Śmierć się bawi

Janusz Wiśniewski wraca do Moliera. Niedawno dał „Szkołę żon” w łódzkim Powszechnym, a teraz Uczone białogłowy w Ateneum pod zmienionym tytułem Dziewice i mężatki. Na dobrą sprawę autorski teatr Wiśniewskiego zaczął się właśnie od Molierowskiego Chorego z urojenia. Wprawdzie wówczas niewiele się zostało z tekstu Moliera, zaledwie jeden monolog, ale przesłanie spektaklu pozostawało w zgodzie z tą klasyczną komedią. I wówczas Wiśniewski zmienił tytuł – przedstawienie nazywało się Panopticum à la Madame Tissaud. Wielkie umieranie, czyli czarna śmierć. Paris 1680. Wywarło wielkie wrażenie – młody reżyser zademonstrował swój odrębny teatr z własnym, charakterystycznym językiem i motywami.

 

Teraz wobec Moliera zachowuje się jak dłużnik, owszem, utwór skraca, rezygnuje z niektórych wątków (na przykład polowanie na posag), ale i tak pozostawia mnóstwo tekstu, do pewnego stopnia nawet tym tekstem się rozkoszuje. Tak czy owak, główny plan akcji został zachowany i główny cel – jadowita satyra na pretensje intelektualne salonów mieszczańskich, poziom poezji, ambicje kobiet i porażki mężczyzn. Na ten satyryczny pejzaż nałożył Wiśniewski charakterystyczne maski kabaretu berlińskiego lat 20., malarstwo Otto Diksa, żywcem przeniesione w kostiumy, pudełkową scenografię, w której nie mogło zabraknąć krzywej szafy van Gogha z walizkami ułożonymi pod sufitem, jarmarcznych lampek no i licznych wybuchów. Tym razem to safandułowaty pan domu okazuje się eksperymentatorem (na opak niż u Moliera, gdzie sawantki fascynują się fizyką) i co pewien czas doprowadza do jakiegoś niewinnego wybuchu.

Nałożenie makijażu ekspresjonistycznego, w którym niepoślednią rolę odgrywają stwory z piekła rodem, na czele z lokajem-Śmiercią (Henryk Łapiński), igrającą ze wszystkimi w nieco flegmatyczny sposób, daje efekt znakomity. Okazuje się, że tragikomedia Moliera odsłania swoje piekielne czeluści, dowodząc, jak niewiele człowiek się zmienia, wciąż pełen egoizmu, pychy i gotowości do podporządkowywania sobie innych. Te skąd inąd gorzkie wnioski nie przesłaniają groteskowo-komicznego charakteru spektaklu, w których aż rojno od scen bezinteresownie dowcipnych, porywająco śmiesznych, jak choćby polemika literacka między dwoma potworami literatury, poetą gotyckim Trysotynem (Dariusz Wilk) i klasycyzującą pisarką ezoteryczną Madame Wadius (Tadeusz Borowski).

Aktorzy Ateneum ulegli magii teatru Wiśniewskiego, dając zabawne, wyraziste, zapadające w pamięć postaci komedii. Trzeba by tu przepisać całą obsadę, w której trudno powiedzieć, kto nie króluje, bo Marian Opania jako Chryzal, pantoflarz, obżartuch i uparciuch wywołuje salwy śmiechu, Ewa Telega jako Filaminta wystylizowana na feministkę z obrazu Otto Diksa (Portret dziennikarki Sylwii von Harden) wygląda i porusza się jak postać z ram tego obrazu wyjęta, a Maria Ciunelis jako Aryst, brat Chryzala, podróżnik i odkrywca w nałogach z nieodłączną fajką wodną i w tureckim przebraniu, przesiadująca w szafie, budzi samym swoim widokiem radość widowni.

Dawno nie było w Warszawie tak bezinteresownego przedstawienia, które ukazuje inny świat od potocznego, ale po szyję w tym świecie zanurzony, tyle tylko, że w tak wyrafinowany, artystowski niemal sposób, że sprawia wrażenie jakiegoś ekscentrycznego widziadła, z którym nie chce się nikomu rozstać. Choć to przecież Śmierć się nami bawi.

Tomasz Miłkowski

DZIEWICE I MĘŻATKI wg Moliera, tłum. Tadeusz Boy-Żeleński, inscenizacja Janusz Wiśniewski, muzyka Jerzy Satanowski, choreografia Emil Wesołowski, Teatr Ateneum, premiera 12 grudnia 2015

Recenzja publikowana w tygodniku „Przegląd”

Dodaj komentarz