Z fotela Łukasza Maciejewskiego: RYTUAŁ SPEŁNIENIA

Przesłuchanie jakich wiele. Oskarżający i oskarżeni. On wydaje się dziwnie usłużny, oni podekscytowani, niezdarni. Są aktorami, ale źle grają wyluzowanie. Tak zaczyna się Rytuał Ingmara Bergmana w reżyserii Iwony Kempy w Teatrze im. Słowackiego.

Oskarżonymi są w spektaklu artyści, nieszczególnie wybitni, za to na pewno niestabilni emocjonalne. A kim jest oskarżyciel w przejmującej kreacji Sławomira Maciejewskiego? Może sumieniem, może lustrem, albo zwykłym urzędnikiem. Jak to u Bergmana, żadnych pewników, jasnych odpowiedzi.

 

Iwona Kempa ma dobrą rękę do Bergmana. Jej Rozmowy poufne to była jedna z najciekawszych bergmanowskich transpozycji w polskim teatrze. Rytuał udał się również. Na czym polega ów szczególny dar reżyserki? Myślę, że chodzi o dwie kwestie. Kempa nie sprzeniewierza się pierwowzorowi literackiemu, wsłuchuje w tekst i wyciąga wnioski. Skandynawski chłód Bergmana komponuje z tak mocno obecnym w kinie autora Persony introwertyzmem bohaterów skrywających gwałtowne emocje, czekające tylko na wybuch. Po drugie, w zespole Teatru im. Słowackiego znalazła idealnych partnerów bergmanowskich poszukiwań. Aktorzy ze „Słowaka” przez lata pracy z akademikami nauczyli się czuć tekst literacki, dialog, idealnie wyłapują asynchrony i fałsze, a tworząc z artystami takimi jak Iwona Kempa, ewidentnie rozkwitają. Scenariusz Bergmana traktują jako swego rodzaju muzyczną partyturę. Daje to wspaniałe efekty. W Rozmowach poufnych wielkie kreacje stworzyły Dominika Bednarczyk i Bożena Adamek, w Rytuale, poza Sławomirem Maciejewskim, można podziwiać Marcina Kuźmińskiego (Hans) i Grzegorza Mielczarka (Sebastian), dobre momenty ma również Katarzyna Zawiślak-Dolny jako Thea.

Rytuał to kompletnie zapomniany tekst Ingmara Bergmana. Niewielu pamięta również film reżysera z 1969 roku ze zdjęciami Svena Nykvista, w którym obok Ingrid Thulin, Erika Hella i Gunnara Björnstranda wystąpił sam Ingmar Bergman. Po prawie pięciu dekadach scenariusz autora Szeptów i krzyków brzmi jednak zaskakująco współcześnie i wielopłaszczyznowo. Wiemy, że artyści zawinili. Ale co w istocie zrobili? Czy tytułowy rytuał (finał będzie zaskoczeniem) to rodzaj obłędu, czy raczej nadświadomości, w którą uwikłany jest teatr oraz sztuka? Poważne pytania, pasujące jak ulał do toczącej się właśnie politycznej dyskusji na temat powinności teatru i funkcji aktorstwa. Ingmar Bergman pisał w autobiograficznym tomie Laterna magica: „Zaczęło się ściemniać, a ja nie widziałem ciemności”. Artysta według Bergmana nie widzi ciemności, ponieważ daje sobie prawo żeby jej nie zauważać. Ciemność jest jego domem, kryjówką, schronieniem dla czerni wewnętrznej, stanowiąc budulec tworzenia.

Sędzia jest natomiast figurą normalizacji, która usiłuje pojąć coś, co wymyka się logice. Zrozumieć sztukę, czyli rytuał. I dlatego, co jest przecież konceptem gombrowiczowskim, usiłuje tę sztukę zgwałcić, znieważyć. Thea, czyli artysta, wymyka mu się jednak. Mężczyzna w uniformie everymana niczego nie zrozumie, nie sprowadzi wolności do parteru, nie wydrwi tajemniczego „rytuału”, przeciwnie – będzie jego częścią. Skazańcem i ofiarą. A artyści? Aktorzy? Cierpią na grzech minoderii. Nie rozróżniają rzeczy wysokiej i niskiej wagi, działają intuicyjnie, błądzą po omacku, bezradnie szukając sensu. Bergman, a za nim Iwona Kempa, surowo oceniają zarówno wtajemniczonych jak i ateuszy. Pokazują, że przekraczanie norm w sztuce przy największym nawet zaangażowaniu może okazać się jedynie pustym, jałowym gestem kabotyna. Rytuałem być może groźnym, ale – tak jak w spektaklu – artystycznie tandetnym. Trzeba zatem myśleć i czuć, nie popisywać się, nie szpanować, nie udawać kogoś, kim się nie jest. Myśleć i czuć: tylko taka dychotomia, w sztuce i w życiu, daje zbawienny rezultat – rytuał spełnienia.

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz