Pani Radna

Starsi Czytelnicy na pewno to pamiętają. Kiedy Barbara Krafftówna została radną Stołecznej Rady Narodowej, Jeremi Przybora zareagował natychmiast i wprowadził Panią Radną na mały ekran.

W ten sposób narodziła się postać Pani Radnej w Kabarecie Starszych Panów. Jak przyznaje sama Krafftówna była bardziej radną w kabarecie niż naprawdę, w gruncie rzeczy nie miała czasu, aby sprostać nowym obowiązkom, czasem więc tylko podejmowała jakąś interwencję „na twarz”. Ale jako radna królowała w telewizji. Starsi Panowie traktowali jej wysoką funkcję z lekkim dystansem, ale też ze staromodnie okazywanym szacunkiem należnym władzy. Nie było więc końca ceremoniałom, karesom i barokowym komplementom, aby coś u Pani Radnej uprosić. A Pani Radna, jak to radna, osoba zajęta i urzędowa, nie miała za wiele czasu, więc pojawiała się i równie nagle znikała, gnana enigmatycznymi obowiązkami.

Wszystkiego o tym barwnym epizodzie z życia artystycznego artystki dowiedzieć się można z opublikowanej niedawno książki Remigiusza Grzeli „Krafftówna w krainie czarów”. Na okładce widnieje stylizowana fotografia autorstwa Zofii Nasierowskiej. Na fotografii Barbara Krafftówna taka, jak wyglądała w głośnym filmie Wojciecha Hasa Jak być kochaną (1962). To właśnie po tym filmie znalazła się na szczycie popularności.

Książka Grzeli nie jest typowym, a modnym ostatnimi czasy wywiadem-rzeka „z ciekawym człowiekiem”, choć jej główny korpus to właśnie rozmowa autora z Barbarą Krafftówną, jej wspomnienia, barwne anegdoty, refleksje o o ludziach, z którymi się spotkała i pracowała, jej, nie waham się tego powiedzieć, etos pracy. Obok rozmowy znaleźć tu można jednak fragmenty wypowiedzi przyjaciół i partnerów artystycznych aktorki, obszerne fragmenty wnikliwych recenzji z filmów i przedstawień, wreszcie uwagi, czasem bardzo osobiste, Remigiusza Grzeli, a nawet fragmenty dramatów, które specjalnie dla niej napisał. Bo od tego właściwie wzięła się ich znajomość, od telefonu od aktorki, która „zarządziła” napisanie dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... na jubileusz. Co więcej, zamówiony monodram od razu miał wyznaczoną datę i miejsce swego wystawienia, żeby nie było wątpliwości. Tak naprawdę, Krafftówna wówczas nie miała jeszcze żadnej rezerwacji ani zapewnienia, że to miejsca na nią czeka, ale skoro słowo się rzekło…

Barbara Krafftówna jest bowiem osobą energiczną, zdecydowaną i upartą. Niewielka wzrostem, ale wielka duchem. Jeżeli coś postanowi, wytknie sobie cel, to zwykle tak właśnie się staje. I wtedy też tak było. Remigiusz Grzela, zaskoczony telefonem od znakomitej aktorki, której osobiście nie znał, ani też ona nie znała go wcale, natychmiast przystąpił do pracy. Nie było wyjścia. I tak powstał monodram Błękitny anioł, którym artystka uczciła swój jubileusz na deskach Teatru Narodowego. Potem zrodziła się jeszcze sztuka dwuosobowa Grzeli Oczy Brigitte Bardot, w którym Barbara Krafftówna z Marianem Kociniakiem występowali na deskach warszawskiego Teatru na Woli. Zapiski z powstawania tego spektaklu, sytuacje, uwagi, wymiany zdań, riposty, jakie zdarzały się podczas prób (a Remigiusz Grzela był wówczas kierownikiem literackim tego teatru) to także dodatkowa wartość tej książki, ukazującej osobowość aktorki z rozmaitych stron, ale przede wszystkim jej dociekliwość i zmysł analityczny przy pracy.

Czuje się Krafftówna spadkobierczynią, bodaj ostatnią z żyjących, szkoły aktorskiej Iwo Galla, do której uczęszczała w Warszawie w latach okupacji. Studio Galla funkcjonowało na warszawskim Powiślu, można bez żadnej przesady powiedzieć: pod okiem okupanta. Mieściło się bowiem w mieszkaniu Galla przy Tamce nr 5, dosłownie naprzeciwko siedziby niemieckiej organizacji Todt, utworzonej w roku 1938 w hitlerowskich Niemczech z zadaniem budowy obiektów wojskowych (kierował nią początkowo Fritz Todt, od 1940 minister uzbrojenia i amunicji Rzeszy, stąd nazwa). Praca w takiej bliskości znienawidzonego okupanta nie była łatwa, cały czas groziły najgorsze konsekwencje, a jednak najciemniej pod latarnią i praca trwała bez ustanku aż do czasów powstania warszawskiego.

Ze szkoły Galla wyniosła aktorka szacunek do podstaw profesji i prawdziwe zamiłowanie do pracy. Później, już po wojnie, wcielała te zasady pracując w zespole Galla, który utworzył w Łodzi zapraszając do siebie niedawnych uczniów warszawskiego Studia. To były lata szlifowania talentu i doskonalenia umiejętności. Na nich ufundowała się cała przyszłość aktorki i dużej grupy jej kolegów.

Dość przytoczyć na tym miejscu, jak wyglądały żmudne ćwiczenia piosenki Przeklnę cię (prawdziwej rewelacji Kabaretu Starszych Panów) w duecie z Bohdanem Łazuką, by zrozumieć, na czym polega rzetelnie rozumiana praca w tym zawodzie:

„Trzeba było widzieć – opowiada Krafftówna – jak myśmy to katorżniczo ćwiczyli. Bohdan jest genialnie muzykalny i radził sobie lepiej niż ja. Musieliśmy się idealnie zgrać. Ćwiczyliśmy, stojąc po obu stronach pianina, przy którym siedział Jerzy [Wasowski – przyp. TM]. Oddzielnie swoje fragmenty śpiewaliśmy idealnie, ale jednocześnie to była katastrofa. Jerzy wpadł na pomysł, abyśmy zatkali uszy i śpiewali swoje. Wasowski dyrygował, byliśmy w niego wpatrzeni i tak każdego dnia było lepiej, aż zezwolił nam na odetkanie jednego ucha, a potem obu (…) Taka była atmosfera Kabaretu. Wszyscy byliśmy gotowi na poświęcenia i pracowitość. To był na pewno nasz najważniejszy egzamin z piosenki”.

I tak przez kilka dobrych tygodni, ale wynik okazał się znakomity – nikomu już nie udało się (a próbowali) osiągnąć takiej perfekcji wykonania tej niezwykle wymagającej piosenki. Cóż, bez solidnej roboty ani rusz.

To tylko jeden z przykładów pracy pełnej oddania, bez której nie sposób osiągnąć tego, co stało się udziałem Barbary Krafftównej na ekranie, w telewizji, w kabarecie i w teatrze. A przy tym jeszcze ten niezwykły stosunek do partnerów, w życiu i na scenie, pełen życzliwości i uznania. Wystarczy przeczytać, z jakim szacunkiem mówi o swojej mistrzyni i starszej koleżance Irenie Kwiatkowskiej, którą zawsze podziwiała i szanowała. Nawet o jej słabostkach powie ze zrozumieniem. Albo jak życzliwie mówi o koleżance, będącej przecież obiektem szalonej zazdrości, Kalinie Jędrusik: „Zawsze byliśmy Kaliny ciekawi, co dzisiaj będzie. Co? Jeszcze nie ma Kaliny? Cały świat się nią interesował, więc jak mogła punktualnie dobrnąć na próbę? Pan taksówkarz musiał z nią porozmawiać, ludzie na ulicy. A jak nie pomówić, to przynajmniej zatrzymać i popatrzeć, jak Kalina idzie, jak rusza głową”.

Świetnie się tę książkę czyta. Oferuje takie bogactwo doznań, informacji, ocen, anegdot i prawdy o życiu artystycznym (przede wszystkim, choć nie tylko w czasach PRL), że można ją studiować z prawdziwą przyjemnością, zbliżając się do fenomenu, któremu na imię Barbara Krafftówna.

Tomasz Miłkowski

„Krafftówna w krainie czarów. Barbara Krafftówna w rozmowie z Remigiuszem Grzelką”, Warszawa 2016

[Recenzja publikowana w „Dzienniku Trybuna” , 18 marca 2016]

Dodaj komentarz