scenie, ciekawie pomyślanych układów choreograficznych autorstwa Dominiki Knapik, czy konceptów plastycznych Małgorzaty Szydłowskiej, tym oszczędniej w warstwie emocjonalnej. Nie zbudowaliśmy żadnych więzi, nie potrafimy kochać, trochę lepiej z zazdrością czy nienawiścią, ale i tak najczęściej chodzi o słowa, słowa, słowa. Być może właśnie z tej perspektywy, na tle przezroczystości portretu Witka-juniora i jego kompanii, najważniejszą postacią spektaklu okazuje się transpozycja bohatera wspaniale zagrana przez Tomasza Schimscheinera. To profil Witka, który przeżył katastrofę samolotową zafundowaną mu przez Kieślowskiego. Jest dzisiaj w miarę spokojny, postarzał się, chodzi w piżamie i szlafroku, większość czasu spędza w prywatnej, blokowej oranżerii. Podlewa fikusy, słucha szczebiotu kanarków i mówi do nas mądrymi słowami Krzysztofa Kieślowskiego. Przestroga i nadzieja: sumienie o nazwie Witek.

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz