Z fotela Łukasza Maciejewskiego: SKRZYWDZENI I PONIŻENI

KTO SIĘ BOI VIRGINII WOOLF w reż. Grzegorza Wiśniewskiego w Teatrze Wybrzeże:

Z evergreenami w teatrze trzeba uważać. Czasami mogą się zemścić nawet na najbardziej utalentowanych adaptatorach. Kto się boi Virginii Woolf? Edwarda Albeego widziałem już tyle razy, także pod odmiennymi tytułami (od inspiracji po niemal plagiaty), że trudno mi sobie wyobrazić, żeby komukolwiek udało się jeszcze wycisnąć z tej sztuki coś nowego. Sukces przedstawienia Grzegorza Wiśniewskiego w Teatrze Wybrzeże polega na tym, że twórcy właśnie niczego nie zamierzali odkrywać na nowo, zawierzyli sprawie, która od czasu powstania dramatu nie uległa przedawnieniu. Nowością jest za to bez wątpienia bardziej współczesny, ostry przekład Jacka Poniedziałka, dzięki któremu podwójną małżeńską psychodramę o nienawiści bez dna, nienawiści, która jest także a może przede wszystkim miłością, ogląda się ze ściśniętym sercem.

 

Poza czwórką protagonistów, pierwszoplanowym bohaterem spektaklu jest scenografia nieocenionej Barbary Hanickiej. Wnętrze salonu George’a i Marty ugina się pod naporem książek. Mocno zakurzone, ułożone byle jak, od dawna nieczytane. W tym domu nie chce się już nawet żyć na pokaz. Stare książki są jak ich błyskotliwi właściciele. Samotne i odtrącone. Inteligencja bohaterów zagranych bezbłędnie przez największe gwiazdy „Wybrzeża” – Dorotę Kolak i Mirosława Bakę, przeszkadza im w wyrugowaniu wszystkiego, co stanowiło niegdyś o ich wdzięku, świeżości, ambicjach. Wódka, czy inne whisky pozwalają im wprawdzie przełknąć kolejny dzień wzajemnego znudzenia sobą i innymi, znudzenia życiem, które mocno ich rozczarowało, bo w gruncie rzeczy zawsze rozczarowuje, ale nie są w stanie wyeliminować lęku, strachu, beznadziei.

Późni goście, Nick (świetny Piotr Biedroń), pracujący od niedawna na uniwersytecie z George’em oraz jego niewydarzona żona Honey (wyraźnie odstająca od reszty składu, nijaka, w zasadzie nieistniejąca na scenie Katarzyna Dałek), stają się kolejną marną atrakcją pary, dla której ostatnią bronią na nudę staje się perwersja.

Własną nicość, niesmak w ustach, przeczucie łazienkowych torsji i kaca dnia następnego, trzeba zabić słowami. Im ostrzej, tym lepiej. Słowa muszą ranić, upokorzyć, albo chociaż wydrwić, napiętnować każdą słabość. Honey jest głupawa i tak niczego nie zrozumie, dla Nicka liczy się jedynie kariera, to wieczny typ nuworysza odpornego na każdą podłość, a zatem jedynymi beneficjentami nocy tortur będą sami gospodarze. Im są głośniejsi, tym słabiej wypadają, im bardziej żenujący, tym budzą większe współczucie.

Grzegorz Wiśniewski ma świetny zawodowo czas. Po znakomitym Kamieniu Mariusa von Mayenburga, przedstawieniu dyplomowym zrobionym ze studentami Wydziału Aktorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi (nie widziałem jeszcze świeżej premiery Wiśniewskiego w Teatrze Współczesnym opartej na tym samym tekście), adaptacją Kto się boi Virginii Woolf udowodnił, że tradycyjny, skupiony na klasycznym tekście i psychologicznym aktorstwie teatr wciąż może robić wrażenie.

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz