Walczak z placu Grzybowskiego

Na scenie pojawia się od 35 lat. Ale jak to w teatrze bywa, dopiero w ostatnich latach Jerzy Walczak wyszedł z cienia i zaczął być widoczny.

 Stało się to od chwili, kiedy zagrał Starego Doktora w spektaklu Noc całego życia Teatru Żydowskiego wedle scenariusza Ryszarda Marka Grońskiego. Korczak, rola główna i tak ważna w polskiej historii, nie mogła już zostać niezauważona. I nagle okazało się, że pracuje obok nas od lat świetny aktor Teatru Żydowskiego, którego nie dostrzegaliśmy.

 

To po tym właśnie przedstawienia zrobiła swój spektakl w Żydowskim Anna Smolar. Scenariusz napisał Mariusz Buszewicz. Nazywa się ten spektakl Aktorzy żydowscy i chodzi na małej scenie teatru z wielkim powodzeniem. To poniekąd spektakl domowy, bo opowiadający o tym szczególnym miejscu, jakie w życiu polskiego teatru zajmuje właśnie Teatr Żydowski. Aktorzy tego teatru na poły improwizując, na poły wykonując precyzyjnie zaplanowane zadania aktorskie, malują koloryt tego teatru, opowiadają o sensie swojej pracy, o misji, ale i potrzebach artystycznych.

Walczak gra w tym spektaklu dyrektora, kogoś jak Szymon Szurmiej, przywódcę. To najlepszy dowód, jakie miejsce zaczął zajmować w zespole do pewnego czasu. Nie chodzi oczywiście o miejsce w strukturze organizacyjnej (dyrektorka Gołda Tencer włada całością dobrą ręką), ale o miejsce w hierarchii artystycznej.

Aktor wywodzi się z Żor i wcale nie było marzeniem rodziny, aby wybrał zawód artystyczny. Ale tak się stało, po to ściągnął do Warszawy, na plac Grzybowski, bo tutaj od lat ma swoją siedzibę Teatr Żydowski. Od 1980 jest aktorem Teatru Żydowskiego, w którym ukończył Studio Aktorskie (1982). Zagrał tu wiele znaczących ról, w ostatnich latach m.in. Janusza Korczaka we wspomnianej Nocy całego życia Ryszarda Marka Grońskiego (2012, reż. Szymona Szurmiej), Muzułmanina, Więźnia Obozu Zagłady w Dybuku An-skiego (2015, reż. Maja Kleczewska), Aktora w spektaklu Aktorzy żydowscy (2015, reż. Anna Smolar). Zagrał też w kilku filmach, m.in. w Austerii (1982, reż. Jerzy Kawalerowicz), Korczaku (1990, reż. Andrzej Wajda), W ciemności (2011, reż. Agnieszka Holland).

Kto wie, czy o tak widocznym dojrzewaniu artystycznym Jerzego Walczaka nie zadecydował jego debiut w monodramie Pieśń nad pieśniami pod reżyserską ręką Macieja Wojtyszki. Dzięki temu monodramowi okazało się, że aktor potrafi przez całą godzinę zainteresować widzów sobą i sprawą, o której opowiada.

Wygląda w tym spektaklu jak każdy. Przeciętny mężczyzna w średnim wieku, urzędnik, może księgowy, kasjer, nikt ważny. Ubrany z prowincjonalną elegancją, ale nieodświętnie. Wychodzi ze zniszczoną teczkę. Siada na krześle. Odstawia teczkę, potem wyjmie z niej zaczytane Pismo, z ukochaną Pieśnią nad pieśniami. Bo rzecz będzie o miłości. Nigdy nie spełnionej, nawet niezadeklarowanej. Raczej tajonej.

To będzie spowiedź człowieka, któremu szczęście wymknęło się z rąk bez głębszego powodu. Bo nie miał śmiałości? Bo nie umiał się zdecydować? Bo nie przeczuwał, że to właśnie jest ta jedyna i bez niej życie nie będzie miało sensu? Bo mimo pozorów sprzeciwu poddał się decyzjom rodziców, którzy zawsze wiedzieli lepiej, na czym polega szczęście ich dzieci? Trudno rozstrzygnąć. W opowiadaniu Szolema Alejchema portret przegranego nie jest wyrazisty, roztapia się w domysłach. Nieprzezwyciężalny fatalizm kieruje jego losem, bohater staje się trudny do zdefiniowania.

Taka też jest postać bohatera malowana przez Jerzego Walczaka: delikatną kreską, niewykończoną, trudną do jednoznacznego określenia. Na tym polega wartość tego skromnego spektaklu, który nie próbuje kusić żadnymi technicznymi fajerwerkami. Bohater spowiada się ze swego skromnego, nieudanego życia. Z bólu i samotności, na które nie można nic poradzić. O swoich cierpieniach mówi nawet beż głębszego żalu, bo kogo tu właściwie winić za niespełnioną miłość do Buźki, nie wiadomo. Ale ta skarga na życie utracone brzmi mimo wszystko przejmująco, przemawia swoją prostotą, szczerością i bezradnością. O skali przytłumionych upływem czasu uczuć świadczą cytatu z Pieśni nad pieśniami. Sięga po nie bohater, kiedy brakuje mu już słów, aby wyrazić swoją miłość i poczucie straty.

Figura bohatera, którego Jerzy Walczak przedstawia, kojarzy się z opowieścią moralitetową. To Każdy. To może być każdy, kto prześlepi chwilę, której prześlepić nie wolno. Ta prosta prawda uderza jasnością ujęcia, kto wie, może też być dla niejednego widza iluminacją, a na pewno jest dla opowiadającego, który musi spojrzeć samemu sobie w oczy, raz jeszcze uznać swój błąd w nadziei, że rana w sercu kiedyś się zabliźni. Chociaż prawdopodobnie nie zdarzy się to nigdy. „W jego życiu, jak i na scenie – pisała Agnieszka Kobroń – symbolem bólu staje się słabo oświetlone krzesło. Zwykły mebel, który w początkach i zakończeniu pozostaje pusty czekając na dokończenie niespełnionej historii”.

Monodram pojawia się na afiszu Żydowskiego bardzo rzadko, czasem jeszcze zagra go Walczak gdzieś indziej. Warto wypatrywać, czy nie pojawi się w zapowiedziach, aby przyjść i zobaczyć, jak urósł wewnętrznie ten artysta. Możemy to zobaczyć także w Dybuku Mai Kleczewskiej. Grany przez niego Muzułmanin to rola wstrząsająca, z ogromną siłą przypominająca straszne czasy pogardy. Mocna swoją słabością. Bo na scenie widzimy kruchego mężczyznę, którego może zmieść z powierzchni ziemi lada podmuch wiatru.

Tomasz Miłkowski

Teks opublikowany w „Dzienniku Trybuna” 22 lutego

Dodaj komentarz