Z fotela Łukasza Maciejewskiego: U KRESU SIŁ

HRABINA BATORY w reżyserii Wiktora Rubina:

Chyba tracę cierpliwość. Byłem zaintrygowany Joanną Szaloną i prawdziwie zafascynowany Carycą Katarzyną duetu reżysersko-dramaturgicznego Wiktor Rubin i Jolanta Janiczak, ale z każdym kolejnym przedstawieniem tej pary jest coraz gorzej. Hrabinę Batory z Teatru Żeromskiego w Kielcach obejrzałem resztką sił. Wszystko w tym przedstawieniu jest udawane: głębokie treści, feministyczne zaangażowanie, teatralny eksperyment.

 

Spektaklem zainteresowałem się w zasadzie jeden raz, ale to również nie jest dobre wspomnienie. W finale aktorzy zachęcają widownię do walenia bejsbolem w worki z jakąś bliżej nieokreśloną materią (w domyśle zapewne truchła ludzkie). Młodzież żwawo rusza na scenę, być może mają z tego jakiś fun. Dla mnie jednak to mimo wszystko trochę niepokojące, że w zagadanym do nieprzytomności przedstawieniu, do bólu deklaratywnym i trywialnym, jedyną żywszą reakcję widzów wywołuje milcząca scena w której namawia się ludzi do bicia. Wymachiwanie bejsbolem, przypuszczalnie wbrew intencjom twórców, budzi jak najgorsze skojarzenia.

Tymczasem Jolanta Janiczak sięga znowu po sprawdzone feministyczne konfitury, ale Elżbieta Batory, siostrzenica Stefana Batorego, ze względu na swoje upodobania do morderstw nazwana Krwawą Hrabiną z Čachtic albo „wampirem z Siedmiogrodu”, nie jest postacią mogącą również w tej materii konkurować z Joanną Szaloną czy z Carycą Katarzyną. Rubin nie znalazł żadnego ciekawego pomysłu na wkomponowanie wielkiej i małej historii w bardziej lingwistyczny niż teatralny konstrukt Janiczak. Hrabina Batory w interpretacji Agnieszki Kwietniewskiej jest rozhisteryzowanym manekinem, nie ma w sobie nawet śladu demonizmu kierującego ją do zbrodni. Podobnie z resztą obsady. Kukły, nie postaci. Kukły bez tożsamości w spektaklu bez sensu.

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz