Czasem płacze, czasem nie

Tomasz Miłkowski o spektaklu Anny Karasińskiej EWELINA PŁACZE w TR Warszawa:

W zasadzie już niczego nie spodziewam się po spektaklach o spektaklach. Zabawa w teatr w teatrze, opowiadanie o sobie, wchodzenie i wychodzenie w postacie, cała ta kokieteria i ten katalog niegdyś frapujących chwytów wydają mi się zużyte do cna. I to od czasu, kiedy Luigi Pirandello napisał swoje zachwycające Sześć postaci w poszukiwaniu autora (1921). A więc od dawna.

A tymczasem, proszę, co za niespodzianka. Niedawna absolwentka łódzkiej filmówki, kolekcjonerka nagród za szkolne etiudy filmowe, autorka i reżyserka, właściwie debiutująca w teatrze Anna Karasińska, przygotowała spektakl nieodparcie zabawny, którego istota polega na wykorzystaniu naturalnej vis comica aktorów TR Warszawa. Maria Maja, Rafał Maćkowiak, Adam Woronowicz grają, że są wolontariuszami, którzy na ogołoconej scenie (bo brak tu jakichkolwiek upiększeń, widzimy tylko wybebeszoną scenę) mają zagrać Marię Maj, Rafała Maćkowiaka i Adama Woronowicza. A przy okazji wyrażają swój stosunek do postaci, w których zostali obsadzeni, niekoniecznie pełen ukontentowania.

Słowem otwarte zostało pole do brawurowych popisów na niewielkiej przestrzeni dzielącej dowcip, finezję od sztampy. Aktorzy pokonują tę barierę bez trudu, publiczność reaguje wspaniale, zwłaszcza że w tej metodzie jest – na szczęście – szczelina, a mianowicie Magdalena Cielecka nie jest grana przez Magdalenę Cielecką, ale Ewelinę Pankowską, i to ona właśnie się rozpłacze, no bo jak tu zagrać samą Magdalenę Cielecką? Ale rozpłacze się na chwilę, choć rozdzierająco, pozostali wykonawcy ją pocieszą, będzie dobrze.

Naprawdę jest przyjemnie, a w tej zabawie pozornie tylko powierzchownej trafiają się od czasu do czasu wcale poważne pytania, wszystkie jednak stawiane w formie, która nikogo nie zmusza do cierpienia za miliony. Chociaż tak naprawdę to teatr metafizyczny, jak przekonuje reżyserka, a najważniejsze, że świadczy o tym sam spektakl. Na naszych oczach powstaje i rozpada się rzeczywistość, buduje więź z innymi, uzgadniana jest relacja z samym sobą, a przy tym dokonuje się to nie w tonacji minorowej, ale durowej. Rzecz nader rzadka, a więc tym bardziej smakowita. Słowem, mamy godzinny spektakl, który swoją demonstrowaną radością tworzenia, atmosferą świetnej zabawy może stanowić odtrutkę na niejeden wymęczony w teatrze wieczór.

Tomasz Miłkowski

EWELINA PŁACZE, tekst i reżyseria Anna Karasińska, współpraca Marta Rydzewska, choreografia Maria Ziółek, TR Warszawa, premiera 1 października 2015

Recenzja publikowana w tygodniku Przegląd, 7 marca 2016

Dodaj komentarz