Teatr, który mnie kochał

Alicja Müller o teatralnym Krakowie w minionym roku „jako miejscu pełnym sprzeczności” w ogniu gwałtownych polemik:

Marcin Świetlicki we wstępie do swojego jubileuszowego tomu wierszy zebranych napisał, że poezję robi się z antymaterii. W obliczu ostatnich, ale i – niestety – teraźniejszych wydarzeń w krakowskim (chociaż oczywiście nie tylko) świecie teatralnym, chciałoby się przedmowę poety sparafrazować i powiedzieć, że „teatr – jeśli chcemy nazywać go Teatrem – powinno robić się przeciw. Przeciw każdej instytucji, jakkolwiek by się nie nazywała. Przeciw niesprawiedliwości. Przeciw głupocie. Przeciw złym ludziom. Teatr jest ryzykiem. Teatr jest odwagą. Teatr jest niebezpieczny. Wszystko inne to łatwo przetłumaczalne na język nienawiści bajdurzenie. I tyle”i.

Chociaż piętno „dobrej zmiany” nie odcisnęło się jeszcze na wszystkich krakowskich scenach, a rok 2015 to – rzecz jasna – nie tylko premiery z czasów zarazy, wątek sporów wokół teatrów prowadzonych przez Jana Klatę i Jerzego Zonia wysuwa się na plan pierwszy. Skupianie się na „wielkich skandalach” byłoby jednak powtórzeniem mechanizmów władzy, które uwłaczają zarówno samemu teatrowi, jak i wszystkim, którzy bardziej niż zrywać lub odwoływać spektakle lubią je oglądać, a zamiast chodzić pod teatry – pragną zaglądać do ich – ziejących tajemnicą – wnętrz. Dlatego tekst ten będzie nie tyle próbą opowiedzenia o tym, co w minionym roku było najgłośniejsze/najlepsze, ile opowieścią o teatralnym Krakowie jako miejscu pełnym sprzeczności, w którym bycie artystą pokazującym wiosnę, a nie maszyną powtarzającą upiorne refreny o homogenicznej Polsce i o czarnej skrzynce, zdaje się coraz bardziej podobne do tańca nad przepaścią. Zresztą – raz jeszcze parafrazując krakowskiego poetę – „zawsze się tańczy w beznadziei”.

 

Nie lękajcie się!

Po krótkiej przerwie miłośnicy piękna w sztuce oraz prezentowanej za jego pomocą stabilnej polskiej tożsamości, których ominęła śmierć mocnego podmiotu kierowanego kartezjańskim imperatywem kategorycznym, znów mocno i szumnie przeciwstawiają się postmodernistycznym obrzydlistwom serwowanym przez z narodowych dzieł bluźniących pseudoartystów. Walczą nie tylko w swoim imieniu, ale na barykadach stają jako reprezentanci wszystkich podatników, którzy – przez nadmiar dewiacji typu nekrofilia czy homoseksualizm – gotowi są już raczej uwierzyć w porno niż w teatr. W opiniotwórczych i społecznościowych mediach przewija się paplanina specjalistów do spraw teatru i jego świętości. Zjednoczeni pod nośnym hasłem „Klata do wymiany”, jasno przeciwstawiają się rozszarpywaniu literatury. Ubliżaniu jej poprzez wchodzenie w jakieś podejrzane związki z kulturą popularną oraz ideologią gender. A teatr to przecież rzecz bardzo poważna, może nawet pozwalająca skontaktować się z Bogiem! Usunięcie Jana Klaty byłoby jednoznaczne z wytłumieniem lewackiego wrzasku i powrotem zdekonstruowanej tradycji. Sarmatyzm na scenie znów okazałby się czymś, z czym można się utożsamić, bo nie obśmiewałby go już żenujący humor najgorszego sortu. Niewykluczone, że powstałby wówczas film „Narodowy Stary Teatr – scena, która została świątynią” albo „Polskość odnaleziona”. Szczęśliwie – to tylko czarne gdybanie, ponieważ Klata – jak oficjalnie potwierdziła Wanda Zwinogrodzka w liście do założyciela facebookowej grupy „TAK dla Jana Klaty” – nie straci swojego stanowiska. Niemniej, nie oznacza to wcale końca kłopotów ani przerwania łańcucha odgórnych i oddolnych inicjatyw cenzorskich. Nie wydaje się bowiem by Temida Stankiewicz-Podhorecka (autorka druzgoczącego listu otwartego Od rządu oczekuje, z którego wyłania się pokaźna lista artystów, którym należy odciąć dotacje lub/i zamknąć usta) czy Piotr Zaremba mieli łatwo poprzestać swojego domagania się zmian, a właściwie – likwidacji. Poza tym we wspomnianym oświadczeniu mowa też o zaproponowaniu ewentualnych reform, co ładnie łączy się z planami Ministra Kultury.

Co ciekawe, krzykaczom, którym nie podoba się dyrektorska ani reżyserska działalność Klaty, darowano zwierzchnika. Jego zadaniem nie jest co prawda reżyserowanie kolejnych krucjat różańcowych, lecz sprawdzenie, czy rzeczywiście należy tak wrzeszczeć. Nazywa się Konrad Szczebiot. Oby śledztwo przez niego prowadzone, nie okazało się śledztwem doskonałym, czyli już w momencie objęcia stanowiska rozwiązanym. Główny oskarżonym jest tutaj oczywiście Jan Klata – taki teatralny Karol Kot, seryjny morderca tego, co biało-czerwone, a innymi słowy – nie-genderowe, nie-kolorowe, a pamiętające o samolocie, symbolu męczeństwa. Mimo że Stary Teatr, przynajmniej na razie, nie zostanie przemieniony w sarkofag, a obecna dyrekcja zachowa pracę, gdy czytam słowa „audyt artystyczny”, nadal robi się mi słabo. Jak bowiem wiemy z telewizji rządowej, rzeczywistością można manipulować na wiele – mniej lub bardziej wyrafinowanych – sposobów (patrz: „garstka” oszołomów z KOD-u na Krakowskim Przedmieściu). Pomysł na „wewnętrzną recenzję” uważam za skandaliczny. Z recenzji napisanych przez zewnętrznych krytyków działających niezależnie od władzy, dałoby się wszak złożyć obszerną księgę, z której wyłoniłby się głos polifoniczny, a więc odpowiadający proponowanemu przez dyrekcję repertuarowi. Warto tutaj przypomnieć słowa Richarda Rorty’ego, które w tekście o estetyce wrażliwości powiada, że wszelkie totalitaryzmy zrodziły się z upodobania do jednoznaczności, z konieczności budowania trwałych opozycji i platońskiego przekonania o istnieniu prawdy absolutnej. Alternatywą jest dialog – negocjowanie prawd i ich permanentna niejako redeskrypcja, któremu towarzyszy przeświadczenie o niemożności przypomnienia sobie natury dobra. Historia świata, zdaniem filozofa, winna być historią wzrastającej tolerancji, otwartości na Innego, który stając przed jakimś „ja”, wypowiada niemą prośbę „nie zabijaj!”. Podobnie należałoby pisać się – co próbują czynić inspirujący i niepokojący zarazem twórcy związani ze Starym Teatrem – historię teatru i w imię tych samych reguł ją kształtować. W demokratycznym społeczeństwie nie musimy się ze sobą zgadzać – najważniejsza tutaj winna być zasada fair play (obowiązkiem rządu jest zaś czynienie ludzi – przede wszystkim – wolnymi, niekoniecznie dobrymi, bowiem dobro – inaczej niż wolność – zawsze będzie relatywne). Mam jednak nadzieję, że krytyczne spojrzenie na repertuar Starego Teatru okaże się, mimo wszystko, pomocne. Nie o pomoc Klacie w dobrej zmianie jednak idzie, lecz o poszerzenie pola widzenia tym, którzy spektakle oceniają używając kategorii takich jak „nuda”, „profanacja” czy „brzydota”. Zniesmaczeni wnioskują bowiem o przewrót i zaprzestanie praktyk haniebnych w oparciu o to wszystko, co im się wydaje, a czego nie rozumieją. A w Starym nie brakuje produkcji, o których zrozumienie warto by się pokusić.

Wystarczy tutaj przywołać trzy najgłośniejsze premiery minionego roku, czyli nie-boską komedię. WSZYSTKO POWIEM BOGU!!! [na zdj.] w reżyserii Moniki Strzępki, Wroga ludu Jana Klaty i Hamleta Krzysztofa Garbaczewskiego. O ile ostatni z wymienionych spektakli wydaje się – przede wszystkim – szalenie atrakcyjnym wizualnie, a przy tym mocno sugestywnym – traktatem o iluzyjności, o tyle dwa pierwsze koncentrują się na człowieku wrzuconym w świat, któremu wolałby powiedzieć albo – jak u Strzępki – wywrzeszczeć „nie!”. Ibsen w reżyserii Klaty mógłby być wizualną interpretacją postulatu profesora Bartoszewskiego – „warto być przyzwoitym” w mieście, w którym „każde wstanie z krzesła uważa się za początek rewolucji”. nie-boska to zaś – przede wszystkim – spektakl o wymierzonym w pustkę gniewie, który nie poddaje się przedstawieniu „w słowach co przestały działać i dotyczyć czegokolwiek”. Aktorzy reprezentują tutaj krzyk, który jest jak gąbka – pozwala zamanifestować każdy rodzaj sprzeciwu. Wszystko, co chcielibyście powiedzieć Bogu, a za co chcieliby byście się wstydzili. To, że zderzenie z nową rzeczywistością jest jak stanie w korku na wylotówce, bo z samochodów przed wami zniknęli kierowcy też.

Jesień już panie, a ja nie mam teatru

Gdy posłowie Ligi Polskich Rodzin urządzali najazdy na galerie sztuki, nie szło im tylko o pieniądze podatników, bo niepokornych twórców karano także w przestrzeniach prywatnych. Historia – jak wiadomo – kołem się toczy. Dzisiaj znów – nikt nie jest bezpieczny. Smutnym tego dowodem przypadek Jerzego Zonia, dyrektora Teatru KTO, który stał się twórcą bezdomnym po – całkowicie oddalonych od jakkolwiek pojętej merytoryki – protestach wznieconych spektaklem plenerowym Neomonachomachia. „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” – skandowali protestujący, którym obce najwyraźniej pozostaje zarówno dzieło Ignacego Krasickiego, jak i dotychczasowa działalność Zonia, który do tej pory zachwycał świat bezpretensjonalnym pięknem ulicznych Ślepców. Historia Teatru KTO pokazuje, jak beznadziejnie nierozgarnięci są ludzie, którzy wydzierają się z powodu drażniących ich kołtuńską pewność siebie słów kluczy oraz jak skrajnie ohydne i śmieszne są ich emocje. Szczęśliwie – Kraków zaopiekował się zespołem Zonia. Prędka interwencja środowiska zdaje się z jednej strony wyrazem solidarności, z drugiej – dowodem wdzięczności za coroczne przekształcanie tego smutnego miasta w królestwo cudów i czarów na Festiwalu Teatru Ulicznych.

Polish hero

Szkoda, że Krakowskich Reminiscencji Teatralnych nie prowadzi już Anna Lewanowicz. W słodkich dla miłośników światowej alternatywy i wspaniałych choreografii latach jej dyrekcji do Krakowa przyjeżdżali artyści tacy jak Jan Fabre czy Vera Mantero. Reminiscencje były wówczas żywym, ciekawym festiwalem kontekstowym o ściśle sprofilowanym programie, co czyniło je wydarzeniem absolutnie niezwykłym, chociaż – nie da się ukryć – dość hermetycznym. Lewanowicz była dyrektorką odważną i zaczepną, której nie brakowało ani dobrego gustu, ani talentu do subtelnego igrania z ogniem. W 2015 roku zastąpił ją duet prowadzący krakowski Teatr Barakah – Ana Nowicka i Monika Kufel. Nowe dyrektorki do nazwy festiwalu dopisały znamienne „off”, co wydaje się chwytem tyleż metonimicznym, ile asekuracyjnym – w programie znalazły się bowiem, przede wszystkim, produkcje krakowskie. Tomasz Foltyn, odpowiedzialny za nurt tańca, zaproponował ciekawą interpretację programowego powrotu do źródeł, zapraszając z jednej strony artystów związanych ze sztuką ziemi, z drugiej – współczesne tancerki butoh. O ile część eksperymentalno-ruchowa wypadła co najmniej intrygująco, o tyle wybór spektakli bardziej, by tak rzec, tradycyjnych pozostawia wiele do życzenia. Nie chodzi tutaj o wielkich nieobecnych, lecz o offowy niedosyt. Lokalność ostatnich Reminiscenji można bowiem łatwo wytłumaczyć obcięciem dofinansowania, ale zastanawia nieobecność miejscowych spektakli, które nie pochodziłyby z Barakah. W Krakowie nie brakuje przecież scen niemainstreamowych – mamy nawet teatr w mieszkaniu (sztukanawynos). Absolutne pominięcie tych spektakli wydaje się gestem bynajmniej nierozważnym i pysznym, ponieważ w konsekwencji program festiwalu daje się zamknąć w formule „Teatr Barakah i goście/przyjaciele”, co mocno uwłacza jego dobrej, barwnej tradycji.

W 2014 roku w ramach Reminisencji oglądaliśmy spektakl Bohaterowie przyszłości Marcusa Öhrna. Wspomnienie tej, mocno krytykowana za spotęgowaną karykaturalność i straszliwą banalność, groteskowej synekdochy, w której reżyser zamknął nasze narodowe paranoje i obsesje („Polska dla Polaków”, „rynek krakowski, nigdy nie gejowski”, „chłopiec i dziewczyna to normalna rodzina” itp.), powraca teraz jako zapowiedź urzeczywistniającej się właśnie katastrofy. Agresja słowna i fizyczna wymierzona w kierunku jakkolwiek pojętej inności czy nienormatywności, wokół której Öhrn zbudował swój spektakl, z hukiem opuściła bowiem ramy teatralnej metafory i – co gorsze – stała się w pewien sposób usankcjonowana bieżącą polityką (pomijam tutaj skrajności takie jak spalenie „kukły Żyda” na wrocławskim rynku). Teatr znów wyprzedził rzeczywistość – to, co reżyser skondensował w irytującym głupkowatą, a jednocześnie nieomal rytualną brutalnością, przedstawieniu, wpełzło na ulice i do Sejmu.

Wracam do tego przedstawienia, ponieważ wydaje mi się ono ciekawym, skądinąd dość radykalnym, kontekstem dla ostatniej edycji festiwalu Boska Komedia, której motywem przewodnim było hasło „Polish Hero”. Co więcej, nie o samych – mniej lub bardziej pokracznych, oszpeconych czy, wręcz przeciwnie, afirmowanych bohaterów chodziło. Do Krakowa przyjechały bowiem spektakle, których tematyka ogniskowała się wokół zagadnień związanych z sytuacją Innego (w tym także kobiety) w patriarchalno-konsumpcyjnych społeczeństwach. Jeśli chodzi o (anty)bohaterów, warto wspomnieć Męczenników w reżyserii Grzegorza Jarzyny, czyli jeden z wielkich pominiętych w jurorskim werdykcie. Spektakl ten opowiada o Lidce, uzbrojonej w dosłownie odczytywaną Biblię nastolatce, która prowadzi własną, zorganizowaną wokół liberalnego ojca, i mało bojaźliwych kolegów oraz nauczycieli, krucjatę, będącą jednocześnie formą drogi krzyżowej. Reżyser, chociaż nie dochodzi do szczególnie wywrotowych konkluzji, buduje bezpretensjonalną opowieść, w której zarówno fanatyzm, jak i absolutna negacja istnienia Boga postrzegane są jako zagrożenie. Dziewczynka nie jest bowiem przedstawiona jako karykaturalna wysłanniczka o. Rydzyka, lecz zdaje się raczej uniwersalną personifikacją religijnego obłędu, który niejednokrotnie obraca się w brutalne zaprzeczenie związanych z wiarą ideałów.

Najbardziej związana z rzeczywistością „tu i teraz” wydaje się Apokalipsa Michała Borczucha. Spektakl łączy się bowiem z tym, czym oddycha albo raczej dusi się cała Europa (atak na „Charlie Hebdo”, fala emigrantów z ogarniętej wojną Syrii, zamachy w Paryżu). Powraca w nim problem Innego, którego przyjęcie postrzegane jest z jednej strony – jako zapowiedź katastrofy, z drugiej – jako nadzieja na zmianę, na przezwyciężenie opartego na przemocy systemu nadzoru i przemocy. W jednym z listów do Pasoliniego Oriana Fallaci napisała – „Pier Paolo, poderżną Ci gardło”. Dzisiaj zagrożonym „utratą głowy” zdaje się każdy, kto – myślą i sztuką – wychyla się poza to, co społecznie usankcjonowane, normatywne i homogeniczne. Rzadko zdarza się, by sztuka była tak namacalnie, chociaż bez natrętnej publicystki, związana z realnym.

Miasto rozmaitości

Szczęśliwie dla zmęczonych nieustanną walką o definicje cenzury, wolności słowa i powinności sceny narodowej, życie pozostałych krakowskich scen upływa bez skandali i bez rewolucji. Teatr Łaźnia Nowa i Teatr Nowy zdają się przy tym teatrami najbardziej obiecującymi, bo stawiającymi z jednej strony – na mariaże tradycji z eksperymentem, z drugiej – na spotkanie z widzem i wychodzenie poza sceniczne ramy, by nawiązać żywy kontakt z miastem i z jego bolączkami. Niezmiennie cieszy też coraz żwawszy rozwój krakowskiej sceny tańca i wzrastające nią zainteresowanie, za co dziękować należy – przede wszystkim – organizatorkom Międzynarodowego Festiwalu Tańca Współczesnego KRoki oraz Annie Królicy, kuratorce przeglądów takich jak Maszyna Choreograficzna czy Goodbye Superman. Byłoby wspaniale, gdyby – mimo wszelkich zgrzytów – rok 2016 okazał się czasem mądrego, konstruktywnego dialogu, w którym nie zabrakłoby spektakli subwersywnych i niebezpiecznych, ale także pełnych dobrego, może nawet obłędnego humoru – jak Szaleństwa nocy letniej Iwony Jery w Teatrze Bagatela.

iOryginalny cytat: „Bo z czego robi się poezję? Z antymaterii. Poezję robi się przeciw. Przeciw instytucji, jakkolwiek by się nie nazywała. Przecież każdej władzy. Przeciw niesprawiedliwości. Przeciw głupocie. Przeciw złym ludziom. Poezja jest ryzykiem. Poezja jest odwagą. Poezja jest niebezpieczna. Wszystko inne to łatwo przetłumaczalne na wiele języków świata bajdurzenie. I tyle”.

Dodaj komentarz