Pomnik rzuca cień

Takiej Wielkiej Improwizacji na polskiej scenie jeszcze nie słyszano. Grzegorz Malecki jako Konrad w inscenizacji Eimuntasa Nekrošiusa na Scenie Narodowej zamiast po gwałtowne gesty, patetyczne i mocno artykułowane frazy i całą tę gorączkę emocjonalną z repertuaru romantycznego – sięga po intymność.

Jego zmagania z Bogiem przypominają bez mała rozmowę z przyjacielem, emocje są powściągane, a zastosowane środki ekspresji zdumiewają prostotą. Wulkan emocji zastępuje nasycone skrywaną emocją, ale przede wszystkim klarownym przewodem myślowym rozumowanie. Tym razem Konrad nie wybucha gwałtownym buntem, ale wyłuszcza powody tego buntu, jego głębokie, zaskakująco racjonalne korzenie. Od czasu do czasu tylko ten tonowany monolog, w którym emocje trzymane są na wodzy, zakłóca, nadruch głowy, którą Malecki odrzuca w bok, tak jakby bohater próbował zerwać się z uwięzi, jakby rwał się na swobodę. Na naszych oczach zamiast Konrada ekstrawertyka rodzi się introwertyk. Ktoś, kto się buntuje ze ściśniętym sercem. To przecież nie znaczy, że reżyserowi i aktorowi nieznana czy obca jest tradycja romantycznych uniesień – próbę jej zastosowania widzimy na samym początku, kiedy Grzegorz Małecki we fragmencie Upiora najwyraźniej nawiązuje do stylistyki bliskiej Józefowi Węgrzynowi.

 

A przecież w inscenizacji Nekrošiusa można odnaleźć wiele innych odmienności i piękności, nieprzeczuwanych wcześniej, które artysta wydobywa w zgodzie z własną teatralną wyobraźnią i sposobem widzenia świata. Zaskakująca jest groteskowa interpretacja postaci Senatora (Arkadiusz Janiczek), który tym razem nie tyle odstręcza swoją obłudą i okrucieństwem, ile bezradnością prowincjonalnego głupca. Zdumiewa związanie postaci Guślarza i Diabła w jedną (Marcin Przybylski), co wpisuje ją w tradycję Faustowską i sprawia, że światem mroku i guseł zarządza w tym świecie ciemna moc. Takich odkryć można by odnotować więcej, a jeszcze więcej osiągnięć aktorskich (Wiktoria Gorodeckaja jako Dziewczyna, Mateusz Rusin jako Ksiądz Piotr).

Samą jednak istotą inscenizacji jest silne związanie tego, co ogólne, uniwersalne z tym, co partykularne, lokalne. W gruncie rzeczy to bardzo litewskie, bardzo wileńskie Dziady. Nie tylko dlatego, że zza ogromnych czarnych kotar po bokach sceny co pewien czas wyłaniają się smukłe jak wieże strzeliste drzewa znad Niemna. Przede wszystkim dlatego, że cały spektakl rozgrywa się w cieniu pomnika Adama Mickiewicza dłuta Andrzeja Pronaszki. Ten formistyczny pomnik, który stanął w Wilnie, uroczyście odsłaniany (1924), ale nielubiany przez władze i mieszkańców miasta, swoim wyciętym w horyzoncie sceny kształtem każe cały czas pamiętać o rodowodzie dramatu. Co więcej, pomnik, który spłonął w lipcu 1939 od pioruna (!), ożył na scenie i zamajaczył w pewnej chwili jak pomnik Komandora z Don Juana, o czym zresztą mowa w scenie Balu u Senatora. Jak widać, nie tylko rękopisy, jak chciał Bułhakow, ale i pomniki nie płoną.

Tomasz Miłkowski

DZIADY Adama Mickiewicza, reż. Eimuntas Nekrošius, oprac. tekstu Rolandas Rastauskas, muz. Paweł Szymański, oprac. plastyczne Marius Nekrošius (scenografia), Nadezda Gultiajeva (kostiumy), reż. światła Audrius Jankauskas, Teatr Narodowy, 10 marca 2016 roku

poszerzona wersja recenzji publikowanej w tygodniku „Przegląd” 21 marca 2016

Dodaj komentarz