Chudy artysta

W poniedziałek o 16.00 w krakowskim Teatrze Ludowym debata po publikacji „Artysto scen polskich powiedz nam, z czego żyjesz?” Joanny Szulborskiej-Łukaszewicz, wieńczącej ZASP-owska ankietę o sytuacji materialnej i socjalnej artystów. Tymczasem u nas refleksje wokół tego ważnego raportu przedstawia Tomasz Miłkowski:

Kilka tygodni temu TVN-owskie „Fakty” przekazały informacje o strajku głodowym pracowników Opery Bałtyckiej. Okazało się, że strajkuje trzech: dwóch z pionu artystycznego, jeden z technicznego. Domagali się podwyżki płac o 200 złotych.

Kiedy dziennikarze „Faktów” podawali tę informację, wyglądali tak, jakby mieli umrzeć ze śmiechu. Strajk o 200 złotych? Co to za pomysł? Cóż, syty nigdy nie zrozumie głodnego.

 

Tymczasem strajkujący walczyli o podwyżki, ponieważ od sześciu lat ich płace były zamrożone. Marszałek województwa pomorskiego, któremu Opera podlega, potraktował ich jako pracowników budżetówki – formalnie się niby zgadza. Tak więc artyści i technicy Opery są ofiarami popisów pod publiczkę, uprawianych przez poprzednią koalicję, która wstrzymując podwyżki dla budżetu chciała dowieść, jak to dba o interes społeczny (czyli na przykład wpędza artystów w ubóstwo).

Sytuacja nie jest prosta – Opera dostaje niewielką dotację jak na taką instytucję, zaledwie 16 mln złotych, i wprowadzenie tych niewielkich podwyżek oznaczałoby, że da w ciągu roku 39 spektakli (o połowę mniej niż w sezonie poprzednim), wychodzi mniej więcej 4 na miesiąc, bez miesięcy wakacyjnych. Żenująco mało. Czy to znaczy, że Pomorza nie stać na operę? Tak czy owak, przeciętne płace brutto na poziomie 2 tysięcy złotych, a tak jest w Operze, nikogo nie mogą satysfakcjonować. Sytuacja jest patowa, prowadzi do kroków desperackich. Strajk trwał wprawdzie zaledwie kilkanaście godzin, ale to dość, aby zwrócić uwagę na położenie materialne pracowników instytucji artystycznych.

Zdumienie dziennikarzy „Faktów”, o którym wspomniałem, nie powinno właściwie tak dziwić. Panuje przecież przekonanie, że artyści w Polsce mają się dobrze, zarabiają krocie i nie mają prawa narzekać. Takie opinie powstają ma podstawie mocno przesadzonych doniesień żółtej prasy, opowieści o dobrobycie, którym cieszy się garstka najlepiej zarabiających celebrytów. Reszta, co tu gadać, ledwo zipie. Nie mówi się o tym, bo to rzecz wstydliwa, w ogóle w Polsce bieda traktowana jest jak skaza albo choroba gorsza od wenerycznej. Biedę się ukrywa, a doskonałą maską dla biedy są owiane tajemnica zarobki – w imię tajemnicy danych osobowych płace i dochody osiągane przez pracowników, w tym i artystów są strzeżone tak jak największe tajemnice państwowe.

Tę niepisaną zmowę milczenia zrywa właśnie ZASP – Stowarzyszenie Polskich Artystów Teatru, Filmu, Radia i Telewizji, z którego inicjatywy przed kilku laty wszczęto monitorowanie sytuacji ekonomicznej i socjalnej polskich artystów sceny, a także – jako krok następny – przygotowano i rozesłano ankietę dotyczącą tych właśnie problemów do około 4000 czynnych zawodowo (w pełnym lub częściowym wymiarze) artystów. Nie wszyscy odpowiedzieli, ale próba jest reprezentatywna, ankiet zwrotnych przyszło niemal 600, a dokładnie 599. To dość, aby wyprowadzać na ich podstawie poważne wnioski, nawet przy świadomości, że to tylko ankiety, a to oznacza, że każdy ankietowany subiektywnie ocenia swoją sytuację, a dane, które podaje nie muszą być absolutnie sprawdzalne. To jednak nie zakłóca obrazu całości, który w sposób niebudzący cienia wątpliwości potwierdza tezę o postępującej pauperyzacji artystów scenicznych w Polsce. Co więcej, opisany na wstępie dramatyczny gest pracowników Opery Bałtyckiej na tle wyników ankiety, można uznać za gest wykonany w imieniu znakomitej części pracujących artystów w całej Polsce.

O tym wszystkim dowiedzieć się można dzięki opracowaniu Joanny Szulborskiej-Łukaszewicz pod tytułem „Artysto scen polskich, powiedz nam, z czego żyjesz”. W opublikowanej przez ZASP książce pod tym tytułem znalazło się wiele tabel, wykresów, porównań, jak to zawsze się czyni w takich wypadkach, a z których wyciągnąć można wcale sporo istotnych wniosków. Zacznijmy od płac, bo to do nich ten miniraport o zubożałych artystach polskich rozpocząłem. Z pomieszczonej w książce tabeli wynika, że miesięczny dochód uzyskiwany z podstawowego źródła, czyli wynagrodzenia zasadniczego najczęściej ogniskuje się wokół 2000 (dwóch) tysięcy zlp miesięcznie – prawie 40 procent uczestników ankiety potwierdziło, że zarabia miesięcznie między 1700 a 2050 zlp (brutto). To najlepszy dowód, że i w innych teatrach, operach, baletach żyje się nader skromnie. Aż 17 procent zarabia między 1500-1700, a dalsze 17 procent poniżej 1500. Nie są to dane nazbyt krzepiące. Przeciwnie, wskazują, że utrzymanie siebie i rodziny z zarobków w instytucji artystycznej nie jest łatwe, że żadne tam frykasy i dostatek.

Ale nie tylko o płacach czy innych źródłach zarobkowania informuje powstały na podstawie ankiet raport. To znacznie bogatszy materiał, który może być podstawa do zmian systemowych, do rzeczywistej poprawy warunków płacy i pracy artystów. Bo równie ważna jest atmosfera sprzyjająca (lub nie) pracy twórczej. Ważne jest poczucie bezpieczeństwa i realne możliwości rozwoju. I pod tym względem nie jest najlepiej. Ankietowani wskazują na wiele powodów niezadowolenia, nawet frustracji. Przede wszystkim wskazują na brak stabilności zawodowej i za mało pracy. W przeważającej części czują się niedostatecznie wykorzystani. Wiąże się to ze wspomnianą niestabilnością. Specyfika pracy artysty polega na tym, że rytm jego pracy bywa nierówny, często daleki od regularności, a to z kolei pozostaje w kolizji z możliwością planowania życia osobistego i rodzinnego. Lista tych dolegliwości jest długa i pozostaje w dziwnej sprzeczności ze stosunkowo nikłymi korzyściami materialnymi. Wniosek nasuwa się sam: trzeba mieć naprawdę wiele samozaparcia, siły woli i prawdziwej potrzeby wewnętrznej, aby pozostawać czynnym zawodowo artystą.

To prawda, że to zawód wysokiego ryzyka, któremu częściej towarzyszy niedostatek niż bogactwo. Można by ułożyć całą antologię, ba!, bibliotekę utworów opisujących materialne poniżenie literatów i artystów. Ważne miejsce na tej liście zająłby „Głód” Knuta Hamsuna czy „Wspólny pokój” Zbigniewa Uniłowskiego albo i znana satyra oświeceniowa Adama Naruszewicza „Chudy literat”. Tak więc nic nowego pod słońcem, ale to nie znaczy, aby uznać taki stan rzecz za optymalny i pożądany. Dlatego też opracowanie Joanny Szulborskiej-Łukaszewicz zamyka krótki rozdział zatytułowany „Rekomendacje”. Zbiera w nim autorka najważniejsze problemy, jakie trzeba rozwiązać, a przynajmniej poważnie się nimi zająć. Wyliczmy je: status artysty i jego przywileje, ochrona rzemiosła artysty, zabezpieczenie socjalne artystów, wspieranie i rozwój rynku pracy artystów, przeciwdziałanie dalszej destabilizacji zawodu artysty. To katalog spraw, którymi od dawna zajmuje się ZASP – sam pamiętam poważną konferencję nt. statusu artysty.

Stowarzyszenie artystów dzięki temu opracowaniu zyskuje poważny argument w prowadzonych od lat próbach uregulowania statusu artystów, poprawy ich położenia materialnego i socjalnego, a także bogaty materiał do dalszych prac, mających na widoku pomyślną przyszłość teatru. Na koniec wypada więc pogratulować pomysłu i konsekwencji prezesowi Olgierdowi Łukaszewiczowi i jego współpracownikom, którzy uporczywie drążą temat, zmierzając krok po kroku do zmiany sytuacji. Oby dobrej (zmiany).

 

Tomasz Miłkowski

 

Joanna Szulborska-Łukaszewicz, „:Artysto scen polskich powiedz nam, z czego żyjesz?”, Kraków 2015

 

Tekst publikowany w Dzienniku Trybuna, 1 kwietnia 2016

Dodaj komentarz