Z fotela Łukasza Maciejewskiego: CHWAŁA SAJNUKOWI

O „HAPPY NOW” w Teatrze Polonia w reżyserii Adama Sajnuka:

Teatry Polonia i „Och” mają chyba najlepszą rękę do odkrywania nieznanych dotąd w Polsce anglojęzycznych sztuk tak zwanego środka. Happy now? Lucindy Coxon, który w Polonii wystawił Adam Sajnuk, czeka zapewne jeszcze wiele scenicznych wersji.

Tekst Happy now zawiera wszystkie elementy, które decydują o sukcesie przedstawienia, o ile oczywiście trafi on w ręce odpowiednich twórców. Dobrze skrojone role, suspens, błyskotliwe dialogi i kilka niegłupich wniosków.

Naturalnie wszystko to już było, a oglądając Happy now miałem permanentne poczucie deja vu, ale z drugiej strony, mniej więcej od czasu Kto się boi Virginii Woolf Albee’go, intryga polegająca na ekshibicjonistycznych wykrzyknikach pary skłóconych ze sobą małżonków i ich przyjaciół, sprzedaje się w teatrze (oraz w kinie) doskonale. Oglądając histerie i demonstracje bohaterów, można pomyśleć: „no tak, u mnie w domu jest tak sobie, ale inni mają gorzej”, ewentualnie: „nie jestem jedyna/jedyny, która/który tak cierpi”. Tworzy to coś w rodzaju wewnętrznej solidarności widza z postaciami scenicznymi. Szekspir jest daleko, Czechow również, a jakaś tam Kitty, Miles czy John sytuują się o wiele bliżej. Znamy ich wszystkich, chodzimy z nimi na piwo, a czasami do łóżka. I wspólnie marzymy o szczęściu. Happy now.

 

Główną rozgrywającą jest trzydziestoparoletnia Kitty (Agnieszka Bogdan). Kitty przypomina trochę „kotkę na gorącym, blaszanym dachu” ze sztuki Williamsa, ciągle kocha swojego męża (dobry Bartek Topa), ale czuje się zmęczona i znudzona wieloletnim związkiem, chciałaby od życia czegoś więcej, czuje, że się cofa. Może też jako jedyna zauważa z całą bezwzględnością grę pozorów która ją otacza, której – co o wiele smutniejsze – jest częścią. Pozorantami są również przyjaciele Kitty i Johna, upokarzana kura domowa Bea (Katarzyna Kwiatkowska) i jej mąż, alkoholik-kryptogej Miles (szarżujący aż iskry lecą Bartosz Opania). Na przecięciu tych dwóch par pojawia się jeszcze Carl (Rafał Mohr) i podrywacz Michael (Adam Sajnuk). Wszyscy w gruncie rzeczy siebie warci. Zakłamani, małostkowi, ale i godni współczucia, wzruszający.

Wyobrażam sobie, że na tym samym tekście, ba – nawet z podobną obsadą, można by zrobić mieszczańską szmirę z aspiracjami, ale reżyseria Sajnuka wynosi dramat Coxon co najmniej piętro wyżej. Adam Sajnuk jest dzisiaj jednym z niewielu reżyserów którzy potrafią w teatrze robić spektakle popularne, inteligentnie wymyślone, mądrze przepracowane aktorsko, jednocześnie dające do myślenia. Artystów (różnej klasy) mamy w polskim teatrze na pęczki, dobrych rzemieślników można szukać ze świecą. Dlatego chwała Sajnukowi.

 

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz